Niskie dźwięki basu potrafią uzależnić. Przekonują się o tym nie tylko młodsi słuchacze, ale także starsi, do czego nawiązuje nasz tytuł inspirowany pewnym filmikiem dostępnym na YouTube. Amerykańscy naukowcy już dawno udowodnili, że przyjemne dudnienie czterech strun powoduje wzrost endorfin, mokrość w majtkach (w poniższych przypadkach może to się zdarzyć u obu płci, więc nie martwcie się), a także zwalcza raka. Z drugiej strony, jak wiadomo, każdy basista w zespole swoje miejsce powinien znać, a gdy zaczyna się jego solo na koncercie większa część zebranych ma akurat 10 minut na wypicie piwa w klubowym barze. By przyciągnąć i zainteresować słuchaczy i widzów nie wystarczy jedynie długi gryf, ale niezbędna jest także jego profesjonalna, choć czuła obsługa. Nie zawsze jednak wirtuozerstwo idzie w parze z zapamiętywalnością – czasem warto zagrać oszczędnie, a parę złotych dźwięków może przejść do historii jako jeden z wybitnych riffów, który nucić będą następne pokolenia. Takie przypadki chcę przedstawić w niniejszym zestawieniu. Celowo nie pojechałem samymi klasykami – warto poszperać głębiej w twórczości danego wykonawcy, a niekiedy można natrafić na naprawdę smakowite kąski. No więc do dzieła – zapoznajcie się z 20 liniami basowymi, które według mnie są godne zapamiętania i nierzadko są siłą napędową całego utworu, a nawet odarte z pozostałych towarzyszących im instrumentów brzmią genialnie!
- Queens of the Stone Age – You Can’t Quit Me Baby
Utwór z debiutanckiej płyty QTOSA, lecz to ta wersja z DVD „Over The Years And Through The Woods” jest chyba najbardziej hipnotyzująca i złowieszcza. Na basie wspaniały i niedoceniany (przez szerszą publiczność) multiinstrumentalista Alain Johannes, który przez wiele lat był współpracownikiem Josha, wchodził w skład supergrupy Them Crooked Vultures, a obecnie gra u boku PJ Harvey. Szkoda, że ekipa z Palm Desert już tak nie gra…
2. The Fall – Blindness
Grupa dowodzona przez nieobliczalnego i wiecznie nawalonego Marka E. Smitha przez pierwszą dekadę XXI wieku, wraz z uformowaniem się nowego składu, przeżywała renesans kreatywności, czego dowodem są tak dobre albumy, jak „Country on the Click”, „Fall Heads Roll” i „Your Future Our Clutter”. Z tego drugiego pochodzi „Blindness” napędzany jednostajną linią przesterowanego basu, na tle którego Smith mamrocze swój niedorzeczny tekst. Wspaniałe.
3. Red Hot Chili Peppers – Around the World
Flea jednym z najlepszych basistów historii rocka jest i co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Ewidentnie widać to chociażby teraz, gdy w zespole nie ma już genialne Johna Frusciante i muzyka opiera się głównie na pomysłowości Michaela Balzary. Jego styl jest od razu rozpoznawalny – bardzo rzadko gra on to, co gitara i raczej stara się tworzyć zupełnie odrębną linię melodyczną. Doskonałym przykładem jest właśnie utwór „Around the World”, chociaż w przypadku RHCP ciężko jest wybrać tę najlepszą basową partię.
4. Queen – Another One Bites The Dust
No dobra, trochę klasyków też będzie, bo ciężko w takim zestawieniu nie uwzględnić „Another One Bites The Dust” lub „Under Pressure”, choć genialnych zagrywek John Deacon ma w swoim arsenale o wiele więcej. Siła Queen polegała na tym, że każdy muzyk był wielkim talentem i indywidualnością, a jednocześnie w czwórkę tworzyli niesamowicie zgrany zespół. W tej wersji warto również zwrócić uwagę na frywolną kreację Freddiego.
5. Black Sabbath – N.I.B.
W Black Sabbath muzyka opiera się głównie na gitarowych riffach Tony’ego Iommi, choć z pewnością (nie tak bardzo) cichym bohaterem jest Geezer Butler, który oprócz wirtuozerskiej, niezwykle szybkiej gry palcami był odpowiedzialny w kapeli także za niezwykłe teksty utworów. Od wielu lat „N.I.B.” poprzedzane jest solówką. Przy tej okazji przypomnijmy sobie ostatni koncert Black Sabbath z Krakowa:
6. John Paul Jones – The Thunderthief
John Paul Jones to kolejny wielki sideman, który odgrywał wielką rolę w swoim zespole, choć zawsze stał w cieniu wielkich osobowości scenicznych – Roberta Planta i Jimmy’ego Page’a. W Led Zeppelin nie tylko tworzył wraz z Johnem Bonhamem jedną z najlepszych sekcji rytmicznych w historii, ale był (i jest) także doskonałym aranżerem. W 2001 roku wydał swój drugi solowy album, doskonały „The Thunderthief”, na którym mógł popuścić wodze fantazji i zaprezentować swój nieosiągalny dla wielu śmiertelników poziom.
7. King Crimson – Sleepless
Robert Fripp zawsze gromadził wokół siebie wybitnych instrumentalistów, bo zwykły grajek wywaliłby się na tej muzyce po 3 taktach. Umówmy się – twórczość Karmazynowego Króla to coś więcej niż rock i chyba ciężko wskazać bardziej ambitny zespół w historii gitarowego grania. Przez lata przez grupę przewinęli się tak genialni basiści jak Greg Lake, John Wetton, czy obecny do tej pory wizjoner czterech strun i propagator Chapman Sticka – Tony Levin. Na jego zagrywce opiera się „Sleepless” – jeden z niewielu utworów King Crimson, do których powstał teledysk.
8. Guns N’ Roses – Rocket Queen
Pomimo bardzo prostych środków Duff McKagan jest mocnym punktem Gunsów i jego brzmienie oraz sposób komponowania są bardzo istotne dla twórczości grupy. Jednymi z najlepszych przykładów są opierający się o pulsujący bas „Rocket Queen”, „Sweet Child of Mine”, czy podbarwiony efektem chorus „You Could Be Mine”, które często nie są doceniane ze względu na jeszcze lepsze partie gitary prowadzącej Slasha 😉
https://www.youtube.com/watch?v=1TnL-LJKWE0
9. Metallica – For Whom The Bell Tolls
Pamiętacie te piękne czasy, gdy bas w Metallice był tak samo ważny jak gitary i ważniejszy od perkusji Larsa? Ja też nie, ale pozostały nam płyty dokumentujące tę zamierzchłą erę – „Kill’em All”, „Ride the Lightning” i „Master of Puppets”. Bas Cliffa Burtona brzmi tam niczym huragan szalejący pomiędzy gitarami Jamesa i Kirka, a jedną z jego legendarnych partii jest „For Whom The Bell Tolls”, które jest grane właściwie na każdym koncercie do tej pory. Szkoda, że nie było dane nam dowiedzieć się, w którą stronę rozwinie się styl Cliffa i tym samym w którą stronę pójdzie Metallica. Ich twórczość mogłaby wyglądać zupełnie inaczej, niż obecnie. Czy lepiej czy gorzej – można tylko gdybać.
10. Motorhead – Stone Dead Forever
Każdy zna oryginalne podejście Lemmy’ego do gitary basowej – traktował ją jak gitarę rytmiczną, co było wrzodem na dupie dla każdego producenta nagrywającego albumy Motorhead. Brak niskich tonów, maksymalny przester i ogłuszający poziom głośności. Często jego bas powtarzał riff gitarowy, szczególnie w późniejszych latach, gdzie komponowali głównie Phil Campbell i Mikkey Dee, a Lemmy jedynie dogrywał swoje partie. Na początku jednak sporo utworów opierało się o jego linie, a świetnym przykładem jest niedoceniany „Stone Dead Forever” z mojego ulubionego albumu Motorhead – „Bomber”.
11. Nirvana – Lounge Act
Nirvana jako trio musiała być pomysłowa jeżeli chodzi o partie poszczególnych instrumentów. Pomimo, że pieczę nad komponowaniem sprawował Kurt Cobain, to Kristowi Novoselicowi także udawało się przemycić charakterystyczne i niezwykle melodyjne partie. Oddając szacunek Kurtowi, „Blew”, „Dive”, „Sliver” czy „Lounge Act” właśnie nie brzmiałyby tak doskonale, gdyby nie jego pochodzący z Chorwacji kolega.
https://www.youtube.com/watch?v=OPYcFQxsKlQ
12. Maanam – Lipstick on the Glass
Polska także może poszczycić się wybitnymi muzykami nieodstającymi poziomem od tych anglojęzyczno-palczastych, a jednym z zawodników stających do walki o tytuł legendy basu niech będzie Bogdan Kowalewski. Ten muzyk wchodzący w skład „Złotego” – jak to określał po latach Marek Jackowski – Maanamu pozostawił swój ślad na pierwszych płytach. Niestety na początku lat 90-tych uległ poważnemu wypadkowi samochodowemu i wycofał się ze sceny zostając dźwiękowcem Lady Pank. Szkoda, bo takiego fenomenalnego grania, jak w „Lucciola”, „O!” czy „Lipstick on the Glass” nigdy za wiele.
13. The Offspring – Gotta Get Away
Wśród cichych bohaterów warto wymienić również Grega K. z The Offspring, który jest podporą grupy od początku jej istnienia. Ten niepozorny basista od 30 lat wygląda właściwie tak samo – jeansy, zwykły t-shirt i charakterystyczne skupienie na instrumencie to jego znak rozpoznawczy, dzięki któremu w ogóle się nie wyróżnia 🙂 Mimo to, niech przemówi muzyka i jedna z jego najlepszych ścieżek, czyli „Gotta Get Away” z najlepiej sprzedającego się albumu wydanego w niezależnej wytwórni w historii – „Smash”.
14. Ozzy Osbourne – No More Tears
Było już Black Sabbath, to teraz czas na Ozzy’ego, który piosenkę „No More Tears” określił jako „dar od Boga”. Opiera się ona na (pozornie) prostej zagrywce Mike’a Ineza z Alice in Chains, który jest współautorem kompozycji. Cały utwór jest następnie mistrzowsko rozwinięty przez zespół i jest doskonałą równowagą pomiędzy ambitnym, wręcz progresywnym graniem, a przebojowością. Jeden z ponadczasowych klasyków lat 90-tych – głównie dzięki gitarze basowej.
15. Radiohead – The National Anthem
Ach, ta ciężka, przesterowana, transowa i uzależniająca linia basu! Tak mógłby brzmieć hymn narodowy mojego kraju. Jak głosi legenda, riff napisał Thom Yorke w wieku 16 lat, jednak dopiero na 4 albumie Radiohead znaleźli odpowiednią wersję dla tego kawałka idealnie łącząc rock, elektronikę i jazz. Biedny basista Colin Greenwood, który w kawałku w ogóle nie zagrał, później zrewanżował się jednak równie ciekawymi partiami w „Packt Like Sardines in a Crushd Tin Box” czy „Where I End And You Begin” na kolejnych płytach.
16. The Smiths – Barbarism Begins at Home
Manchesterski kwartet The Smiths w moim odczuciu był cudem – czterech nastolatków (no dobra, Morrissey był starszy) stworzyło w ciągu paru lat muzykę, która zainspirowała niezliczoną ilość kolejnych artystów i która odciska piętno na muzyce alternatywnej do tej pory. Wyznawcy grupy skupili się głównie na poetyckich i niezwykle szczerych tekstach Morrisseya i gitarowych pejzażach Johnny’ego Marra, lecz niewielu doceniło sekcję rytmiczną. Tymczasem Andy Rourke był jednym z najlepszych basistów swojego pokolenia, choć po rozpadzie The Smiths wielkiej kariery już nie zrobił – wspomagał m.in. Morrisseya w karierze solowej oraz Sinead O’Connor na jej pierwszych płytach. Mimo to, pozostały na szczęście takie kawałki jak ten poniżej:
https://www.youtube.com/watch?v=vc1ObUMFWMo
17. The White Stripes – Seven Nation Army
Słysząc charakterystyczną zagrywkę „Seven Nation Army” na wszystkich imprezach sportowych i innych nie mających żadnego związku z muzyką rockową mam jej już serdecznie dosyć, chociaż trzeba przyznać, że jest idealna do nucenia. Prosty riff jest grany przez Jacka White’a jednak nie na gitarze basowej, a na zwykłej elektrycznej przepuszczonej przez octaver wyłączany w refrenie. Utwór został przebojem już w chwili premiery, jednak z biegiem lat zyskał drugie życie i jest coraz powszechniej znany nie tylko wśród miłośników gitarowych brzmień.
18. Alice in Chains – Would?
W zestawieniu pojawia się po raz drugi basista Alice In Chains, jednak tym razem jest to Mike Starr, który odszedł w 1993 roku i został zastąpiony właśnie przez wcześniej wymienionego Ineza. Kawałek „Would?” ma niezwykle niepokojący klimat, co zdradza już intro basu, który jest niezwykle istotnym elementem układanki. Starr skończył równie tragicznie jak Staley przedawkowując narkotyki. Basista był także ostatnim, który widział żywego swojego kolegę Layne’a.
19. Dżem – Detox
Przyznam, że nie bardzo rozumiem modę na hejtowanie Dżemu, która ma miejsce w ostatnich latach. Dla mnie jest to coś wyjątkowego, że za głębokiej komuny na robotniczym Śląsku powstał zespół, który za swoich najlepszych lat bez kompleksów mógł konkurować z największymi klasykami bluesrockowego grania. Każdy członek grupy okazał się doskonałym muzykiem, a trzon zespołu tworzony przez Riedla, Styczyńskiego i braci Otrębów na scenie był niezastąpiony. „Detox” to świetny przykład – bas Beno Otręby napędza utwór i jest jego głównym motywem, a z drugiej strony dzięki swojej prostocie pozostawia tak wiele miejsca pozostałym instrumentalistom i niezastąpionemu Ryśkowi.
20. U2 – New Year’s Day
Irlandzki zespół na początku swojej drogi, jeszcze zanim stał się wartą miliony dobrze prosperującą firmą, wyraźniej inspirował się nową falą i post-punkiem. Bardzo dobrym przykładem jest oparty na jednostajnej linii basu Adama Claytona „New Year’s Day”, który wzbogacony firmową, przestrzenną gitarą The Edge’a i pojedynczymi nutami klawiszy ma typowe jak na tamte czasy, „zimne” brzmienie. Jest to jeden z kawałków, który do tej pory wzbudza wielki aplauz na koncertach – kolejny (i ostatni) dowód na tej liście na to, że najprostsze środki wyrazu są czasami najlepsze.
https://www.youtube.com/watch?v=EcVO6mJrJrM
