Po czterech latach od premiery „World on Fire” w końcu doczekaliśmy się kolejnej płyty Slash ft. Myles Kennedy & the Conspirators. Zdania w Internecie były podzielone, jedni mówili: „niech Gunsi w końcu nagrają płytę”, a inni: „Gunsi się skończyli, chcę usłyszeć nową muzykę od SMKC”. Nie było wątpliwości, że prędzej będzie nam dane usłyszeć Konspiratorów, a rzesze fanów, które tak na to czekały, znów będą mogły chłonąć porządne porcje riffów Slasha i życiowe teksty Mylesa. Pozostaje odpowiedzieć sobie na pytanie, czy styl utworów to „typowy, dobry Slash”, czy „monotonia, brzmi jak wszystko inne, co nagrali”.
Jedno jest pewne: ilu redaktorów DeathMagnetic.pl, tyle zdań na ten temat. Świeżo po premierze krążka prezentujemy Wam szczegółową i dogłębną analizę slashowego grania.
Jędrek Chałabis:
Slash jest już na takim etapie swojej kariery, że nie musi niczego udowadniać i to słychać na „Living The Dream”. Kudłaty gitarzysta często odwołuje się do swoich poprzednich dokonań – środkowa część otwierającego album 'The Call Of The Wild’ przypomina powolne partie gunsowego 'Don’t Damn Me’ i 'Apocalyptic Love’, 'Lost Inside The Girl’ brzmi jak wyjęte z repertuaru Slash’s Snakepit, a w singlowym 'Driving Rain’ mamy przecież wyjęty żywcem fragment ze 'Standing In The Sun’ (jest nawet delikatnie sparafrazowany fragment tekstu). Czy to źle? W mojej opinii nie, Slash nie odkryje już niczego nowego (bądźmy szczerzy, celem SMKC raczej nigdy nie było odkrywanie muzyki na nowo), a tak przynajmniej stworzył mocne rockowe kawałki. Niektóre niestety jednak wchodzą jednym uchem, a wychodzą drugim, w szczególności 'The Great Pretender’ (w którym brzmienie gitary mega mi przypomina Gary’ego Moore’a).
Z kolei na dużą pochwałę zasługują teksty Mylesa Kennedy’ego. Facet praktycznie nie ma chwili odpoczynku, a nadal jest w stanie napisać dobry tekst z przesłaniem. Produkcja albumu też jest bardzo dobra, brzmienie gitar (po latach grania w zespole, do nagrania gitary rytmicznej w końcu zaproszono Franka Sidorisa), wybijająca się sekcja rytmiczna i w to wszystko dobrze wpasowany wokal – nie mam się do czego przyczepić. Moje top 3 z tej płyty? Zdecydowanie 'My Antidote’ ze świetnym riffem na tłumionych strunach, 'Serve You Right’ z riffem, którego nie spodziewałbym się po Slashu oraz 'The One You Loved Is Gone’ – numer, w którym słyszę duży wkład Mylesa, brzmi on jak utwór Alter Bridge z solo Kudłatego.
Podsumowując – „Living The Dream” to solidny rockowy album, który nie cierpi na dłużyznę jak „World On Fire”, ale nie jest tak dobry jak „Apocalyptic Love”. Co prawda brak na nim petard takich jak 'Anastasia’, ale mimo wszystko broni się on całością i będę do niego z chęcią wracał. Co do oceny w skali 1 do 10… Waham się między 7 a 8… Pójdę na kompromis, niech będzie 7,5 za kolejną dawkę solidnego rocka!
Ocena: 7,5/10
Marta Kęsek:
Na czas nowej ery SMKC jesteśmy zmuszeni zapomnieć na chwilę o Guns N’ Roses, choć styl świeżej płyty Slasha miejscami przypomina coś, co wszyscy już dobrze znamy z jego poprzednich muzycznych dokonań. Przesłuchując „Living the Dream” po raz pierwszy, miałam wrażenie, że wchodzę w interakcję z zaginionym bliźniakiem „World on Fire”. Przesłuchując krążek po raz drugi, zdałam sobie sprawę, że riffy, choć równie mocne, nie są aż tak bliskie tym, które mieliśmy okazję słyszeć na poprzedniej płycie. Za dziesiątym razem skupiłam się już tylko na emocjach, jakie wzbudzają we mnie teksty Mylesa. Warto również zwrócić uwagę na Franka Sidorisa, który, choć koncertuje z SMKC od sześciu lat, po raz pierwszy brał udział w tworzeniu „konspiratorowej” płyty. Gitara rytmiczna nie ginie gdzieś w tle, odwaliła kawał dobrej roboty przy kreowaniu atmosfery albumu.
Płyta to 53 minuty porządnego, rockowego grania i, jak każda, ma swoje słabsze i mocniejsze momenty. Porównując ją do „World on Fire”, słabszych momentów jest nieco więcej. Gdyby jednak postawić ją na ringu z „Apocalyptic Love” – ciężko wybrać zwycięzcę bitwy. „Living the Dream” brakuje wyróżniających się kawałków, jednak całościowo wydaje się być bardziej spójna.
Ci, którzy śledzą muzyczną podróż Slasha, wiedzą, że ma on zamiłowanie do bluesowego stylu gry. Nie zdziwiło mnie więc, że słysząc ’The Great Pretender’, miałam wrażenie, jakby w gitarzystę wstąpił duch Gary’ego Moore’a. ’My Antidote’ miejscami brzmi jak druga część Gunsowego ’You Could Be Mine’. Nie byłoby też trudno znaleźć nawiązania do twórczości Velvet Revolver, a nawet Snakepit (wydawało mi się, czy złapałam też trochę Hendrixa?), ale nie jesteśmy tu, by wyliczać inspiracje i odniesienia, jakie można odkryć, wsłuchując się w „Living the Dream”. Czy płyta jest dobra? Tak. Czy brzmi jak „typowy Slash”? Jak najbardziej. Choć są tacy, którzy widzą w tym monotonię, ja zadaję im jedno pytanie: czy warto zmieniać styl, jeśli jest on po prostu dobry?
Ocena: 7/10
Sebastian Urbański:
Przez wiele lat miałem wrażenie, że odbiór solowej twórczości Slasha utrudnia mi nieco irytujący i po dłuższym czasie męczący głos Mylesa Kennedy’ego. Jednak wraz z premierą „Living The Dream” zrozumiałem, że przyczyna jest całkiem inna.
Tym razem Myles udowadnia, że jest nie tylko wokalistą zapewniającym solidny poziom wykonania niezależnie od repertuaru, ale także artystą z krwi i kości. Urzeka głębokimi, niskimi tonami i zachwyca wysokimi dźwiękami. Dodając do tego alegoryczne teksty i przemyślane linie wokalne, otrzymujemy najlepszą pracę Mylesa w historii współpracy z kultowym gitarzystą.
Gorzej jest jednak już z całą resztą. Album brzmi dość monotonnie i gdyby nie był sygnowany pseudonimem Slasha, to raczej nie usłyszelibyśmy o nim zbyt wielu zachwytów. Trudno pozbyć się wrażenia, że szkielet większości kawałków powstał w trybie ekspresowym. Nie są to przemyślane, różnorodne kompozycje, a sam gitarzysta brzmi, jakby nie miał ochoty pobawić się swobodą wyboru różnorodnych efektów.
Na pochwałę zasługują chwytliwe riffy z 'Sugar Cane’ oraz 'Boulevard Of Broken Hearts’, a także balladowe 'The One You Loved Is Gone’ i 'The Great Pretender’. Dobre momenty giną jednak w morzu przeciętności. Większości utworów niby nie da się wiele zarzucić, niby wszystko jest ok, ale jednak można ich słuchać sto razy, a i tak nie zapamięta się kompletnie nic. A „ok” jest dobrym wyznacznikiem dla młodych kapel. Od Slasha musimy wymagać więcej.
Przyznam, że nigdy nie sądziłem, iż o dobrej jakości albumu SMKC przesądzi Myles Kennedy. Myliłem się.
Ocena: 6,5/10
Oliwia Dąbrowska:
Jeżeli kiedykolwiek zastanawialiście się, o co poszło w Guns N’ Roses, to wystarczy, że porównacie płyty Slasha z późniejszymi dokonaniami Gunsów, żeby w moment znaleźć odpowiedź. Muzyczna wizja charyzmatycznego frontmana zupełnie nie pokrywała się z tym, co chciał tworzyć gitarzysta z cylindrem na głowie. Kiedy ten pierwszy myślał o 10-minutowych epickich kolosach oraz elementach orkiestry, drugi chciał po prostu grać rocka. I to na tej płycie absolutnie słychać.
Przyznam szczerze i bez bicia, że jak kocham całym sercem Gunsów, tak do solowych projektów Slasha nie do końca mogę się przekonać. Dużym minusem dla mnie był zawsze wokal Mylesa, który, umówmy się, albo się lubi, albo nie może się go znieść. Jest on charakterystyczny i może na dłuższą metę męczyć. Z tego też powodu znacznie bardziej podobał mi się pomysł nagrywania albumów z różnymi wokalistami. Niemniej muszę z zaskoczeniem przyznać, że na tej płycie głos Mylesa jest dla mnie całkiem znośny. Będąc obiektywna i sprawiedliwa, muszę też dodać, że jego skala i umiejętności są naprawdę imponujące.
Cała płyta to nic innego jak kawał porządnego, solidnego, rockowego grania, jakiego już w sumie nie ma wiele. Jeśli szukacie tu cudów, fajerwerków i zaskoczenia przy każdym następnym utworze, to muszę Was zmartwić – nie znajdziecie. Znajdziecie natomiast bogactwo chwytliwych riffów, niezwykle energicznych melodii oraz dobrych solówek, a wszystko okraszone niezłymi tekstami wyśpiewywanymi przez zdolnego wokalistę. Produkcja także zasługuje na uznanie, ponieważ wszystko słychać dość dobrze i czysto. Jak wspomniałam, nie ma tu przełomu i odkrycia muzycznej Ameryki. To płyta świetna do zwykłego puszczenia sobie w samochodzie czy podczas robienia czegoś w domu. Taka, do której tupiecie nóżką, ale większość melodii wlatuje jedynym uchem, by za chwilę wylecieć drugim. Jednak wśród tego morza zwyczajności znajdziemy kilka perełek. Moją uwagę zwrócił utwór 'Lost Inside The Girl’, ponieważ jest inny, nietypowy, a Myles zauroczył mnie tam swoją niską barwą, którą uważam, że powinien wykorzystywać znacznie częściej, gdyż kompozycje by na tym zyskały. Świetny jest też kawałek 'Slow Grind’, w którym słyszę nawiązanie do pierwotnych numerów Guns N’ Roses. Na pewno na pochwałę zasługuje również ładna ballada – 'The One You Loved Is Gone’ oraz 'The Great Pretender’, na którym, muszę powtórzyć za kolegami, po prostu nie da się nie usłyszeć ducha Gary’ego Moore’a.
Cóż rzec. Nie jest to wybitne dzieło. Nie ma tu ogromnej różnorodności, zmian i zaskoczeń. Jednak jest to po prostu dobre granie w stylu Slasha. Znajdziemy szybkie melodie oraz ballady. Usłyszymy wpływy poprzednich projektów i zespołów Cylindra. Czy płyta jest gorsza lub lepsza od poprzednich? Trudno powiedzieć. Powiedziałabym, że porównywalna i trzyma poziom. Podsumuję to tak. Jeśli należycie do grona zwolenników projektów Slasha i jego granie Wam odpowiada, to z pewnością będziecie usatysfakcjonowani, a płyta nie raz pojawi się w Waszych głośnikach. Jeśli natomiast nigdy nie przekonywała Was ta twórczość, to nowa płyta nie będzie przełomem i nic w tej kwestii nie zmieni.
Ocena: 7/10
Przygotowaliśmy dla Was coś specjalnego. Macie okazję zapoznać się z playlistą, przygotowaną przez nas z okazji premiery „Living The Dream”. To świetna okazja, aby przypomnieć sobie, jak rozwijała się solowa kariera Slasha.
Jak oceniasz "Living The Dream"?
- 7 (28%, 9 głosów)
- 8 (25%, 8 głosów)
- 6 (16%, 5 głosów)
- 9 (9%, 3 głosów)
- 5 (9%, 3 głosów)
- 10 (3%, 1 głosów)
- 4 (3%, 1 głosów)
- 3 (3%, 1 głosów)
- 2 (3%, 1 głosów)
- 1 (0%, 0 głosów)
Oddanych głosów: 32
![Slash: Recenzja albumu „Living The Dream” [Ankieta]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2018/09/slash-myles-kennedy-living-the-dream-recenzja-1180x541-1024x469.jpg)