Tegoroczną edycję Brutal Assault postanowiłem podsumować w nieco inny sposób niż poprzednie. Zamiast pisania jak przebiegał dzień po dniu, czy jak wyglądały i brzmiały konkretne zespoły, postanowiłem skupić się na rzeczach, które wywarły na mnie największe wrażenie, czy też zaskoczyły pozytywnie lub negatywnie. Oczywiście było ich więcej, niż te opisane poniżej, ale żeby was nie zanudzać, postanowiłem streścić się do tych najważniejszych.
Kolejki
Ubiegłoroczna edycja czeskiego festiwalu zapewne wielu jej uczestnikom zapadła w pamięć poprzez tasiemcowe kolejki po odbiór opasek, które poruszały się z prędkością 3 metrów na godzinę. Tym razem organizatorom udało się uniknąć sytuacji z zeszłego roku i co prawda swoje w kolejce wciąż trzeba było odstać, ale tym razem o kilka cennych godzin krócej.
Rozkłady koncertów
Na wejściu otrzymywało się 2 plany występów: wydrukowane na papierowej książeczce i na kartkach zawieszanych na smyczy. Łagodnie to ujmując, oba różniły się od siebie. Brak zgodności w kolejności, godzinach koncertów, a nawet tego na jakiej scenie miał wystąpić dany zespół to jedno, drugie to grupy-widma, które pojawiały się w planach, mimo że wcale nie miały zagrać podczas tegorocznej edycji. I w ten sposób kilkaset osób zostało nabranych na koncert Kinga Dude’a, którego występ figurował w jednej z rozpisek na małej scenie, mimo że w tym roku nie planował on wizyty na Brutal Assault.
Liczba osób
Co prawda nie posiadam wiarygodnych informacji na temat ilości uczestników festiwalu, ale patrząc po zapełnieniu pola namiotowego wnioskuję, że rekord frekwencji albo został osiągnięty albo było blisko. Przyjeżdżając przed południem pierwszego dnia festiwalu, trzeba się było liczyć z koniecznością rozbijania namiotu w odległych krańcach pola i wędrówkami na miarę podróży Frodo Bagginsa. Co prawda zwiastowała to informacja o wyprzedanych biletów, ale skala przedsięwzięcia i tak robiła wrażenie.
Pogoda
Jak bardzo pogoda potrafi ulec zmianie na przestrzeni doby, najboleśniej przekonują się uczestnicy festiwali. Każdy z dni różnił się drastycznie od poprzedniego pod tym względem. Drugi to zbrodnicze temperatury, gdzie wystawienie się na słońce na dłuższą chwilę bez odpowiedniego przygotowania oznaczało bolesne skutki. Trzeci upłynął z kolei pod znakiem powracających burz i urwanych chmur. Całe pole dosłownie popłynęło i wcale nie na fali muzycznej zabawy. Gdy ostatniego dnia wszyscy zebrali się pod Oziębłym Księżycem, trzęśli się nie tylko od chłodu dźwięków Mayhem.
Horror Cinema
Co prawda kino nie jest nowym wynalazkiem na Brutal Assault, jednak to dopiero w tym roku udało mi się znaleźć na nie chwilę czasu. Przyczyniły się do tego tytuły, które wyświetlane w nim przez wszystkie dni festiwalu. A składały się na nie perełki kina grozy klasy B, psychodeliczne obrazki poczynione pod wpływem LSD, czy klasyczne tytuły kina akcji. A wszystko to w jednym z pomieszczeń austriackiego fortu na siedzeniach skonstruowanych z foteli wymontowanych ze starych aut. Atmosfera nie do podrobienia i doskonale współgrająca z tytułami w stylu „Mordercza zakonnica”, czy „Żyleta”.
Birds In Row
Przejdźmy do muzyki. Trio Birds In Row z Francji przed Brutal Assault nie było mi co prawda obce, ale ich występ sprawił że odkryłem ich na nowo. Szczerość i nieszablonowe podejście do grania hardcore’a przekonało mnie od pierwszych dźwięków. No i przedtem nie wiedziałem, że na basie w BIR gra Dawid Podsiadło. Był to intensywny występ z momentami, które pozwalały zatrzymać się na chwilę i odpocząć od moshu.
Scena ambientowa/Gnaw Their Tongues
Nowością podczas tegorocznego Brutal Assault była dla mnie scena ambientowa. Przeznaczona na nią jedna z sal fortu nadawała się do tych celów wręcz idealnie. Mrok panujący w środku w połączeniu z onirycznymi dźwiękami odtwarzanymi gdy żaden koncert wewnątrz akurat się nie odbywał, stanowił obowiązkowy przystanek kiedy chciało się odpocząć od zgiełku. Było to również miejsce, w którym dane mi było usłyszeć najbardziej brutalny koncert festiwalu. Jednoosobowy projekt Surinamczyka (tak, to prawdziwy kraj) Moriesa, czyli Gnaw Their Tongues sprzedał mi kopa podkutym butem prosto w twarz, a jednocześnie zamroczył i wprowadził w stan bliski nadważkości. Na scenie za to najbardziej niepozorny duet Mories i Gretje, którzy bardziej przypominają wujka i ciotkę na wakacjach, niż maszynę do siania chaosu i sonicznej destrukcji za pomocą sampli i gitary basowej.
Electric Wizard
Mój osobisty punkt główny festiwalu. Akurat przestało padać, a atmosfera uległa minimalnemu ociepleniu. Wciąż trwa koncert Carcass, którzy z powodu opóźnień spowodowanych oberwaniem chmury i chwilowym brakiem prądu mają 30-minutowy poślizg. Warto było jednak czekać. Gdy w końcu na scenę weszli Jus, Liz, Clayton i Simon powietrze wypełniło się zielonym dymem i przesterem. To był jeden z tych koncertów, po którym przez następny tydzień nie ma się ochoty słuchać niczego innego poza tym zespołem. Wybrzmiały wszystkie obowiązkowe utwory w secie Electric Wizard. Koncert rozpoczął 'Witchcult Today’, ale nie zabrakło 'Satanic Rites of Drugula’, 'Black Mass’, 'The Chosen Few’ czy klasycznego 'Funeralopolis’ na zakończenie.
The Dillinger Escape Plan
Jeden z ostatnich koncertów The Dillinger Escape Plan w ogóle. Żałuję, że nie było mi dane zobaczyć ich w klubowych warunkach, bo w festiwalowych nie zrobili na mnie wielkiego wrażenia. Ogromna scena i morze ludzi przede mną sprawiło, że nie było mi dane czerpać w stu procentach z energii, która płynęła ze sceny. A szkoda, bo koncert sam w sobie był na poziomie, do którego niewiele grup ma okazję się chociaż zbliżyć. Naprawdę odchodzą w szczytowej formie.
Tiamat
Wydawać by się mogło, że rock’n’rollowy tryb życia gwiazd rocka i metalu to już przeszłość, a przynajmniej pozostaje on za kulisami. Kłam temu stwierdzeniu zadał Johan Edlund z Tiamat, który podczas Brutal Assault udowodnił, że powinien jednak pozostać przy swojej decyzji o opuszczeniu grupy w 2014, a zespół wyszedłby lepiej na tym, gdyby znalazłby nowego frontmana. Wokalista słaniał się na scenie, mamrotał i rzucał bez ładu i składu w publiczność frazesami bez większego sensu. Zdarzyło mu się nawet pomylić żarówkę z księżycem, nawet pomimo faktu, że grali przy ostatnich promieniach zachodzącego słońca.
Mantar
Kiedyś twierdziłem, że metalowe tria robią najwięcej hałasu. Koncert Mantar zrewidował te stwierdzenie. Duet przy ograniczonym instrumentarium (gitara + perkusja) dał gig, który na poziom decybeli mógłby konkurować z Gnaw Their Tongues czy Swans. Co ciekawe, pojawiło się stosunkowo niewiele utworów z ostatniego albumu, a całość występu Niemców była bardziej rock’n’rollowa niż studyjna odsłona ich działalności.
Gutalax
Wyjazd na Brutal Assault jest zawsze dobrym pretekstem do skonfrontowania się z mitami na temat Czechów. O ile wiele z nich powinno pozostać w sferze bajek (i nie mówię tu o tych w stylu Krecika, czy Pata i Mata), tak jeden sprawdza się w stu procentach. Czesi wielbią grindcore. Im bardziej przaśny i usmarowany ekskrementami tym lepiej. Jeden z czołowych przedstawicieli czeskiej sceny fekal-polka-grindcorowej, czyli Gutalax wystąpił jako przedostatni zespół na małej scenie ostatniego dnia. I rozkręcił najlepszą imprezę ze wszystkich zespołów które zaprezentowały się podczas festiwalu. Jak wiele macie w końcu okazji żeby zobaczyć kuców tańczących w błocie do świńskich charkotów i utworów o wdzięcznie brzmiących nazwach w stylu 'Polykání semena z postaršího jelena’.
Krypta Lemmy’ego
Jest takie miejsce na terenie bastionu, w którym kluczy się skąpo oświetlonymi zaułkami, by dotrzeć do wnęki, w której w blasku kilkunastu świeczek spoczywa witraż ze Świętym Lemmym (taki jest podpis, wcale nie kłamię). Abstrahując już od sensu stawiania takich ołtarzyków, było to jedno z niewielu miejsc, w których panowała względna cisza i można było przy okazji odsapnąć, gdy z nieba lał się żar. Podczas mojej wyprawy w te miejsce podyktowane 30 stopniami w cieniu, dane mi było zostać świadkiem groteskowej rozmowy pary z Polski, która najwidoczniej przez przypadek trafiła w te miejsce. On: koszulka Marduk, długie włosy, glany, ona: nienormalnie normalna jak na metalowy festiwal. Rozmowa którą przeprowadzili, a którą dane mi było usłyszeć, wciąż sprawia że zastanawiam się, czy zostałem ofiarą dobrze przemyślanego trolla, czy świadkiem konwersacji osób odciętych od rzeczywistości:
Ona: Kotek, a kto to był ten cały Lemmy?
On: Nie wiem, chyba jakiś muzyk, bo widziałem ludzi w jego koszulkach.
Ona: Pewnie jakiś Czech, skoro tu mają jego kaplicę.
On: Nie wiem kochanie, sprawdzimy potem w internecie.
~
Nie miałbym serca, gdybym pozostawił was z taką konkluzją na koniec. Odpalcie sobie więc ten absolutnie najlepszy utwór z absolutnie najlepszym teledyskiem i widzimy się za rok na 23 edycji Brutal Assault.
