Rockowe trio z Belgii powstało w 1998 r., ale na swoje 5 minut musiało trochę poczekać. Zespół największą popularność zawdzięcza coverowi utworu Lykke Li – „I Follow Rivers”, który osiągnął miliony wyświetleń w Internecie oraz trafił na szczyty list przebojów. Jeśli jednak myślicie, że to wszystko na co stać tych panów i co ma do zaoferowania ta grupa, to jesteście w dużym błędzie. A udowodnił to z pewnością koncert w poznańskim klubie.

Triggerfinger zdecydowanie lubi odwiedzać nasze strony. Podróżując po klubach i pubach, raz na jakiś czas wpadają do Polski. Ich ostatni koncert odbył się w 2015 r. Teraz pojawili się po raz kolejny w trzech polskich miastach: Poznaniu, Wrocławiu i Warszawie. W poznańskim klubie zebrała się spora grupa prawdziwych fanów bandu. Miejsce nie było wypełnione po brzegi, ale i tak ludzi było zaskakująco dużo. Punkt 20: 30 dżentelmeni w garniturach pojawili się na scenie, żeby rozpocząć swoje show. Zaprezentowali niezły przekrój dokonań. Zaczęli z grubej rury, serwując słuchaczom prawdziwą, rock ‘n’ rollową petardę i zaznajamiając z najnowszym materiałem, który pochodzi z wydanej w tym roku płyty „Colossus”. Pierwsze, niesamowicie energiczne takty ‘Upstairs Box’ porwały publikę. Proste, rockowe granie sprawiało, że nie sposób było ustać w miejscu. Może i zespół liczy zaledwie 3 osoby, ale nie odnosi się wrażenia, że kogokolwiek na tej scenie jeszcze potrzeba. Mocny bas, energiczna perkusja i świetna gitara dają nieco brudne, trzeszczące brzmienie, które jest kwintesencją rocka. Później było nie mniej żywiołowo, ponieważ zespół zaprezentował kolejne podrywające z miejsca kawałki. Tym razem pojawiło się kilka utworów z przedostatniej płyty: ‘And There She Was Lying in Wait’, ‘By Absence of the Sun’ oraz ‘Perfect Match’. Nie zabrakło numeru z drugiej płyty zespołu – ‘First Taste’ oraz kolejnego kawałka z najnowszego albumu. Środkowa część występu wypadła nieco gorzej, czego sprawcą było głównie dość nużące i przeciągnięte ‘My Baby’s Got a Gun’. Być może dla największych fanów grupy stanowiło to fajny smaczek, ale odnosiło się raczej wrażenie, że ta kompozycja nieco uśpiła publiczność. Zespół szybko jednak wrócił na właściwe tory i zaaplikował nam kolejny zastrzyk rock ‘n’ rollowej energii w postaci ‘Bring Me Back a Live Wild One’ i ‘All This Dancin’ Around’. Na koniec wybrzmiał tytułowy utwór najnowszego „Collossus”, który został bardzo ciepło przyjęty przez fanów.

Pomiędzy utworami znalazł się czas na całkiem długą improwizację perkusyjną. Z zaskoczeniem i delikatną zazdrością patrzyło się na przecież nie najmłodszego perkusistę, który swoją krzepą i kondycją mógłby obdzielić 5 osób. Jego improwizacja była naprawdę imponująca i dobra. Pod koniec dołączyli się do niej pozostali muzycy i wszyscy dali mały perkusyjny popis. Ci, którzy wyszli po ostatni numerze, myśląc, że nic się więcej nie wydarzy, z pewnością bardzo tego żałują. Nie załapali się na małe „afterparty”, które rozpoczął… ’Afterglow’. To chyba najpiękniejsza kompozycja na ostatnim albumie. Wokalista – Ruben Block – dał tutaj popis swoich wokalnych możliwości i sam stojąc z gitarą w mroku delikatnie rozjaśnionym światłami, zaczarował publiczność. Słyszeliśmy wyśpiewywane przez niego: „It’s time to go…”, jednak okazało się, że nic bardziej mylnego, bo zespół nie zamierzał jeszcze niepokonany zejść ze sceny. Grupa uraczyła nas kolejnymi trzema kawałkami, wśród których znalazł się entuzjastycznie przyjęty cover piosenki Rihanny – „Man Down”. Dopiero wtedy panowie po pożegnaniu na dobre opuścili scenę.

Dojrzali rockmani niejednokrotnie w wywiadach żartowali: „Tak, wiemy, że jesteśmy dosyć starzy jak na zespół rockowy.”. Tylko co z tego, kiedy muzycy mogliby, mówiąc dobitnie, skopać tyłki niejednemu młodemu, rockowemu bandowi. Trio dało naprawdę świetny występ i uraczyło publikę potężną dawką rock ‘n’ rollowego grania w prawdziwie klasycznej, dżentelmeńskiej odsłonie, która zaspokoi potrzebę muzycznej energii na długi czas. Słychać, że grupa jest w wybornej formie, zarówno od strony wokalnej, jak i tej instrumentalnej. Przy tym panowie mieli niezły kontakt z fanami i zwyczajnie, bez zbędnej kurtuazji odwalili kawał świetnej, muzycznej roboty, która poderwała publiczność. Dowodem na to była żywa i entuzjastyczna reakcja ludzi zgromadzonych w czwartkowy wieczór w poznańskim klubie, którzy zdawali się być prawdziwymi wielbicielami zespołu, a nie ludźmi z przypadku. Takie osoby gromadzi wokół siebie ta grupa. Grupa, która absolutnie nie jest za stara na granie, ale czy można w ogóle być za starym na rock ‘n’ roll? Chyba nie istnieje żadna granica wiekowa, co pokazują wielkie rockowe gwiazdy. I całe szczęście.
![Triggerfinger: Relacja z koncertu w poznańskim klubie U Bazyla [26.10.2017]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2017/10/IMG_20171026_205508-1024x575.jpg)