Wydana w zeszłym roku książka „To Live Is To Die: The Life And Death Of Metallica’s Cliff Burton” autorstwa znanego dziennikarza Joela McIvera jest pierwszą i jak dotąd jedyną biografią Cliffa Burtona. O skrupulatności z jaką McIver przedstawia życie tragicznie zmarłego basisty możecie przekonać się za sprawą tłumaczenia bardzo długiego fragmentu tego dotychczas nieopublikowanego w Polsce wydawnictwa. Specjalnie dla Was przetłumaczyliśmy rozdział przedstawiający dwa miesiące poprzedzające pierwszy koncert Cliffa z Metalliką. Całość obfituje w nieznane dotąd opowieści ludzi tworzących tamtą epokę, tak więc zapraszamy do lektury…

Rozdział 3.
Od stycznia do marca 1983r.
Cliff odwiedzał dom Metalliki niemal codziennie – by pić i grać próby – ale wprowadzić się nie chciał. Miał mieszkanie w Castro Valley. Harald Oimonen, kumplujący się wówczas z Burtonem, wspomina to tak: „Mama Cliffa była administratorką i miała pod swoją opieką kilka mieszkań w Stanton, przy bulwarze Castro Valley. Tam właśnie mieszkał Cliff, gdy był w Metallice. Nigdy nie miał własnego mieszkania. Poruszając pewnego razu ten temat zapytał, co ma z tym począć, kiedy przez tyle miesięcy w roku jest w trasie„.
Nawet gdy jego charakter od początku przystosowywał się do chłopaków z Metalliki, i tak był zupełnie inną osobowością niż James (powściągliwy na trzeźwo, głośny po pijaku) albo Lars (na trzeźwo czy po pijaku – zawsze głośny). „Poznałem Cliffa w grudniu 1982 roku„, wspomina Ron Quintana z Metal-Mania Magazine. „Był miłym chłopakiem, bardzo cool. Najcichszy z nich, w przeciwieństwie do Dave`a i Jamesa, którzy byli tak cholernie głośni. Wszystkich i tak zresztą przebijał Lars. Dave był zawsze nawalony – już o dziewiątej. James i Lars potrzebowali trochę czasu, by się podpić, ale gdy było już późno, to właśnie z Cliffem mogłeś tak naprawdę sobie pogadać. On wstawiał się jako ostatni„.



Zdjęcie w przeddzień wyrzucenia Dave’a
Quintana, dobrze pamiętający tamtą epokę, porównuje pogodne usposobienie Cliffa z charakterem San Francisco, a dokładniej – z ekstrawertycznymi osobowościami reszty zespołu oraz ich domu – Los Angeles. W porównaniu do Larsa, Jamesa i Dave`a, Cliff żył jak pustelnik – chociaż jeśli chodzi o alkohol to i on potrafił dać w palnik. Ron Quintana: ” Cliff żył jakby na uboczu, w Castro Valley, podczas gdy pozostali mieszkali w Carlson, u Marka Whitakera. Scena muzyczna Castro Valley była zupełnie inna. Tam było trochę jak na wsi, a muzyka wydawała się przestarzała, bardziej w stylu lat 70. Bay Area to z kolei miejsce dla motocyklistów i narkotyku o nazwie 'metamfetamina’. Roiło się tam od Hell`s Angels, ale nie było klubów w których zespoły mogłyby dawać koncerty. Kapele musiały jeździć w tym celu do Berkeley lub San Francisco”. Quintana porównuje dalej: „Cliff nie pił do utraty przytomności. Dave to robił, gdy w pobliżu byli James i Lars. Dave musiał schlać się jak świnia a następnie sprowokować bójkę. Albo wywalić się na glebę. Tak to wyglądało praktycznie każdego wieczoru. Zazwyczaj był nawalony zanim większość pozostałych w ogóle zaczęła balet. Ten, kto pierwszy padł, był później dręczony przez pozostałych. Musieliśmy takiemu pomalować twarz, itd, itp…„.



„Załoga, która przewijała się przez dom Metalliki, składała się głównie z ludzi z Berkeley, Oakland i Richmond„, wspomina Ron. „Praktycznie nikogo z południa, choć to była zaledwie godzina jazdy samochodem. Dla przykładu – ledwie kiedy można było spotkać tam Jima Martina. Cliff musiał dojeżdżać z Castro Valley, ale od alkoholu wolał jaranie blantów. Więc albo wracał samemu, albo prosił kogoś o odwiezienie. Na tyle co sobie przypominam, tylko raz nocował w domu wynajmowanym przez Metallikę„. Owa miejscówa była schronieniem dla różnych headbangerów, szukających azylu od własnych domostw. Do tej grupy należał ś.p. Rich Burch, lokalna legenda, człowiek który każdą sekundę swego życia złożył w ofierze Heavy Metalowi. Harald Oimonen, którego możemy określić mianem znawcy sztuki Heavy Metalu: „Wpadłem kiedyś na Richa podczas koncertu Judas Priest. Zespół był na trasie promującej album „British Steel”, grali koncert w Warfield Theater, a Burch był gdzieś obok sceny. Przyszedł tam, żeby spotkać Judas Priest. Dobrze pamiętam tego wariata w dżinsowej kurtce z naszywkami i plakietkami. Dwa czy trzy miesiące później zobaczyłem go tu, w Sunnyvale, gdy jakiś zespół rozdawał autografy w sklepie muzycznym. Dobrze się dogadywaliśmy”.

Rich wiedział, że Harald robi zdjęcia, zabrał go więc z Ronem Quintaną, rozkręcającym wówczas pismo Metal Mania. Harald: „Wtedy wszystko było takie emocjonujące. Było po prostu wspaniale, a tu na dodatek pojawiło się całe to zjawisko o nazwie 'New Wave of British Heavy Metal’. Pierwszy album Iron Maiden stał się znany, a Rich Burch pożyczył mi kilka płyt ze swej kolekcji, między innymi singiel kapeli Blitzkrieg. Zacząłem sprzedawać Ronowi zdjęcia do pisma. Było to dla mnie hobby, gdyż wciąż jeszcze chodziłem do liceum. Usłyszałem demo Metalliki i wydało mi się ono niewiarygodne, ale niestety oni mieszkali w Los Angeles. Aż do całej historii z Cliffem, po której nagle stali się częścią Bay Area„. Harald wspomina Richa jako bliskiego przyjaciela Larsa i Cliffa, ale też jako człowieka opętanego przez Metal: „Siedział w tym po uszy. Zawsze spacerował w tę i z powrotem po Telegraph Avenue w Berkeley mając ze sobą największego ghettoblastera, jakiego można sobie wyobrazić. Zapuszczał wtedy na nim jedynie koncertowy album Scorpionsów albo Judas Priest. Nagle włączał ten swój sprzęt a kobieta stojąca przed nim podskakiwała z przerażenia na kilka metrów. Żył i oddychał Metalem. Gdy na koncercie widział kogoś, kto za słabo headbangował, zaraz do niego podbiegał, chwytał za włosy i „nakłaniał” do prawdziwego headbangingu. Często powtarzał: „Bang that head that doesn`t bang!”. Z tego właśnie powodu to hasło znalazło się na tylnej stronie „Kill`em All”.
Z domem, w którym mieszkali Lars, James, Dave i Mark Whitaker (i do którego na próby wpadał Cliff), związana była grupa największych entuzjastów ciężkiej muzyki. Ową elitarną ekipę tworzyli Rich Burch, Ron Quintana, Harald Oimonen, członkowie zespołów z Frisco takich jak Exodus i Testament, oraz niezliczeni inni. Istotną częścią lokalnej sceny był Brian Lew – kolekcjoner taśm, który dzięki wspieraniu i popularyzowaniu muzyki stał się jedną z najbardziej znanych postaci w Bay Area. Tak jak Harald zajmował się również fotografią. To właśnie jemu zawdzięczamy zdjęcia z pierwszej próby Metalliki z Cliffem. Brian opowiada jak pewnego dnia zadzwonił do niego Lars: „Powiedział, że będą mieli próbę ze swoim nowym basistą i że powinienem tam wpaść. Zaprosili do swojego domu w El Cerrito około sześciu znajomych, w tym Richa Burcha, Rona Quintanę i mnie. Pierwsza próba z Cliffem odbyła się w sypialni tego małego domu. Wynieśli wszystkie meble z pokoju, a sofę postawili pod oknem. Wtedy zmontowali perkusję Larsa i rozstawili Marshalle. Grali bez wokalu, po prostu jammowali przez kilka godzin. Brzmieli zupełnie inaczej niż z Ronem McGovneyem, to była różnica jak między dniem a nocą, jak nowy poziom profesjonalizmu. Ron był miłym gościem i kompetentnym basistą, ale gdy widziałeś Cliffa, wiedziałeś, że masz do czynienia z muzykiem z prawdziwego zdarzenia„.
Zdjęcia z pierwszej próby z Cliffem:






Jak to James podsumował w wywiadzie przeprowadzonym rok czy dwa lata później – to było parę szalonych miesięcy: „Slagel zorganizował tamten koncert. Był poniedziałek, jakoś koło 2 w nocy w klubie Whiskey. Było tam ze 20 osób. Obok Traumy występowali też Violation i jeszcze jeden zespół. Zobaczyliśmy, jak gra Cliff i powiedzieliśmy: Tak, to nasz człowiek!… Dlatego ciągle wracaliśmy do SF by od czasu do czasu zagrać koncert. Scena Frisco była wyraźnie lepsza w porównaniu do LA, gdzie roiło się od pozerów chcących pokazać się z drinkiem i fajami. Gdy jego zespół był w LA żeby kręcić video, katowaliśmy Cliffa naszymi prośbami, aż w końcu się zgodził. Sprawy nienajlepiej układały się w jego kapeli. Zaczynał zauważać, że reszta idzie w kierunku popularnego grania. Tak więc powiedział nam: „Tak, dołączę do was pod warunkiem, że się tu sprowadzicie„. Cholera, to było to – mieliśmy już dość LA… Oddaliliśmy się od domu by sprawdzić scenę w SF. Gdy teraz o tym myślę, to była to zajebista decyzja. Tak od zaraz przeprowadzić się do San Francisco, nie mając dachu nad głową. Ostatecznie wylądowaliśmy w mieszkaniu Marka Whitakera. To było cool„.
Na początku 1983 roku Cliff miał opanowany repertuar koncertowy Metalliki i ekipa była gotowa na podbój publiczności. Wszyscy już znali się w przyjaznym muzyce metalowej San Francisco, miejscu o całe światy oddalonym od wypełnionego pozerami LA. Załatwienie sobie kilku występów nie stanowiło tu żadnego problemu. Zadebiutowali w klubie Stone przy Broadway. „Pierwszy występ Cliffa miał miejsce 5. marca 1983 roku„, wspomina Brian Lew, „a kolejny – dwa tygodnie później, 19go, również w Stone. Byłem na obu koncertach. Rozpoczęły się gwałtownie, na o wiele wyższym niż wcześniej poziomie. Cliff zachowywał się dokładnie tak samo jak później, gdy już byli wielcy„.

Cliff tuż przed pierwszym występem z Metalliką