Black Perfume: Recenzja płyty “#osiempięćzero”

0

Zespołów rockowo-metalowych z żeńskim wokalem nie ma zbyt wiele, przynajmniej w porównaniu do tych, w którym to naładowani testosteronem frontmani ryczą do mikrofonu coraz bardziej agresywne wersy swoich mocnych tekstów. Zostawmy na ten moment narzucające się porównania do Nightwish, Arch Enemy czy Halestorm by skupić się na tym, co prezentuje sobą Black Perfume – zespół pięciu facetów i jednej kobiety, zmieniającej charakter granych kawałków nieraz o 180 stopni.

Zaczyna się standardowo, od, trzeba przyznać, dość szablonowych kawałków, jakimi są ‘Bulwar’ i ‘Nadziejowy’. Nie robią one co prawda złego wrażenia, ale też niczym nie zaskakują, nie uderzają tak, jak powinien to robić początek albumu. Sytuacja znacznie poprawia się przy utworze ‘Syreni Śpiew’, bardziej innowacyjnym, wprowadzającym ciekawsze rozwiązania rytmiczne i lepsze linie melodyczne. Tak pokrótce przedstawia się trwająca około 50 minut przygoda z krążkiem „#osiempięćzero”. Są tu elementy bardzo dobre, są też niezaskakujące i przeciętne, ciężko natomiast znaleźć typowo słabe. Dla przykładu, utwór ‘Czary Słów’ może pochwalić się świetnie zrealizowanym ambientowym intrem przechodzącym później w zgrabną kompozycję płynących riffów. Kilka pozycji za wymienionym utworem pędzi promowany od pierwszej EPki zespołu kawałek ‘Histeria’, który może pochwalić się niezłym teledyskiem, na którym zespół bawi się tworzoną przez siebie muzyką i tak bez obrazu brzmi też sama ‘Histeria’, na czele z przebojowym refrenem.

Z drugiej jednak strony ziewamy nieco przy kawałkach takich, jak ‘Dla D.’, ‘Kochaj albo Giń’ albo ‘(Nie)idealny’. Nie są to utwory kiepskie czy kiczowate – to ten typ, który wpada jednym uchem i wypada drugim, przy którym nie podkręca się głośności, gdy poleci w radiu, który tak zwyczajnie obok nas przechodzi. Takie fragmenty na „#osiempięćzero” się niestety zdarzają w ilościach zbyt dużych, by je przemilczeć. Nie jest ich jednak na tyle dużo, by przesadnie na nie narzekać.

To, co można Black Perfume poradzić to częstsze sięganie po niestandardowe rozwiązania i inspiracje lub wrzucanie na płytę tylko tych fragmentów, które w ogromnym stopniu realizują pewien przewidywalny kanon. Przydałoby się więcej momentów takich, jak początek ‘Czarów Słów’ lub refrenu ‘Histerii’. Do puli momentów, w których obcowanie z albumem jest przyjemnością doliczmy też ‘Nim Miasto Spłonie’, ‘Mój Dzień’ czy ‘Zaginiona’ by otrzymać obraz krążka, który ma mimo wszystko całkiem sporo satysfakcjonujących momentów.

Gdyby zamienić kilka utworów z „#osiempięćzero” na takie, które utrzymywałyby poziom tych wyżej wymienionych, w ręce fanów mocniejszego grania z żeńskim wokalem trafiłby ciekawy, przebojowy album. W obecnym stanie po kilku(nastu) przesłuchaniach stworzyłem playlistę, która zawierała tylko te utwory, które czymś się wyróżniały. W trwającym wciąż zalewie propozycji ze strony wszystkich łaknących kariery zespołów oryginalność jest czymś, czego słuchacze poszukują w pierwszej kolejności. Black Perfume ma wszystko, co potrzeba by ten pułap osiągnąć następnym razem – charyzmatyczną wokalistkę, dobrych, zgranych instrumentalistów i pewne zaplecze w postaci „#osiempięćzero”, nagranej w 2013 roku Epki „Histeria” oraz kilku porządnie zrealizowanych klipów. Póki co Czarnym Perfumom życzymy dalszego rozwoju, który na ten moment wygląda obiecująco, choć potrzebuje jeszcze wielu mistrzowskich szlifów.

850jpg

70%
70%
Highway to Hell

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • PIERWSZE WRAŻENIE
    7
  • INSTRUMENTARIUM
    7
  • WOKAL
    7
  • BRZMIENIE
    7
  • REPEAT MODE
    6
  • Oceny czytelników (2 głosów)
    9.3
Udostępnij to

O autorze

Bartosz Pietrzak

Mój pierwszy kontakt z cięższą muzyką to "Live & Rare" KoRna. Potem poszło już z górki... Jeśli nie nerdzę nad tekstami to jestem na koncercie lub robię hałas ze swoim zespołem. Aha, bez swojej brody byłbym nikim. To samo tyczy się reszty redakcji.