Pierwszy w historii koncert The Big 4 jak wiadomo odbył się w 2010 roku na warszawskim Bemowie. Wydarzenie nad wyraz spektakularne, oczekiwane. Wszystko wyszło bardzo dobrze, lecz jako wieloletni fan Mety, wyszedłem z koncertu nieco zniesmaczony, ponieważ chłopaki zagrali przeciętny, standardowy, nudny set… Śledząc pojawiające się informację o koncertach Big 4 w Europie w 2011 roku pomyślałem sobie, że może warto by się wybrać na któryś z zapowiedzianych koncertów, ale raczej w kategorii „przygody” albo po prostu weekendowego wyjazdu.

Padło na Gelsenkirchen. Bilet kupiłem jakoś w pierwszej połowie roku, ale bez większej zajawki. W piątek 01.07 wylądowałem w Dortmundzie skąd przedostałem się do Dusseldorfu, gdzie stacjonuje moja ciocia, więc sprawa noclegu załatwiona. Po wydaniu furmanki pieniędzy na przejazdy niemieckimi kolejami dotarłem następnego dnia do Gelsenkirchen. Trudno cokolwiek powiedzieć mi o samym mieście, ponieważ z dworca głownego, podziemiami schodziło się na kolejny poziom skąd odjeżdzała kolejka pod samą Arenę. Swoją drogą niemieccy fani są dość hmm… jak by to powiedzieć.. .nieogarnięci… przez cała drogę na stadion nie dość, że rzucali się puszkami z piwem przez całą kolejkę to jeszcze darli japę niemiłosiernie.. .i to jeszcze po niemiecku (chyba żadne słowo po niemiecku nie brzmi dobrze)… bleeeh… anyway… kolejka zatrzymała się pod samą Ventils Areną. Szczerze, to stadion z zewnątrz nie zrobił na mnie wrażenia, lecz zaraz po wejściu na trybuny szybciutko zmieniłem zdanie. Arena robiła niesamowite wrażenie, była po prostu wielka i do tego miała zamykany dach, co sprawiało wrażenie przebywania w ogromnej hali. Bilet miałem na trybunę stojącą na wprost sceny. Gdy dotarłem do miejsca, gdzie powinienem cieszyć się z uroków koncertu, poczułem niesmak.. .miejsce beznadziejne, jakoś tak daleko, nie fajnie… i tu pierwsze zdziwienie… mogłem bez problemu przedostać się praktycznie w każdy punkt stadionu, niestety pomijając płytę. Ochrona nie sprawdzała kto, gdzie, z jakim biletem wchodzi. Super! A gdzie ta niemiecka dokładność?! Fuck it! Znalazłem miejsce na lewej trybunie, dość blisko sceny i grzecznie czekałem na pierwszy akt wieczoru.
Dźwięk syren…wiadomo co się święci… Anthrax. Powiem wam szczerze, że nigdy nie byłem wielkim fanem tego zespołu i chyba za bardzo nie potrafię powiedzieć dlaczego, może wystarczy to, że to dość specyficzny zespół? Nevermind… Występ Anthraxu po raz kolejny mnie miło zaskoczył, tak jak to miało miejsce na Bemowie w 2010. Bardzo udany set, tylko jeszcze przy 1/4 zapełnionych trybun….3/4 stało w gigantycznych kolejkach po browar i wursty, które wyglądały jak… no nieważne, kto widział wie o czym mówię:) Pod koniec pierwszego setu stadion zaczął się zapełniać… i niestety na moje wspaniałe miejsce przyszedł Helmut ze wspomnianym wcześniej Wurstem… musiałem szukać innej miejscówki, a było to coraz bardziej trudne, gdyż wolnych miejsc było po prostu coraz mniej. Przeszedłem na prawe skrzydło. Znalazłem po drugiej stronie trybun miejsce, które jak się okazało było wolne do samego końca koncertu, więc byłem uratowany:).
Megadeth... cóż, moim zdaniem kolejny raz Rudy zawiódł… poza Holy Wars nic mnie nie urzekło, podobnie było na Bemowie i w Łódzkiej Atlas Arenie. Nawet zaryzykuje stwierdzenie, że zmęczyłem się podczas ich występu siedząc na krześle i patrząc na ciekawe rozwiązania techniczne niemieckiej areny. Standardowe problemy ze „śpiewem” Dave’a, nagłośnienie też nie najlepsze, ogólnie lipa…jak dal mnie najsłabszy punkt…ponownie.
Na występ Slayera czekałem jak zwykle z wielką niecierpliwością. Slayer to Slayer i nie tzreba tego rozwijać. Po wyjściu na scenę publika zaczęła nareszcie się bawić. Headbanging, pogo, Wall of Death, wszytsko to można było zaobserwować od pierwszych dźwięków World Painted Blood, mimo, że Tom lekko nie wszedł w rytm… ale co tam… dla mnie to smaczek:) Koncert jak zwykle udany, wybawiłem się jak dzieciak, mimo, że widziałem ich w kwietniu w Łodzi. Ciągle ich mało i człowiek nie ma wrażenia jak w przypadku „Megadef”, że mogli by już przestać…
Ok, teraz wiadomo co nas czeka. Dłuższa przerwa i Metallica. Czekam sobie spokojnie, bez nadziei na coś niesamowitego, raczej z nastawieniem na kolejny koncert. Patrząc na uciekające minuty na moim telefonie w głowie układam sobie setlistę…ok, pewnie zaczną tak: Creep, ForWhom, Fuel, a może na początek TWJYL? Nic nowego. Tak więc spokojnie czekam. Zaczyna się. The Ecstasy Of Gold, cały stadion nuci ten motyw. Patrzę na trybuny, wszystkie zapełnione po brzegi, niesamowita atmosfera. Koniec intro chłopaki wpadają na scenę, już widzę jak Lars (swoją drogą strasznie staro teraz wygląda) zaczyna Creep a tu co?! Coś jak by innego…zaraz, zaraz co? Hit The Lights i to z Intro? FUCK! Od tego momentu wiedziałem, że to musi być niesamowity koncert. Długo nie musiałem szukać potwierdzenia. Drugi kawałek to Master Of Puppets, grany prawie zawsze w ostatniej części koncertu…no nieźle…ciekawe co jeszcze…The Shortest Straw…poziom mojego podniecenia jest bardzo wysoki a to dopiero 3 piosenka, fakt, iż Justice to mój ulubiony album, byłem niesamowicie szczęśliwy, że słyszę właśnie ten kawałek, grany jak wiemy dość rzadko.
Ok, ochłońmy. Nie, nie ma nawet mowy bo co ja słyszę? Seek ?!?! jak to? to już koniec koncertu? Jak wiadomo utwór ten od 2004 roku kończył prawie każdy koncert…zdziwienie na twarzy ludzi bezcenne..Po tym numerze przyszedł czas na chwilę „standardu” ale zupełnie to nie przeszkadzało po tym co przed chwilą pokazali. Poleciało kolejno Welcome, Memory, Nightmare, Sad, Roam..Ciekawe co dalej zagrają. Chwila konsternacji… słyszę wrzask jakiegoś faceta obok mnie.. Oh My God! It’s Ktulu! I rzeczywiście, kawałek zagrany tylko 8 razy przez ostatnie 25 lat! To jest to, czułem się wyróżniony, po prostu miazga. Dalsza część bez zastrzeżeń. Ciekawym zabiegiem było zastąpienie NEM utworem Fade to Black i bardzo dobrze! Jak ogień to ogień! Standardowo Sandman i oczekiwanie co na bisy. Widząc jak ekipy techniczne wwożą sprzęt na scenę wiedziałem co się szykuje. Coś czego bardzo żałowałem, że nie odbyło się w stolicy. Big 4 razem na scenie, a właściwie Big 3 ponieważ Slayer zmył się po swoim koncercie na kolejny gig….taaaa jasne… OK, Anthrax, Megadeth i Meta na jednej scenie, myślę sobie fajnie.. będzie Am I Evil…a tu James oznajmia, że zagrają coś innego…to kolejna mega pozytywna sytuacja tego wieczora. Zagrali Helpless, za którym za bardzo nie przepadam, ale fakt zobaczenia tego na żywo w wykonaniu trzech zespołów po raz pierwszy w historii, sprawiło, że moja głowa wykonywała dość energiczne ruchy tu i tam…Koniec? Nie, wiadomo, powinny być jeszcze 2 piosenki. Leci Battery, tzw. rozpierdalacz, w tym momencie moje kręgi szyjne przestały mnie lubić dokumentnie…i teraz pozostaje jedno pytanie, co na koniec. Creep! Bardzo fajne zakończenie, kiedyś już praktykowane.
Koniec koncertu, kolejny raz doszedłem do wniosku, że chłopaki zaskoczyli i to bardzo. Widać było świeżość, energię i radość z grania. Mogę śmiało powiedzieć, że był to chyba jeden z lepszych o ile nie najlepszy koncert Metallicy na jakim byłem. SMS jaki odebrałem od Didymosa „MIAZGA” mówi wszystko. Jestem ciekaw co przyniosą kolejne gigi, ale to co zobaczyłem w Gelsenkirchen powoduje, że wciąż będę czekał na nowe daty i możliwość wyjazdu na koncert. MET For Ever\m/.
Flamecards
Słowo od ojca prowadzącego: Moją relację z wyprawy i samego koncertu możecie przeczytać tutaj, mamy także całkiem sporą galerię zdjęć z Gelsenkirchen. //Didymos




