Śmierć Lemmy’ego Kilmistera poruszyła cały rockowy świat. Były muzyk Pantery – Phil Anselmo – w wywiadzie dla Fantasm opowiedział o swoich odczuciach podczas ostatnich koncertów Motorhead.
Graliśmy razem na festiwalu i Lemmy chciał się ze mną zobaczyć. Wszedłem do pokoju i pogadałem z tą legendą. Znaliśmy się już od 20 lat. Zawsze, ale to zawsze, zwłaszcza, gdy byłem młody, powtarzał mi, że twoja kariera muzyczna i popularność jest tylko tu i teraz. Jest niesamowicie ulotna. Będą takie miejsca w twojej karierze, kiedy nie będziesz rozumiany, stracisz popularność i zostaniesz wykluczony. Kiedy byłem w Panterze, to Lemmy powiedział mi „Wiesz, jak dla mnie, to wcale nie brzmicie inaczej niż my”. Pomyślałem wtedy, że to, co robimy jest inne, ale są punkty wspólne. Na przykład układ perkusja-bas-gitara-wokal. Rozumiem, co miał na myśli. Ale z perspektywy czasu dostrzegam, że muzyka przychodzi i odchodzi, a jeśli jesteś w wielu zespołach, to masz szansę na bardziej zróżnicowaną publikę.
Miałem okazję widzieć jeden z ostatnich koncertów Lemmy’ego. Przypomniałem mu tę historię, a on powiedział „Ok, Phil, zapalmy coś dla poprawy naszych wokali”. Więc to zrobiliśmy.
On był bardzo prawdziwy, naturalny i szczery. Widziałem, że podczas ostatnich występów był bardzo obolały, zmęczony ciągłym bólem. Mimo to nie chciał zejść ze sceny. I ja to rozumiem, ponieważ sam gram z urazem. Budzę się i czuję się jakbym każdego dnia był we wraku auta. Zniszczyłem sobie wiele części ciała robiąc to, co robię. Dzięki Lemmy’emu zrozumiałem, że nie muszę wychodzić i niszczyć siebie, aby się o tym przekonać.
Lemmy nienawidził bólu, ale kochał być na scenie. Potrafię to zrozumieć.

