Recenzja płyty Jesus Rodriguez – “U bram piekła”

1

Pisząc recenzję nowo poznanego zespołu bardzo łatwo wpaść w pułapkę polegającą na porównywaniu muzyki recenzowanego artysty do dokonań innych muzyków. Czasem jest to krzywdzące, a innym razem może zachęcić szerszą grupy odbiorców do zapoznaniu się z muzyką danego zespołu. Z Jesus Rodriguez oraz ich nowym albumem „U bram piekła” sprawa jest o tyle trudna, że wykonywaną przez nich muzykę trudno jest jednoznacznie zaszufladkować, a zarazem zdefiniować w prostych słowach. Czy da się zatem przekazać plastycznie czytelnikom wrażenia z zawartości bez wykorzystywania porównań? Zapewne tak, ale w tej recenzji przyjmiemy dokładnie odwrotną strategię. ‘Czemu’ spytacie. A ja odpowiem poniżej. Zapraszam do lektury.

Jezus_rozdriguez

Na „U bram piekła” przewija się tyle różnorodnych smaków i klimatów muzycznych, że można by nimi obsadzić kilka innych albumów. Jest w muzyce Jesus Rodriguez coś zarazem radośnie rockowego i dziwacznie niepokojącego. Może to te wszechobecne gotyckie organy, a może głęboki tajemniczy głos wokalisty/basisty Krzysztof Morfina. Dawno nie słuchałem tak klimatycznego albumu, który jednocześnie kopałby tyłek taką rockową energią.

Wokale są zdecydowanie najjaśniejszym punktem albumu. Można śmiało powiedzieć, że śpiew jest naprawdę wielowymiarowy, co w sumie rzadko się zdarza w muzyce takiej jak rock czy metal. Wokalista barwą głosu przypomina trochę Draka z Huntera (nie przerywajcie recenzji, to jeszcze nie koniec!), lecz jego popisy wokalne są znacznie bardziej urozmaicone, i… ekscentryczne. Jeśli chodzi o wokal to słychać tu trochę Foo Fighers, trochę Kata, czasem przebrzmiewają naleciałości etniczno-folkowe, jest tu sporo szalonego absurdu spod znaku Kabanosa, a czasem da się usłyszeć nawet wpływy Czesława Niemiena. I to wszystko wybrzmiewa z gardła jednego faceta. To samo oczywiście mógłbym opisać bez użycia porównań, ale chciałem uświadomić wszystkim z jak dużą różnorodnością mamy tutaj do czynienia. Brawa za to, słuchanie partii wokalnych na tym albumie to prawdziwa frajda.

www.youtube.com/watch?v=mmCQuq-QUYQ

Utwory utrzymane raczej w średnich tempach – jest sporo czadu, ale słychać, że panowie stawiają bardziej na atmosferę. Uświadczymy jednak także kilka przyjemnych, okraszonych specyficznym poczuciem humoru, rockowych refrenów. Niektóre z nich są dość dziwaczne, jak np. “ło-ho-ho, samo zło!”, w otwierającym album utworze ‘Armagedon’, który co ciekawe wpada nawet w ucho na swój psychodeliczny sposób.

Brzmienie gitar również łączy w sobie wpływy różnych gatunków i jest utrzymane w klimatach rockowo-metalowo-gotycko-punkowych. Czyżbyśmy mieli do czynienia z polskim odpowiednikiem norweskiego Kvelertaka? (nie wierzycie? Posłuchajcie utworu ‘Czarny Jeździec’). Do wielu bardzo dobrych rockowych kawałków nie pasują natomiast za bardzo partie klawiszowe wyjęte żywce z lekko już nadgryzionych zębem czasu albumów Dio z lat 80-tych. Zanim ktoś się oburzy wyjaśniam, że chodzi tu wyłącznie o brzmienie, a nie o kompozycje, które są ponadczasowe. Nie chodzi mi o sam fakt wykorzystania klawiszy, ale raczej o ich brzmienie przypominające odrobinę stary dyskotekowy syntezator. W kilku momentach albumu gryzie się to z nowocześnie brzmiącymi gitarami i przepiłowuje im trochę rockowego pazura.

Klawisze znacznie lepiej sprawdzają się za to w lżejszych i spokojniejszych kawałkach nadając im świetnego klimatu, co szczególnie słychać w numerze ‘Spadaj ze mną’. Choć z drugiej strony zastanawiam się czy takie, a nie inne brzmienie klawiszy nie jest przypadkiem celowym zabiegiem. W utworze o dziwacznej nazwie ‘Sałatka z Tuńczyka II’, czy w kawałku ‘Nowy Ład’ w kilku fragmentach klawisze brzmią jak z epoki komputerów 8-bitowych, a w innych budują znakomity klimat rodem z horrorów lub albumów Kinga Diamonda. Trudno jest mi to rozgryźć, ale w ostatecznym rozrachunku liczy się przecież efekt końcowy, który jest naprawdę niezły.

Mogę śmiało polecić ten album wszystkim fanom muzycznych eksploracji i muzyki różnorodnej, niebanalnej i na wskroś oryginalnej. Poza drobnymi mankamentami, które wymieniłem powyżej, muzyka Jesus Rodriguez broni się sama i dostarcza rozrywki na naprawdę wysokim poziomie. Szczerze polecam – świetny i nieszablonowy album.

Ocena: 8,5/10

Tracklista:

1. Aramgedon
2. Czarny Jeżdziec
3. Spadaj Ze Mną
4. Anielski Głos
5. Noc I Mgła
6. Sałatka Z Tuńczyka II
7. Nowy Ład
8. Nic
9. Osobliwość
10. Potop Płomieni
11. Ten Lepszy Świat
12. U Zamkniętych Piekła Wrót

Autor: RafTen

Udostępnij to

O autorze