W ramach trasy promującej najnowszą płytę „Unstoppable Momentum” Joe Satriani przyjechał do Europy, aby zagrać 43 koncerty w ciągu 57 dni. Liczba występów wygląda szczególnie imponująco w zestawieniu z setlistami, na których znajduje się ponad 20 utworów oraz ze zbliżającą się 57 rocznicą urodzin artysty. Formę Satrianiego mogli sprawdzić fani w Polsce, gdyż jeden z ostatnich przystanków na trasie miał miejsce w warszawskim parku Sowińskiego.

Agencja Go Ahead zaplanowała koncert amerykańskiego wirtuoza gitary w Stodole. Plany musiała jednak zmienić, ponieważ okazało się, że zapotrzebowanie na koncert jest dużo większe niż można było się spodziewać. Satrianiego w Polsce nie było od dawna (ostatni koncert na wrocławskim rynku miał miejsce w 2006 r.), a poza tym nie pojawia się w naszym kraju zbyt często (sobotni koncert był piątym występem w Polsce).
Zmiana miejsca koncertu z pewnością przyczyniła się do stworzenia niesamowitej atmosfery podczas sobotniego wieczoru. O jego niepowtarzalności świadczył fakt, iż już podczas występu supportu w Parku Sowińskiego brakowało miejsc do oglądania koncertu. Oczekujący na występ Satrianiego fani rozgrzani zostali skutecznie za sprawą brytyjskiego bluesmana Oliego Browna. Bardzo utalentowany, młody muzyk mógł zaprezentować się jedynie przez 30 minut, ale wykorzystał ten czas znakomicie. Podczas pełnego energii koncertu nawiązał świetny kontakt publiką. Tuż przed zejściem ze sceny zapowiedział, że będzie można go spotkać na stoisku z płytami. Słowa dotrzymał!

Oczekując na występ gwiazdy w moim ulubionym miejscu koncertowym w kraju byłem przekonany, że jest przede mną kilkadziesiąt minut, które zapamiętam na długo. Nie zawiodłem się ani odrobinę. Joe Satriani przygotował niemal dwugodzinne show. Setlistę wypełniły głównie utwory z ostatniej płyty, ale nie zabrakło hitów z moich ulubionych LP – „Surfing With the Alien” oraz „The Extremist”. Choć brzmienie tych płyt z perspektywy czasu trochę się już zestarzało, to w wersji koncertowej są to prawdziwe perełki. Satriani potrafi zadbać o swoje brzmienie jak mało kto. Niezależnie od tego czy riffuje na swoim Ibanezie czy też szaleje podczas solówek, jego gitara przemawia bardzo dobitnie. Podkreślam – przemawia. Kulminacyjnym speechem było dla mnie „Cryin`” – nie sposób opisać jak piękne dźwięki rozbrzmiewały w trakcie tego utworu w Parku Sowińskiego. Joe Satriani jest prawdziwym mistrzem jeśli chodzi o gitarowy feeling. Oczywiście, jego technika jest oszałamiająca – zarówno w kwestii tappingu (jednoręcznego i oburęcznego), jak i innych zagrywek (nie zabrakło również grania zębami w hołdzie Jimiemu Hendrixowi, co z radością przyjęli zwolennicy teorii, iż JS jest jedynym godnym następcą JH). Jednak największym jego atutem jest to, że potrafi ją wykorzystać, aby przekazać emocje. Rozbrzmiewające dźwięki połączone z mimiką twarzy, a nawet mową całego ciała skutecznie zastępują wokal podczas jego koncertów.
Jumpin’ In
Już otwierający koncert „Jumpin’ In” sprawił, że zgromadzona publiczność emanowała radością. Rozglądając się wokoło zauważyć można było piękne uśmiechy od ucha do ucha. Poza mistrzem ceremonii przyczynili się do tego występujący z Satrianim muzycy – Marco Minnemann (perkusja), Bryan Beller (bas) oraz Mike Keneally (gitara i klawisze). Początkowo wszyscy skupili się na swoich instrumentach. Dopiero po trzecim utworze Satriani przemówił do polskich fanów:
Dobry wieczór! Jak się macie? Dziś jest piękny wieczór w pięknym miejscu!
Krótkie wypowiedzi wystarczyły, aby utrzymać kontakt z publicznością. Oczarowani muzyką fani nie potrzebowali więcej słów. Koncertowe wersje utworów odbiegały nieco od dokonań studyjnych. Przede wszystkim częściej swoje miejsce zaznaczała podwójna stopa (czasami brzmiąca bardzo metalowo). O swojej obecności przypominał również slappujący bas, a także drugi gitarzysta, który toczył z Satrianim pojedynki. Co ciekawe, rozstrzygnięcie ich zwycięzców nie było łatwe. W mojej opinii, podsumowaniem tych zmagań było zagranie wspólnie pięknego unisono wieńczącego ostatnie zmagania gitarzystów. Szacunek należy się Satrianiemu także za podejście do swoich kolegów ze sceny. Ich fenomenalne umiejętności techniczne są przez niego odpowiednio doceniane. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że muzycy powinni występować jak Joe Satriani Band. JS był tego wieczoru absolutnym mistrzem ceremonii. Dowodził swoim zespołem i dalej przemawiał do publiczności:
Dzięki! Dzięki! Dzięki! Czujecie się świetnie? My też!

Publiczność odpowiadała mu gromkimi brawami i głośnymi okrzykami entuzjazmu. Tego wieczoru w Parku Sowińskiego nie siedział nikt. Zespół grał różnorodnie, zmieniając tempo i wprawiając w odmienne nastroje. Cały czas fani byli jednak skupieni i w pełni zaangażowani w koncert. Oglądanie Satrianiego grającego z ogromnym luzem wprawiało w błogi stan. Bardzo dobre wrażenie zostawili po sobie również pozostali muzycy. Każdy z nich miał swoje przysłowiowe 5 minut i każdy wykorzystał je perfekcyjnie. Dołączywszy do tego ciekawą pracę świateł oraz projekcje video z tyłu sceny, fani dostali koncertowe mistrzostwo świata. Mnie osobiście najbardziej utkwił w pamięci obraz typowy dla Ameryki Północnej – prowadzący widza przez pustkowia i kaniony. Satriani zapowiedział ten utwór („Shine On American Dreamer”) mówiąc:
Jesteście wspaniali! Kochamy Was! Teraz pora trochę wyluzować…
Niezwykle uroczym momentem podczas koncertu była chwila, w której Satriani mówił do publiczności. Zapowiadając utwór „Jumping Out” zamilkł na chwilę, co wykorzystała jedna z fanek krzycząc „I love you!”. Satriani odpowiedział jej z uśmiechem „I love you too!” i zaczął grać. Szczytem interakcji pomiędzy zespołem a fanami było zagranie „Crowd Chant” tuż po wejściu na bisy.
Crowd Chant
Choć koncert odbył się na początku wakacji, podczas których królują festiwale, frekwencja dopisała. Okazało się, że nie wszyscy fani muzyki pojechali do Gdyni na Openera. Publiczność przybyła tłumnie i była odpowiednio przygotowana – w większości ubrana w koszulki Satrianiego, G3 czy Ibaneza (choć byli też tacy, którzy nie przebrali się jeszcze po koncercie Iron Maiden). Myślę, że po sobotnim występie nikt nie wyszedł niezadowolony – mam tutaj na myśli zarówno fanów, jak i zespół. Joe Satriani i spółki wyglądali jakby granie przed polską publicznością sprawiało im wielką przyjemność. Słowa mistrza ceremonii brzmiały zatem bardzo pięknie i przekonywająco:
Kochamy przyjeżdżać tutaj i grać dla Was. Kochamy Was!

Devil’s Slide
Flying in a Blue Dream
Unstoppable Momentum
The Weight of the World
Ice 9
The Crush of Love
I’ll Put a Stone on Your Cairn
A Door into Summer
Lies and Truths
Satch Boogie
Shine On American Dreamer
Three Sheets to the Wind
Cryin’
Drum Solo
Cool #9
Jumpin’ Out
Always with Me, Always with You
Surfing with the Alien
Bis:
Crowd Chant
Summer Song
Rubina
Zdjęcia: Dariusz Łasak / livelazarroni.pl
