Uburen: Recenzja płyty “Frå døden fødes liv”

0

W wywiadzie na łamach Old Temple Magazine (pozdrawiam!) pewien muzyk stwierdził kiedyś refleksyjnie, że „należy samemu sobie zadać pytanie – ile płyt ostatnio słuchałeś i przy ilu z nich miałeś ochotę wsadzić sobie krucyfiks w dupę i biegać w kółko polewając się bigosem?” i te słowa moim zdaniem idealnie oddają, o co tak naprawdę biega z zagłębianiem się w szeroko pojmowane Podziemie. Trochę takich krążków mi się w ostatnich miesiącach nazbierało, choć i rozczarowania były. W tak zwanym międzyczasie do recenzji wpłynęło zeszłoroczne wydawnictwo zespołu Uburen. Psem na metal będąc postanowiłem pochylić się nad tym materiałem.

Trochę black metalu miałem już okazję w życiu przesłuchać. Nie mówię, że dużo – szczyl jestem i guzik miałem dotychczas okazję poznać. Zdążyłem się jednak nauczyć, że buńczuczna etykietka „Trve Norwegian Black Metal” nie gwarantuje już dzisiaj w żadnym razie jakości. Młodszy ja już grzałby bigos, dziś natomiast postanowiłem zamiast tego zachować czystość umysłu i do płytki Norwegów podejść sine ira et studio.

I bardzo dobrze zrobiłem, bo musiałbym ten bigos zjeść w kuchni na siedząco a krucyfiks z zażenowaniem odłożyć na miejsce. Bowiem Uburen, choć deklaruje się jako przedstawiciel najprawdziwszej szkoły czarnego łojenia, jest tak naprawdę uczniem krnąbrnym, który, choć niegłupi, wyraźnie daje znać, że najważniejsze lekcje przesiedział w ciepłym domku na lewym zwolnieniu lekarskim bo nie chciał z innymi dzieciakami iść na wycieczkę do mroźnego lasu. Brakuje tutaj tego, co zdecydowało o sukcesie przedstawicieli stylu w latach dziewięćdziesiątych – dzikości i tej mizantropijnej pogardy wobec całego świata, obojętności na reakcję potencjalnego słuchacza.

Uburen boi się zaufać swoim instynktom, nie daje się im ponieść – a czuć, że potrafią, bo z zalewu nijakiej przeciętności płytę wyciągają kawałki takie jak „Nidingstav”, które faktycznie gdzieś tam potrafią pod skórą przez chwilę zostać. Czuć tam energię, która, tak skutecznie tamowana przez większą część albumu, ulała się wreszcie i w postaci agresji tchnęła życie instrumentom i skrzekom. Zabrakło odwagi, by pójść chociaż jeden kroczek dalej. Braki te Norwedzy starają się zrekompensować wykonawczą poprawnością, ale pozbawione blasku kompozycje przelatują jedna za drugą i przepadają w mrokach niepamięci.

Ciężko mi album Uburen polecić komukolwiek – starzy wyjadacze skrzywią się, że to poza a nie prawdziwy black metal, zaś ci mniej zaawansowani mają przed sobą jeszcze wiele albumów, które zapewnią im o niebo mocniejsze doznania. Ot, blackmetalowe rzemiosło do przesłuchania i zapomnienia. Nie wiem, co jeszcze mogę powiedzieć… Okładka może być. A bigosu jeść nie lubię.

1. Red Dawn
2. Martyrens Kammer
3. I Become
4. Draguen
5. Som Var
6. Nokken
7. Nidingstav
8. I Hail
9. Our Land On Fire

cover

WYRO(C)K

48%
48%
Another Brick in the Wall

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    4
  • INSTRUMENTARIUM
    5
  • WOKAL
    6
  • BRZMIENIE
    6
  • REPEAT MODE
    3
  • Oceny czytelników (0 głosów)
    0
Udostępnij to

O autorze

Lockheed

Schodzę pod ziemię i wydobywam dźwięki - im cięższe, tym lepiej. Bluźnierstwo, alkohol, nienawiść, śmierć - cała ta piwnica obficie podlana popkulturowym sosem. Limitowany do 66 kopii, ale zazwyczaj niepowtarzalny.