W sobotę 26 kwietnia w swoim rodzinnym mieście wystąpił zespół Coma i tym samym rozpoczął wiosenny sezon koncertowy. Okazja nie była najmilsza, gdyż była to pożegnalna impreza Klubu Dekompresja. O tym czy stypa się udała oraz o obecnej kondycji zespołu przeczytać możecie poniżej.
Na wstępie mojej relacji pragnę podkreślić, że publiczność zgromadziła się na koncercie Comy bardzo licznie. Nie zabrakło wspólnego śpiewania z Piotrem Roguckim, a podłoga aż dudniła od radosnych tańców. Dla mnie był to jednak już dziewiąty koncert tego zespołu i nie ukrywam, że byłem wobec muzyków bardzo wymagający. Spośród wszystkich występów – od Festiwalu w Węgorzewie w 2006 roku, przez koncerty juwenaliowe, a na trasie akustycznej skończywszy – był to najsłabszy występ Łodzian jaki widziałem. Co o tym zadecydowało?
Przede wszystkim, trudno było mi znieść sposób w jaki śpiewał Piotr Rogucki. Na początku koncertu myślałem, że jest chory, ponieważ głos miał niemiłosiernie chrypiący. W dodatku sposób, w jaki operuje swoim głosem znacznie się zmienił na przestrzeni lat. Z każdym kolejnym koncertem zauważam, iż mniej jest w jego śpiewaniu emocji jakie wypływają z utworu. Więcej miejsca jest natomiast dla zabawy głosem oraz imponującą dykcją. Z technicznego punktu widzenia Rogucki poprawił również swoje „krzyczane” wokale. Ogólną przemianę odbieram niestety negatywnie.
Kontynuując moje czepialstwo wskażę również na brzmienie gitar, które było bardzo „suche” i pozbawione „mięsa”. Dla przykładu, „Trujące Rośliny” zabrzmiały dzięki temu idealnie równo, ale nie wzbudzały tylu emocji, ile mogłyby zrodzić z siarczystym przesterem. W tym przypadku nie będę jednak tak rygorystyczny, gdyż w dużej mierze są to moje indywidualne preferencje. Jak już przy gitarzystach jesteśmy – solówki Dominika Witczaka w „Skaczemy” czy „Angeli” były naprawdę najwyższej próby. Oczywiście Marcin Kobza nie pozostał dłużny i pochwalił się swoimi umiejętnościami m.in. w utworze „Cisza i Ogień”. Warto zauważyć, że różnorodność stylów grania tych dwóch panów to ogromny atut Comy. Z pewnością jednym bardziej podoba się „klasyczne” granie Kobeza, a inni pochwalą Witosa za szybsze i bardziej techniczne umiejętności. Największym atutem jest jednak to, jak dobrze się uzupełniają. Pochwalić chcę również przyjemnie rzężący bas Rafała Matuszaka oraz Adama Marszałkowskiego, który gra na perkusji jak jakiś pieprzony robot.
Już na początku mojej relacji skarciłem Piotra Roguckiego, ale nie chciałbym, aby został on oceniony w 100% negatywnie. Po pierwsze, gdzieś w okolicy grania „Angeli” (setlista na końcu relacji) zgubił brzydką chrypę i słuchało się go już trochę lepiej. Po drugie natomiast, nadal jest fenomenalnym frontmanem. Znaczną część zgromadzonej w Łodzi publiczności przekonał do szaleństwa takimi słowami:
Ludzie ja uwielbiam tę chwilę, gdy możecie poczuć swoją siłę!
Skoro znaczną, to nie wszystkich. Aby nie wyszło na to, że tylko mnie się nie podobało to, co Rogucki obecnie reprezentuje na scenie, wspomnę o komentarzach na jakie natrafiłem w sieci:
Roguc gwiazdorzysz. Zjedz snickersa.
(Roguc) wyszedł z mroku…
Podczas koncertu zespół poinformował o dwóch ważnych koncertach tego lata – na Festiwalu w Jarocinie oraz na Przystanku Woodstock. Interesuje mnie szczególnie pierwszy z wymienionych, gdyż Coma zagra na nim swoją debiutancką płytę w całości. Z jednej strony, wysłuchałbym jej z ogromną przyjemnością – od sobotniego koncertu gości w moim odtwarzaczu bez przerwy. Z drugiej jednak, nie jestem w stanie zaakceptować obecnego sposobu w jaki są śpiewane. Jeszcze raz napiszę – brawo dla Roguca za to, że się zmienia i szlifuje warsztat. Jednak, na miłość boską, takie zabiegi pasują do „Schizofrenii”, „Angeli” czy też „Skaczemy”. Natomiast wywołujące u mnie kiedyś ciarki na plecach utwory „Sto Tysięcy Jednakowych Miast” oraz „Cisza i Ogień” w sobotę zwyczajnie mnie drażniły.
Cóż mam zatem napisać w podsumowaniu tej relacji? A może nie tyle relacji, co krótkiego felietonu, jaki zrodził się w mojej głowie po ostatnim koncercie Comy. Starałem się wykazać, iż były tego dnia zarówno plusy, jak i minusy. Publiczność bawiła się nieprzerwanie przez cały, dwugodzinny koncert. Nie ulega również wątpliwości, że swoją twórczością muzycy wpisali się już do historii polskiego rocka wielkimi literami. Czy są jednak w stanie napisać kolejny, wielki rozdział tej opowieści? Mam nadzieję, że tak. Zastanawiam się tylko, czy jest to możliwe w obecnym składzie. Czuję się w tym momencie trochę jak stary i wybredny zgorzknialec. Moja teza nie jest jednak nieuzasadniona.
Setlista:
Zaprzepaszczone Siły Wielkiej Armii Świętych Znaków
Ostrość Na Nieskończoność
Trujące Rośliny
Woda
Zamęt
Transfuzja
Pierwsze Wyjście z Mroku
Angela
Święta
Wojna
W Chorym Sadzie
Rudy
System
Skaczemy
Deszczowa Piosenka
Schizofrenia
Bis:
Zbyszek
Los Cebula i Krokodyle Łzy
Cisza i Ogień
Bis 2:
Sto Tysięcy Jednakowych Miast
Autor: Piotr Wasilewski
Foto: Facebook



