„Dyers Eve”

Znaczenie:
Zacznijmy od obiecanej Wam już w pierwszym artykule serii intrygującej opowieści pewnego fana:
Było to tak, a przynajmniej tak słyszałem: James szedł ulicami Manhattanu po Dyers Ave. [skrót od Avenue – „plac” – przyp. tłum.], który mieści się w zachodniej części śródmieścia niedaleko tunelu Lincolna, gdy nagle rozległ się strzał w jednym z mieszkań gdzieś nad nim i opryskała go krew. Później dowiedział się, że pochodziła od zdruzgotanego nastolatka, który się zabił. James poruszony tą historią napisał tekst tak jakby był on listem pożegnalnym napisanym przez tego dzieciaka noc przed samobójstwem. Więc „Dyers” w pierwszej kolejności oznaczałoby ulicę w Nowym Jorku. Podwójne znaczenie tego słowa wynikałoby z tego, że „dyer” to też ktoś, kto umiera. „Eve” („Przeddzień” [niegdyś to słowo znaczyło „Wigilia” i dziś praktycznie znaczenie to przejawia się tylko w „Christmass Eve”]) oznacza oczywiście dzień przed [i parafrazę „Ave.”]. Zatem „Dyers Eve”: Przedzień czyjejś śmierci na Dyers Ave.

A więc podszyta niebywałym zbiegiem okoliczności gra słów i dość sensacyjnie brzmiąca geneza, prawda? „Stety”, lub nie, historia o Jamesie obryzganym krwią samobójcy podczas spaceru po Dyers Ave. to wyssana z palca bajka, lecz nosi ona w sobie ziarno prawdy co do istoty utworu. Rzeczywiście jest to bowiem samobójczy list wyalienowanego dzieciaka, na co choćby wskazują pierwsze wersy kolejnych zwrotek („Droga matko, drogi ojcze” – charakterystyczna forma rozpoczynania listu). Konkretów dowiadujemy z książki Chrisa Inghama (redaktor „Metal Hammera”) pt. „Nothing Else Matters: Metallica – Historie Największych Utworów” (tytuł polskiego przekładu), przy okazji poznając nowy kontekst – filmowy. Poniżej klarujące sprawę cytaty:

„To Lars wpadł na pomysł tytułu, kiedy przypomniał sobie film z 1970r. pt. „Mały wielki człowiek” z Dustinem Hoffmanem w roli głównej. Występujący tam w podwójnej roli Hoffman w pewnym momencie oznajmia z ekranu: „Dziś jest dobry dzień na umieranie”. Lars zapamiętał to zdanie i spytał piszącego tekst Jamesa, czy dzieciak, który pisze list, robi to w „przedzień umierania”, jako że następny dzień ma być jego ostatnim.”

W dużym skrócie, nim przejdziemy do kolejnego cytatu, powiem tylko, że głównym bohaterem owego nieźle nagrodzonego filmu (komediowy western z elementami tragedii) opartego na książce Thomasa Bergera z 1964r. jest 121-letni umierający Indianin, który opowiada niesamowite historie ze swego życia (stanowiące akcję) pewnemu ciekawskiemu historykowi, ukazując kontrast między rdzennymi amerykanami, a amerykańskimi pionierami (jako że przyszło mu doświadczyć walki po obu stronach).

Tekst tłumaczy się sam, jak wyjaśnia Lars:
Właściwie chodzi o dzieciaka, który był izolowany od świata przez rodziców, a gdy dorósł i wyruszył w świat, nie daje sobie rady i zastanawia się nad samobójstwem.
Kim jednak był ten dzieciak?

Niniejszym koło się zamyka, a ja muszę przyznać się do fatalnego błędu w swoim pierwszym artykule (O bólu istnienia James Hetfielda). Już się domyślacie – tak, ten dzieciak to właśnie sam James. Więc jednak powinienem był napisać o tym wtedy. Niestety ówcześnie przeoczyłem ten fragment wywiadu z 2 grudnia 2008r. dla „The Rolling Stone”:
(…)
David Fricke:
– W swoich wczesnych tekstach pisałeś dużo o wojnie, śmierci i władzy. Ale w przeciwieństwie do wielu trashowych i punkowych kapel z tamtych lat nigdy nie popadłeś w typowe zagrywki jak „nienawidzę swoich rodziców”, lub „nie cierpię szkoły”. Pisałeś o odreagowywaniu, ale nigdy nie personalizowałeś rodziny.
James:
Mamy wiele pro-rodzinnych kawałków – „Battery”, „Whiplash”. One są o rodzinie naszych fanów. Idziemy i podbijamy świat razem. Ale jest jeden utwór, co do którego konkretnie muszę się z Tobą nie zgodzić: „Dyers Eve” [„Droga matko, drogi ojcze, przez jakie piekło musiałem przez Was przejść”]. W tym utworze jest wiele pretensji.
David Fricke:
– Pretensji o co?
James:
O izolację i alienację, które dotykały mi się często w związky z naszą religią [Stowarzyszenie Chrześcijańskiej Nauki]. Ten utwór opowiada o tkwieniu w kokonie, a teraz, gdy już jestem sam poza nim, oh, dobry Boże, ten świat mnie przeraża. Nie wiem jak sobie z tym wszystkim radzić. Nie wiem jak radzić sobie z żałobą, ubóstwem, konfrontacjami. Jak żyć na własną rękę po odejściu ojca, śmierci matki.
David Fricke:
– Czy zespół zastępował Ci rodzinę przez jakiś czas?
James:
Tak i to sprawdzało się przez pierwsze trzy, czy cztery albumy. Wszyscy chcą tego wigoru, ognia, wkurzenia i animuszu. Naprawdę wierzysz, że przejmujesz władzę nad światem. Całe to my-kontra-oni, które wyniosłem z rodziny do kapeli, stało się w niej nagle czymś pozytywnym. Wtedy, gdy zespół zaczął rosnąć w siłę, sprawy zaczęły się rozjeżdzać. „Chwila moment, wy nie poświęcacie się temu tak jak ja. To dzięki mnie to wszystko się trzyma kupy.” Strach przed opuszczeniem znów zaczął odgrywać swą rolę. Ale teraz już to rozumiem. Mam również wrażenie, że w tym momencie poświęcenia ze strony całej naszej czwórki jest więcej niż kiedykolwiek.
Jeszcze kawałek, bo jest fajny:
David Fricke:
– Kiedy po raz pierwszy sukces – w sensie finansowym – uderzył w ciebie? Pamiętasz, co zrobiłeś ze swoim pierwszym, dużym czekiem?
James:
Kupno domu. To była duża rzecz – na wzgórzu, z dala od wszystkich. Miałem bramę. To było po „Black Albumie”. Jason śmiał się ze mnie, że miałem bramę.
David Fricke:
– To trzyma innych na zewnątrz.
James:
Nie. To mnie więzi w środku [śmiech]. Ale po to, żeby inni byli na dystans, tak. To moja prywatna przestrzeń.

(…)
Ciekawostki:
– Utwór prawie wcale nie był grany na żywo nie ze względu na (istotnie) osobisty dla Jamesa tekst, jak niektórzy wierzą, ale to, że podwójna stopa i ogólnie zabójcze tempo, gdy i tak się nigdy nie oszczędzają, mogłyby ich tylko dobić. W nielicznych wykonaniach na żywo podwójna stopa zastępowana jest pojedyńczą:
httpv://www.youtube.com/watch?v=oy93vP5hVLM
Niektórzy niedowierzają, że to Lars w ogóle nagrał perkusję na płytę. A jednak zrobił to, ALE – jak zdradza Flemming Rasmussen – z przerwami co minutę. Jak widać u szczytu formy też nie miał do tego kondycji.
– W internecie nie brakuje dyskusji o tym, czy James popełnił błąd w tytule pomijając apostrof, czy nie („Dyers Eve” zamiast „Dyer’s Eve” – to pierwsze to liczba mnoga, drugie wskazuje na „kogo, czego?”). Skoro już znamy znaczenie, to wygląda na to, że błąd jest, ale z drugiej strony może tak nas tylko tu uczą, a za wielką wodą się tym nie przejmują (ktoś chce się podjąć analizy problemu?)
– Już tradycyjnie poniżej wersja demo:
httpv://www.youtube.com/watch?v=3CC1Fmvm0CM
Dear mother, dear father, what is this łananananana! 😀
Na sam koniec jeszcze retrospekcyjna niespodzianka:
Pamiętacie historię riffu z przejścia w „Creeping Death”? No więc dziwiło mnie, że naprawdę nigdzie nie było tego dema Exodusu (i że nikt z Was nie wdrążył się potem głębiej niż ja). Okazuje się, że drugą jego nazwą po „Die By The Sword” było „Die By His Hand”. Szukając w ten sposób niemal natychmiast trafiamy na stare (niezwykle rzadkie) wykonanie na żywo, a zatem oto jak prezentował(by) się ten kawałek w pierwotnym wykonaniu (przejście z „Creeping Death” tutaj jest refrenem):
httpv://www.youtube.com/watch?v=gR-Cjt4s9Ec
Ponadto, poniżej o całej sprawie Kirk w wywiadzie przeprowadzonym tuż po wydaniu „Ride The Lightning”:
httpv://www.youtube.com/watch?v=s3IwT3ba_Lk
Nu abla po angielski? Ależ proszę ja Was bardzo:
To mój riff, stary.. Wszystkie riffy, które słyszycie na „Ride The Lightning”, a które przypominają Exodus są tu tylko dlatego, że ja te riffy napisałem… i chcę ich wciąż używać… więc ich nie ukradłem… frajerzy!
Poniżej więcej porównań wspólnych riffów. Warto dodać, że Kirk nie wykorzystał wszystkich w Metallice, a Exodus z czasem do niektórych wrócił:
httpv://www.youtube.com/watch?v=tGWkqoc9xxI
Dla smaczku jeszcze demo „Creeping Death” z „Ride The Lightning Demos” (ciekawa zmiana struktury pod koniec, brak chórów, momentami jakby sfałszowana, czyt. niedorobiona solówka):
httpv://www.youtudopibe.com/watch?v=L5Jy57k8670
Skoro już domykamy to koło, to jeszcze na osłodę reszta dem..
(Dopisane później:) Ups, niestety nie znalazłem ich na youtube, ani gdziekolwiek indziej, za to mam dla Was coś lepszego. Ot, taki sobie link do pewnego bloga. Sami najlepiej będziecie wiedzieli, co z jego zawartością zrobić (podpowiedź: zacznijcie od końca, nie licząc komentarzy).
…i to tyle na dziś. Przepraszam, że musieliście tyle czekać, ale mam nadzieję, że było warto.
Do zobaczenia w następnej części!

