Wokalista Judas Priest, Rob Halford, mając za sobą przeszło 40 lat kariery muzycznej, wspomina w tekście opublikowanym na musicaficionado swój najlepszy występ, oraz ten zapamiętany jako najgorszy. Mimo że nie sposób uniknąć wpadek przy tak długiej działalności, Rob uważa, że zespół cieszy się dużym szczęściem, bo zdecydowana większość koncertów należy do naprawdę udanych. Choć ciężko zawęzić się do dwóch przykładów skrajnych doświadczeń, zwłaszcza gdy mówimy o Judas Priest, zespole, który słynie z imponującej formy, udowadnianej za każdym razem, gdy grają na żywo, wokaliście udało się dokonać wyboru. Jakie chwile zapadły więc muzykowi w pamięci?
Najlepszy występ
Live Aid 1985, Filadelfia
Ciężko jest zawęzić wybór do jednego koncertu, ale to występ w ramach Live Aid w Filadelfii w 1985 roku wspominam jako szczególnie pamiętny. To było wspaniałe wydarzenie, które zwracało uwagę na światowe ubóstwo, zwłaszcza w Afryce w tamtych latach. Część ludzi zapewne pamięta, że wydarzenie składało się z występów zarówno w Wielkiej Brytanii i w Filadelfii właśnie, transmitowanych do miliardów ludzi. Wspaniale było być częścią czegoś tak ważnego.
Pamiętam, że za sceną byłem wielkim fanbojem. Tyle gwiazd chodziło dookoła, a były to czasy przed komórkami, na których mogłyby się skupiać. Zauważyłem nagle kobietę i pomyślałem: „Boże, przecież to Joan Baez!”. Od razu pomyślałem o utworze 'Diamonds and Rust’, którego cover nagraliśmy, i głowę zaprzątała mi myśl „a może jej się w ogóle nie spodobał?”. Wiesz co? Podeszła i zagadała: „Hej Rob, jestem Joan i chciałam tylko podziękować za to, co zrobiliście w waszej interpretacji 'Diamonds and Rust’. To wykonanie jest ulubionym utworem mojego syna z całej mojej działalności”. Wyobrażasz sobie? Podeszła specjalnie po to, by mi to powiedzieć. To wspaniała postawa.
Najgorszy występ
Trasa „Painkiller”, Toronto, 1991
Dla mnie będzie to Toronto, końcówka trasy promującej „Painkiller”, rok 1991. Siedzieliśmy w przebieralni i nagle wbiegł jakiś koleś i powiedział, że leci już nasze intro. Ktoś puścił je za wcześnie, bo zazwyczaj zaczyna się, kiedy jesteśmy już tuż za sceną. Natychmiast wylecieliśmy w popłochu. To był wielki stadion, na którym rozgrywane są mecze baseballa, więc mogliśmy się dostać na scenę tylko czymś w stylu wózków golfowych. Na scenę dotarłem szybko, razem z Glennem. Pobiegł w swoją stronę, a ja wskoczyłem na motocykl, stojący za podnośnikiem, unoszącym na czas występu perkusję. Podnośnik był hydrauliczny, do tej pory nie było najmniejszych problemów.
Zamieszanie zakończyło się decyzją o ponownym zagraniu intra i rozpoczęciu na spokojnie występu. Problem w tym, że nikt mi o tym nie powiedział, więc wystartowałem, jadąc na scenę na potężnie ryczącym motocyklu. Obsługa jednak zaczęła już opuszczać platformę z perkusją, w efekcie uderzyłem głową w schody i, straciwszy przytomność, spadłem z motoru, który pojechał w swoją stronę. Więc oto jestem, leżę sobie pod maszynerią, a reszta zespołu gra 'Hell Bent for Leather’, po raz pierwszy w historii w wersji instrumentalnej [śmiech]. Publiczność zapewne uznała, że próbujemy nowych sposobów na otwarcie koncertu.
Przez długi czas nikt nie mógł mnie znaleźć, wreszcie ocucił mnie Glenn. Zespół kończył już utwór, a fani zastanawiali się gdzie jestem. Podniesiono mnie i udzielono pomocy w szybkim przygotowaniu się do występu. Zapewniałem, że wszystko jest w porządku. Prawda była jednak zgoła inna. Ból był nieznośny, czułem się też jeszcze nieco oszołomiony.
Zbadano mnie później w szpitalu, jak się okazało miałem tylko dolegliwości kręgów szyjnych, przez tydzień musiałem nosić kołnierz. Mogło być gorzej. Koniec końców myślę, że był to najtrudniejszy występ w mojej karierze. Cóż, to rock 'n’ roll, nikt nie obiecywał, że będzie miło i przyjemnie.
