Yngwie Malmsteen: Recenzja albumu “World on Fire”

0

Trzymający się kurczowo schematów rewolucjonista. Pionier, któremu od lat zarzuca się brak oryginalności. Inspirujący rzesze gitarzystów muzyk, którego kolejne albumy odchodzą w niepamięć. Człowiek-paradoks, Yngwie Malmsteen. Szwedzki wirtuoz odcisnął niezaprzeczalne piętno na muzyce rockowej, nadając kształt i popularyzując jej nową gałąź, neoklasykę. Jego pierwsze nagrania wywołały potężne poruszenie, prezentując fenomenalną jakość oraz niespotykaną precyzję. „Rising Force” stanowi perełkę instrumentalnego grania, łącząc energię gitarowego brzmienia z dostojnością muzyki klasycznej. Niesiony falą sukcesu Yngwie uległ jednak niebezpiecznej pokusie wyniesienia na piedestał, postawienia sobie pomnika w panteonie bogów sześciu strun. Młody mistrz samodzielnie zakneblował się dotychczasowymi formami muzyki rockowej, wypełniając każde kolejne nagranie mniej bądź bardziej udanymi przebojami, przypominając co jakiś czas utworami instrumentalnymi z jakim talentem mamy do czynienia. Następne lata to niezliczone nagrania i równie liczne konflikty, owocujące wielokrotnymi zmianami składu. Wydany w 2012 roku „Spellbound” przyniósł niespodziewaną zmianę – na wokalach pojawił się po raz pierwszy sam Malmsteen. Wystarczy stwierdzić, że z dużym rozczarowaniem przyjąłem wiadomość, że zbliżająca się płyta również uraczy nas głosem Szweda. Nie oceniajmy jednak uprzedzeniami, oto nowe nagranie Yngwiego – „World on Fire”.

Jest tam na dole taka rubryczka „Pierwsze wrażenie”, gdzie zdradzamy, jak dobrze album prezentuje się swoimi pierwszymi dźwiękami. Bardzo krzywdzące byłoby jednak wpisać tam ocenę, opierając się na pierwszych sekundach utworu otwierającego ten album. Nie wita nas bowiem jakiś smaczny popis kunsztu instrumentalnego ale to, czego obawiałem się najbardziej na tej płycie – wokal Yngwiego. Całe szczęście, muzyka zaraz nabiera tempa, a niegłupi riff gitarowy wzbudza zainteresowanie. Choć jednak głos Malmsteena brzmi lepiej i naturalniej, niż na „Spellbound”, to nadal jest to najwyżej przeciętny poziom. Śpiew Yngwiego jest wymęczony, szczególnie negatywne wrażenia wywołuje wyciągany refren, którym to utwór jest co chwila przecinany. Brzmi to bardzo słabo i powoduje, że energiczny numer brzmi niesamowicie monotonnie. ‘Soldier’ cierpi z tych samych powodów. Co ciekawe, dużo lepiej wypadł ‘Lost In the Machine’, tu wokale nadspodziewanie dobrze wtapiają się w riffy, tworząc zupełnie udaną kompozycję. Każdy z utworów jest naturalnie ozdobiony solówką, żadna z nich jednak nie zapada w pamięć – to dokładnie to, do czego zdążyły nas przyzwyczaić płyty Malmsteena. Rzemieślnicza robota w postaci szybkiego grania z wyraźnymi nurtami muzyki klasycznej. Mnóstwo dźwięków a mało wyrazistości.

W zapowiedziach nowej płyty jej autor obiecywał, że będzie to materiał o silnych nurtach neoklasycznych. Faktycznie, jest to w jakimś sensie zbliżenie się do korzeni działalności muzyka. Mamy tu wiele utworów instrumentalnych i to właśnie ten typ kompozycji dominuje na „World on Fire”. To zdecydowanie duży plus, bowiem właśnie tu Malmsteen, pomimo upływu lat, pokazywał się zawsze z naprawdę dobrej strony. Również na tym krążku fani wirtuozerii gitarowej znajdą coś dla siebie, choć nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, że część solówek Malmsteena przypomina rozgrzewkę, a nie przemyślaną kompozycję. Jest to zarzut w kierunku Yngwiego, który dotychczas częściej czytałem, niż sam formułowałem, ale tym razem wtórność jego wirtuozerii zaczęła przeszkadzać. Oczywiście nie dotyczy to każdego utworu, na pochwałę zasługują przede wszystkim ‘Largo’ oraz ‘Nacht Musik’, oba wyróżniające się od reszty różnorodnością melodii. Chciałbym poszerzyć tę listę udanych instrumentali o przynajmniej jedną pozycję, niestety ‘Top Down, Foot Down’ oraz ‘No Rest For the Wicked’ to dwie kompozycje oparte na praktycznie identycznych schematach. Dodam tylko, że poza gitarą Malmsteena praca reszty instrumentów ogranicza się do powtarzania paru melodii. Zabrakło pomysłów?

Po wszystkich żalach wylanych w tym tekście można by pomyśleć, że otrzymaliśmy muzyczną abominację, że przesłuchanie tego albumu to doświadczenie tak przykre, iż w efekcie jednorazowe. Będąc sam zaskoczony stwierdzam, że tak nie jest. Pomimo ogólnej przeciętności płyta mija przyjemniej, niż można sobie wyobrażać. Być może powodem jest właśnie ta przeciętność, to po prostu zbiór kompozycji, może nie rewelacyjnych, ale napisanych przez doświadczonego muzyka, o których niedługo w większości zapomnimy. „World on Fire” stanowi z pewnością progres względem poprzedniczki, poprawiła się produkcja (choć brzmienie jest dalej nieco sztuczne) ale przede wszystkim zauważalnie lepiej wypadł w roli wokalisty Malmsteen. Mimo to, jako oddany słuchacz twórczości Szweda, liczę, że zatrudni w końcu do tej roli kogoś, kto naprawdę umie dobrze śpiewać, samemu ograniczając się z powrotem do instrumentalnej części kompozycji. Yngwie chciał podpalić świat – obawiam się, że ten ogień nie wyrządzi nawet skromnych zniszczeń, choć zapewnia światło nadziei na przyszłość.

1. World On Fire
2. Sorcery
3. Abandon
4. Top Down, Foot Down
5. Lost In The Machine
6. Largo – EBM
7. No Rest For The Wicked
8. Soldier
9. Duf 1220
10. Abandon (Slight Return)
11. Nacht Musik

Wyro(c)k

50%
50%
Another Brick in the Wall

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    3.5
  • Instrumentarium
    5.5
  • Brzmienie
    5
  • Repeat Mode
    6
  • Oceny czytelników (3 głosów)
    6.1
Udostępnij to

O autorze

Patryk Kowalski