Dzisiejsza odsłona redakcyjnej playlisty to niezły materiał na scenariusz potężnego melanżu. Na początek, dla niepoznaki, trochę nerdzenia, później kilka browarów, które doprowadzą do istnych herezji z finałem w… Japonii. Lecimy!
- ‘I’m a Nerd’- 6:33 (z płyty “Deadly Scenes”)
Na początek kapela prosto z francuskiego podziemia, czyli 6:33. Znaleziony przeze mnie za sprawą audycji “Masarnia u Zenka” band to konkretni popaprańcy. W swojej muzyce upychają elementy jazzu, musicalu, black metalu, core’ów, rocka progresywnego i diabli wiedzą, czego jeszcze. Dużo w nich z Devina Townsenda, trochę z Franka Zappy i Danny’ego Elfmana, zaś wokal inspiracji szukał na pewno w dziwniejszych epizodach z bogatej twórczości Mike’a Pattona. ‘I’m Nerd’ to mój ulubiony kawałek z ich płyty ‘Deadly Scenes’, który łączy zarówno teatralne wokalizy i bardzo przemyślane harmonie wokalne, jak i grincore’owe zapędy kompozytorskie muzyków. Całość brzmi jak zbrutalizowany soundtrack z musicalu Tima Burtona i to do mnie przemawia w 101%.
- ‘Jar of Porter’- Finnegan’s Hell (z płyty “Drunk, Sick and Blue”)
Z rockowych przeróbek irlandzkiego folku najpopularniejsze są oczywiście dwie wersje ‘Whiskey in the Jar’, za przerobienie którego wzięło się Thin Lizzy, a po nich po swojemu zrobiła to Metallica. Ze znacznie młodszych, jeszcze niedocenionych modernizatorów folku, moją uwagę przykuł zespół Finnegan’s Hell, który w tym roku prezentował się na małej scenie Przystanku Woodstock. Wzięli oni na warsztat ‘Jar of Porter’, przerabiając go na skoczny, śpiewny folk punk i udało im się to fenomenalnie. Kapitalny teledysk, doskonale wplecione elementy folkowe i ten łobuzerski zadzior wywołują nieodpartą chęć irlandzkiego stepowania na szczycie pokrytych zielonymi pastwiskami pagórków albo po prostu obalenia tytułowego browara.
- ‘Heresy’- Nine Inch Nails (z płyty “The Downward Spiral”)
A teraz zarzucę starociem. Pamiętam, że gdy pierwszy raz próbowałem przejść w całości przez “The Downward Spiral”, jeszcze przy początku mojej przygody z muzyką rockową i metalową i był to dla mnie wtedy album niemożliwy do udźwignięcia. To brudne, hałaśliwe brzmienie, agresja i eksperymenty zwyczajnie mnie przerosły. Dziś, kilkaset albumów później, jestem dumnym posiadaczem tej płytki i raz na jakiś czas wracam do tego industrialnego arcydzieła. Intrygujące napięcie, zaskakujące zmiany nastroju i obrazoburcze, kontrowersyjne teksty opowiadające dramatyczną historię postępującego szaleństwa i upadku dostarczają perwersyjnych doświadczeń słuchowych kolejnym pokoleniom muzycznych fetyszystów. Moim faworytem pozostaje marszowe ‘Heresy’ z wykrzyczanym, prostym refrenem, który o palpitacje serca przyprawiłby niejedną zakonnice.
- ‘The Hive’- Melt-Banana (z płyty “Fetch”)
Zaczęło się od muzycznego dziwadła to i na takowym musi się skończyć. Melt-Banana pochodzi z Japonii i jeżeli uważacie BabyMetal za największy freak, jakim kraj kwitnącej wiśni uraczył muzykę metalową, to jesteście w cholernie dużym błędzie. Wysokie, bardziej dziewczęce niż kobiece wokale skandujące niezrozumiałe słowa do hałaśliwego, momentami niekontrolowanego, punkowego napieprzania- tak w największym skrócie można przedstawić działalność tej zwariowanej brygady. Jest to cholernie dziwne, ale niebezpiecznie wciągające i chwytliwego. ‘The Hive’ poniewiera lepiej niż ¾ kapel deathmetalowych, jedzie cały czas na najwyższych obrotach i wywołuje u słuchacza chorą wręcz fascynacje tym agresywnym japońskim potworkiem.
