Dirge: Recenzja płyty „Lost Empyrean”

0

Dobrej muzyki każdy posłuchać lubi. I to nie tylko czegoś, co się zna. Lepiej, żeby nie być jak inżynier Mamoń z kultowego filmu „Rejs”, który powiedział: Mnie się podobają melodie, które już raz słyszałem. Ile jest przecież ekscytacji, kiedy odkrywamy coś, czego wcześniej nie słyszeliśmy. U mnie tak się stało w przypadku siódmego albumu francuskiego Dirge zatytułowanego „Lost Empyrean”.

Twórczość tego zespołu była mi dotąd nieznana i kiedy otrzymałem promówkę, zaintrygowany z ciekawości ją włączyłem, żeby sprawdzić, cóż też pogrywają potomkowie Galów. Wyznam, że już przy pierwszych dźwiękach mnie wzięło. Rozochociłem się zatem i zacząłem zapoznawać się z wcześniejszymi krążkami oraz szukać informacji o Dirge. Grupa istnieje już jakiś czas – jej powstanie datuje się na 1994 r. Francuzi grali na początku industrial metal, a następnie ewoluowali w stronę bardziej atmosferycznych dźwięków i progresywnych struktur. Ich muzyka nawiązuje obecnie do post-metalu. Niemniej ciężko tak naprawdę zdefiniować styl kwartetu, ponieważ nie daje się on łatwo sklasyfikować, także pozwolę sobie przytoczyć opis zawartości nowej płyty z materiałów promocyjnych:

„Lost Empyrean” jest dynamiczny i wieloaspektowy tak samo, jak miażdżący i wściekły. Niczym uderzające fale muliste i obłąkane riffy odpływają i przypływają do spokojnego otoczenia i do dźwięcznej post-metalowej atmosfery. Srogie ryki są łagodzone przez przygnębione czyste wokale i słowa mówione. Swoim najnowszym arcydziełem Dirge tka gobelin płynnych sprzeczności. Melodyjny i dysonansowy, pełen nadziei i rozpaczy, spokojny i burzliwy „Lost Empyrean” nie jest po prostu płytą do wysłuchania, ale czymś, czemu należy się poddać.

Te słowa trafnie oddają to, co znaleźć można na najnowszym wydawnictwie. Łączenie kontrastów w muzyce nie jest łatwym zadaniem. Trzeba je umiejętnie wpleść w całość i sprawić, żeby płynnie przechodziły jeden w drugi i się uzupełniały. Dirge wywiązał się z tego zadania znakomicie – „Lost Empyrean” jest bardzo ciężki, a zarazem melodyjny i klimatyczny. Już pierwszy kawałek ‘Wingless Multitudes’ dobitnie to uświadamia. Riffy na początku napierają na człowieka tak, że ten ma wrażenie, iż z jakichś morskich głębin niewidzialna siła wylewa na niego trzy tony mułu i wodorostów. To brzmienie jest tak masywne, intensywne i wgniatające część ciała na cztery litery w glebę – najlepiej błotnistą – że nie ma mowy o ucieczce. Można tylko błagać o więcej… mułu i wodorostów. Zresztą każdy utwór jest wagi ciężkiej. Taki ‘Algid Troy’ mógłby zamiast walca wygładzać asfalt. Z kolei tytułowy, gdyby przybrał ludzką formę, powaliłby w walce samego Mike’a Tysona. Niesamowity jest też kończący płytę ‘Sarracenia’. Gdzieś w okolicach piątej minuty wchodzi taki klimat, lekko psychodeliczny, że można wyobrazić sobie, że leży się gdzieś nocą na jakiejś spokojnej i opuszczonej plaży kierując wzrok ku rozgwieżdżonemu niebu – a niebo zmienia kolory. Taki surrealistyczny widok. Jednak potężne brzmienie, riffy i ryczący wokal to nie wszystko. Dobrze z nimi współgrają świetne melodie i atmosferyczne fragmenty. Melodie przywodzą mi na myśl doom/death metalową szkołę, ale tą starej daty. Natomiast czyste wokale momentami kojarzą mi się nieco z manierą Petera Tägtgrena z lżejszych kawałków Hypocrisy albo z pierwszych płyt Pain. Nie jest to mimo wszystko bezpośredni odnośnik i powinno się to porównanie traktować raczej luźno.

Na pewno dużym plusem jest to, że zespół bawi się kontrastami, albowiem muzyka kwartetu tylko na tym zyskuje. Gdyby nie było melodii, klimatu i innych smaczków to „Lost Empyrean” mógłby zrobić się zbyt przyciężkawy i monotonny. A tak jest rewelacyjny dzięki tym wszystkim elementom, które złożyły się na tę misterną układankę. Siedem utworów zamkniętych w prawie 57 minutach mija nadzwyczaj szybko i pozostawia nieziemskie wrażenia.

Sludge, doom, post metal i post rock – to wszystko składa się na dźwięki wydobywane przez Dirge. Jest też w twórczości francuzów coś nieuchwytnego; coś, co sprawia, że ta grupa jest wyjątkowa. Jeśli szukacie czegoś specjalnego i te klimaty nie są wam obce, to zaprzyjaźnijcie się z tym albumem i doświadczcie potęgi „Lost Empyrean”.

www.facebook.com/DIRGE
www.debemur-morti.com

1. Wingless Multitudes
2. Hosea 8:7
3. Algid Troy
4. The Burden Of Almost
5. Lost Empyrean
6. A Sea Of Light
7. Sarracenia

Wyro(c)k

96%
96%
Master of Puppets

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    9.5
  • INSTRUMENTARIUM
    9.5
  • WOKAL
    9.5
  • BRZMIENIE
    9.5
  • REPEAT MODE
    10
  • Oceny czytelników (2 głosów)
    9.6
Udostępnij to

O autorze

Avatar

Miłośnik wszelkich odmian ciężkiej muzyki, Star Wars i egzotycznych miejsc. Mawia, że Jedi są spoko, ale Imperium też. Lubi dobrą książkę, film czy serial. Basista w stanie spoczynku. Grał w Island, Chainsaw, Puki' Mahlu i kilku innych zespołach. Od 30 lat w służbie metalu. Stay Heavy! \m/