Primal to jednoosobowy projekt, mający w swojej 8 – letniej karierze całkiem spory dorobek – 5 albumów długogrających oraz kilka mniejszych wydawnictw. I choć scenę podziemną śledzę nie od dziś, to warszawski Primal umknął mi gdzieś pośród zalewu mrocznych brzmień. Dziś jednak nadszedł ten dzień, kiedy „Prophetae” wpadło w moje ręce, by pozwolić mi zgłębić swoje mroczne tajemnice.
Już od samego początku moje uczucia co do albumu są nieco mieszane. W mojej głowie od razu pojawia się stary, dobry Burzum, którego wręcz katowałam. Jednak to, co usłyszałam teraz, to jego odświeżona wersja, z lekkimi naleciałościami Xasthura i jemu podobnych brzmień. Ta intryga przerodziła się w ciekawość i chęć poznania czym tak właściwie uraczy mnie Primal. Zatem zaczynajmy!

Dzwony. To właśnie one rozpoczynają naszą przygodę wśród mistycznych rytuałów jakie za chwilę nastąpią. Po kilku uderzeniach pojawia się miażdżąca wręcz perkusja. Jej tempo jest niezwykle szybkie, zachęcające do poddania się podróży pośród brudnych, surowych dźwięków. Półgłos rozbrzmiewający niemalże w tle jest niebywale prosty, brzmiący jak wypowiadana modlitwa. Brak w nim jakichkolwiek zmian, co sprawia, że jest bardzo intrygujący. Same tytuły, również takie są. Zwykłe nazwy zastąpiono bowiem liczbami rzymskimi, które dzielą album na 5 długich – bo oscylujących wokół 10 min – rozdziałów. Pierwszy kończy się szumami, którym wciąż towarzyszy półszept, pozostawiając dozę zaniepokojenia.
Kolejny utwór zaczyna się już dużo spokojniej. Rytmiczna perkusja, dominująca przez prawie minutę jest może trochę nużąca i skłania do pominięcia całości, ale ja nie dam się tak łatwo! Niestety, spodziewałam się czegoś więcej. Jednostajne tempo i wciąż ten sam półgłos słyszany gdzieś w tle, niczym mnie nie zaskoczył. Ale idźmy dalej. III od pierwszych sekund raczy nas przemiennymi głosami, wirującymi między dźwiękami i tak trwa do samego końca. Świetnie współgra z resztą aranżacji i o wiele bardziej wpada w ucho niż jej poprzednik.
Koniec zbliża się coraz szybciej. Tutaj chyba najbardziej wyczuć można ten mistyczny, tajemniczy klimat. Chórki rodem z kościoła, rozpoczynające i będące obecne przez cały czas trwania V podróży przez wszystko co nieznane, dodaje wiele uroku. Samo instrumentarium jest już żywsze i mniej nużące niż wcześniej. Powtarzające się sekwencje, mogą znudzić tych mniej wytrwałych, ale Ci, lubiący hipnotyzujący wokal, będą zadowoleni. Może wydawać się on monotonny, jednak świetnie sprawdza się w swojej roli i bez wątpienia, zostanie zapamiętany właśnie przez tą swoją prostotę.
Tempa panujące na krążku są dosyć podobne, utrzymujące średnią prędkość. Owszem są momenty, gdzie zwalniają bądź przyspieszają, ale nie to jest domeną albumu. Proste, minimalistyczne riffy pokazują, że pierwotne brzmienie świetnie się sprawdza i tworzy mroczną, ciężką atmosferę, a ta jest często bardzo pożądana.
Materiał może i nie zaskakuje mieszanką brzmień i niekonwencjonalnych rozwiązań, za to podkreśla prostotę przez co jest bardzo spójny i konsekwentny. Ocena tego albumu do najłatwiejszych nie należy i zapewne będzie on wywoływał dwa skrajne uczucia – uwielbienie i niechęć. Właśnie dlatego cieszy mnie, że przyszło mi się z nim zmierzyć. Paranoidalny klimat, zawdzięczany niskim gitarom i łamiącej perkusji, powinien skraść serce kultowców, lubiących zgłębiać tajemnice norweskich poczynań, tym razem jednak dokonanych przez warszawski Primal.
Wyro(c)k
0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets
- Pierwsze wrażenie8
- Instrumentarium7
- Wokal8
- Brzmienie8
- Repeat7
