Już na początku tej relacji należy wspomnieć, że jest ona zaledwie pierwszą z kilku moich opisów, które można będzie przeczytać w tym roku. Dzieje się tak dlatego, że właśnie w tym roku, podczas europejskiej części World Magnetic Tour 2010, realizowałem moje wielkie marzenie, którym od zawsze było zrobienie sobie mini-trasy z Metalliką.
Zapraszam do przeczytania mojej relacji z wyprawy do Norwegii!
Pomysł na pierwszy tegoroczny gig powstał jeszcze pod koniec 2009 roku, kiedy to cudowny kwartet z San Francisco ogłaszał pierwsze koncerty na trasie. Już od jakiegoś czasu mam w Norwegii znajomych, którzy mieszkają tam na stałe – są to moi bardzo dobrzy znajomi, a ja jeszcze nigdy nie odwiedzałem ich za morzem – nadarzyła się świetna okazja na upieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu! Jako że od samego początku było wiadomo, iż bilety rozejdą się jak świeże bułeczki, zakupiłem je z pomocą mojego dobrego kolegi Roberta – który okazał się na tyle uprzejmy, że zamówił mi 2 sztuki w pre-sale dla Metclubbersów. Gdy wszystko było załatwione, po kilku miesiącach oczekiwania na wymarzony urlop udałem się w kierunku zimnej północy która – jak się później okazało – wcale nie była taka zimna 😉
Pierwsza część pobytu w Norwegii była bardzo miłym wypoczynkiem, połączonym ze zwiedzaniem okolicznych miasteczek oraz Oslo. Jako ciekawostkę można wymienić kilka rzeczy, które można było spotkać na ulicach Oslo 12 kwietnia 2010, czyli na dzień przed koncertem w Telenor Arena. Pierwszą z nich było ogłoszenie, na które natrafiłem na ulicy – ktoś po prostu chciał sprzedać bilety – pewnie większość ludzi nigdy nie zwróciłoby na to uwagi, ale wprawne oko koncertowicza takich rzeczy nie omija 😉 Druga sprawa to ogłoszenie na Hard Rock Cafe – reklamujące tamtejsze Pre-Party (na którym niestety nie udało mi się ostatecznie pojawić) – zawierające bardzo efektowne logo norweskiego chaptera Metclubu – Norway Inc.
Koncert odbywał się kolejnego dnia, a dojazd do Telenor Arena na pierwszy rzut oka wydawał się niesamowicie skomplikowany. Hala znajduje się nie w samym Oslo, ale na jego przedmieściach – jadąc pociągiem wysiada się 2 czy 3 przystanki przed stacją centrum (Oslo S) – jadąc od strony miasta Drammen – tak jak ja. Do areny nie prowadzi żadna większa droga, a kilka ścieżek dla pieszych i rowerzystów – można to zresztą zobaczyć na zdjęciach – dotarcie na miejsce wyglądało na co najmniej uciążliwe. Oczywiście jak się okazało – należało podążać za tłumem. Na koncert nie szedłem sam a z moim kolegą – Wierzbą – to z jego gościnności korzystałem przez blisko tydzień. Jako, że oboje zdecydowaliśmy się udać na miejsce po jego pracy – było już stosunkowo późno bo około godziny 18:00. Na początku kręciłem nosem, że chcę być przed halą dużo wcześniej, aby zdobyć dobre miejsce, itp. Okazało się to grubą przesadą – trzeba zaznaczyć, że tylko w Polsce zajęcie odpowiedniego miejsca jest prawie zawsze związane z walką na śmierć i życie w przedbiegach. Za granicą jest oczywiście zupełnie inaczej a przybycie pod halę po 18:00 było w zupełności wystarczające.
Telenor Arena robi wrażenie. Jest to duży obiekt, na którym na co dzień gra lokalna drużyna piłki nożnej (pełnowymiarowe boisko (!)). Jak się później okaże – była to zdecydowanie największa hala, jaką odwiedziłem podczas moich tegorocznych wojaży. Przed halą sporo fanów – typowych „norweskich” – czyli pełny luzik i kultura – to się oczywiście chwali. Nikt nie przepychał się do wejścia a kolejka – mimo, że całkiem długa – kurczyła się bardzo szybko. Przed halą chodziło kilku gości, którzy sprzedawali Tour Booki nosząc je w dłoniach i krzycząc o możliwości ich kupna. Osobiście nie znam norweskiego ani trochę, ale mój towarzysz Wierzba wspominał, że przechodnie kpili z nich nieco pytając, czy można płacić kartą 😉 Jako kolejną ciekawostkę można wspomnieć, że parking przy Telenor Arena był zamknięty i nie można było postawić tam samochodu – dojazd postanowiono przerzucić tylko i wyłącznie na komunikację miejską – czyli pociągi podmiejskie i autobusy dojeżdżające w okolice hali.
Po kilku minutach w kolejce przyszedł czas na podejście do bramek – ukryłem dobrze aparat ale zupełnie niepotrzebnie – nikt nie robił problemu z ich wnoszeniem. Po przekroczeniu progu hali lądujemy od razu na płycie – to dosyć specyficzne dla Telenor Arena – jest ona w kształcie prostokąta na którego rogach znajdują się wielkie drzwi prowadzące od razu na zewnątrz – brak jakichkolwiek szatni czy korytarzy. Właśnie – szatnie – nie było ich! Ludzie wnoszący ubrania/plecaki muszą je zabrać ze sobą. Co prawda widziałem jakiś prowizoryczny punkt z wieszakami na ubrania, ale jakoś bym mu nie ufał – nie wiem na jakiej zasadzie można było odnaleźć później swoje rzeczy – były to po prostu zwykłe wieszaki na ubrania powieszone na jakiejś tymczasowej rurze. Na wejściu na wszystkich wchodzących na koncert czekają dziewczyny z wielkimi torbami zawierającymi zatyczki do uszu w formie kawałków gąbki – nowa moda typowa dla zagranicznych koncertów, chociaż i u nas coraz częściej ludzie zaczynają używać zatyczek. Cała hala była spowita delikatnym dymem unoszącym się w górnej części pomieszczenia – zapewne był to dym papierosowy, ale wyglądało to dziwnie – może widać to na zdjęciach.
Po wycieczce po płycie hali, obejrzeniu nowych koszulek w oficjalnym punkcie z merchem, zerknięciu na cenę piwa (0,4l kosztuje w Norwegii około 33zł!) zaczęły się przygotowania do występów – jak wiadomo suportami na tej części trasy były zespoły Gojira i Fear Factory. Pierwszy z nich to moje odkrycie już sprzed jakiegoś czasu, słuchałem „From Mars to Sirius” oraz „The Way of All Flesh” i bardzo mi się podobały – kawałek porządnego grania, do tego w oryginalny sposób. Fear Factory to zespół mojej młodości, kiedy to przynosiłem ich płyty od kolegów z podstawówki – wtedy oczywiście mi się to nie podobało. W tej chwili FF to ciekawostka, którą chciałem zobaczyć przede wszystkim ze względu na muzyków – Byrona Strouda i Gene’a Hoglana – znanych mi bliżej z zespołów takich jak Strapping Young Lad czy Zimmers Hole. Nie będę się dłużej rozpisywał o suportach – ich występy były bardzo miłym umileniem czekania, ale muszę przyznać, że byłem trochę zawiedziony poziomem obu kapel. Gojira była przede wszystkim kiepsko nagłośniona i grali bardzo cicho. Jakby tego było mało, mieli problemy techniczne – w jednej z piosenek perkusista grał „na sucho” czyli kompletnie bez nagłośnienia przez około minutę. Wydaje mi się, że Gojira to trochę za mały zespół na granie na środku Telenor Arena – nie radzili sobie najlepiej choćby z kontaktem z publicznością. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, gdy na środku sceny umieszczone są przeróżne sprzęty i można biegać tylko dookoła nich. Ogólnie ocena dla Gojiry jest średnia pomimo tego, że na co dzień słuchałem ich dosyć często. Jeśli chodzi o występ Fear Factory to już od pierwszych brzmień słychać było, że będzie o wiele lepiej, głośniej i bardziej soczyście – tak też było. Kawałki z nowej płyty jak i stare hiciory (np. „Linchpin”) to rzeczy które sprawiły, że headbanging włączył się samoczynnie. Obserwacja gry Gene’a Hoglana była prawdziwą przyjemnością – jest to jeden z najlepszych perkusistów na świecie. W kwestii FF można też wspomnieć o jednej dosyć śmiesznej rzeczy – nie da się ukryć – to zespół grubasów 😉 Oprócz wokalisty każdy z członków zespołu wygląda, jakby obiady jadł w Mc Donaldsie. Według mnie jako suport Metalliki Fear Factory przewyższa jednak Gojirę – ciekaw jestem opinii innych uczestników tego koncertu.
Gdy suporty skończyły, na scenie zaczęło się dziać wiele rzeczy naraz. Jak to na halowych koncertach – po drabinkach zaczęli się wspinać operatorzy świateł, którzy siedzieli pod sufitem aż do końca koncertu. Odkryto perkusję Larsa, zaczęto przyklejać set listy, strojono gitary. Atmosfera gęstniała, w pewnym momencie zaczęło się It’s a Long Way To The Top i myślałem, że za chwilę zacznie się występ Metalliki – okazało się jednak, że to była podpucha i kawałek AC/DC nie oznacza już, że za chwilę rozpocznie się The Ecstasy of Gold (szkoda). Czas mijał, trybuny zapełniły się już prawie w całości – gdy obejrzałem się za siebie – ludzie wypełniali już halę, chociaż tłoku absolutnie nie było. Możliwe, że było to spowodowane tym, że wcale nie okupowałem barierek, jak mam to zwykle w zwyczaju. Stałem w odległości kilkunastu rzędów od sceny, obserwując spokojnie, co się na niej dzieje – jeszcze przed gigiem ustaliłem ze swoim towarzyszem, że nie brniemy w tłum, a stoimy nieco dalej.
Nagle z głośników rozległ się grzmot błyskawicy i zaczęła się znajoma piosenka – teraz już wiem, że było to Heavy Metal Thunder Saxona. Kilkuminutowy kawałek kończy się dosyć nagle i wszystkie światła nagle gasną, Telenor Arena spowija całkowita ciemność. Chyba nie muszę opisywać co wtedy czułem, stojąc po blisko roku przed sceną, na której za moment rozpocznie się koncert wielkiej czwórki z San Francisco? Już po kliku taktach The Ecstasy of Gold miałem ciarki na całym ciele i oczywiście zacząłem nucić znaną nam wszystkim melodię – po której na scenie zaczęło się prawdziwe piekło 😉 Set rozpoczął się tradycyjnie od That Was Just Your Life, podczas którego mogłem po raz drugi w życiu obejrzeć niesamowite laserowe show – kto widział, ten wie, o czym mówię.
Muszę przyznać, że do samego końca zastanawiałem się, czy Meta nie zacznie gigu w jakiś inny sposób. Oslo było pierwszym w tym roku (2010) europejskim miastem, w którym grał zespół. Poprzednie występy w Ameryce Południowej zaczynały się w inny sposób (Creeping Death + FWTBT) – tutaj jednak wszystko wróciło „do normy” i wiadomo było, że set będzie raczej standardowy. Nie ma się chyba co rozpisywać na temat tego, co działo się na scenie – po Life mieliśmy Line (standardowa kombinacja) a później Creeping i jako czwarty – Through The Never – w tym momencie po raz pierwszy poczułem, że występ zaczyna się robić wyjątkowy, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co zespół zagra na pozycjach 3/4/5.
W dalszej części set listy set listy można było usłyszeć m.in. Wherever, The Unforgiven i All Nightmare Long i ze środkowej części setu tylko te trzy kawałki wyróżniały się jakoś spośród standardowego układu piosenek. Mniej więcej w połowie koncertu dotarło do mnie, że chyba po raz pierwszy czas spędzony na koncercie płynie dla mnie z prędkością światła – kolejne kawałki zmieniały się jak w kalejdoskopie – świadczy to chyba tylko o tym, że bawiłem się po prostu zajebiście! Aby było wiadomo, co działo się na scenie, wklejam set listę:
That Was Just Your Life
The End Of The Line
Creeping Death
Through the Never
Fade To Black
Broken, Beat And Scarred
Wherever I May Roam
Sad But True
The Unforgiven
All Nightmare Long
One
Master Of Puppets
Blackened
Nothing Else Matters
Enter Sandman
– – – – – – – –
Am I Evil?
Hit the Lights
Seek and Destroy
Podczas One okazało się, że na scenie nie ma wybuchów, które powodują ból uszu na stadionowych gigach – można się za to nieco ocieplić przy buchających ze sceny płomieniach. Z upływem czasu czekałem na Encore, gdyż naprawdę chciałem usłyszeć coś niestandardowego i… byłem zadowolony. James zapowiedział cover song z repertuaru Diamond Head. Helpless – pomyślałem. Wcale bo nie – zaczęli Am I Evil – jak dla mnie bombowo, bo z tego co wiem, nie jest zbyt łatwo trafić właśnie w ten kawałek. Później Hit The Lights na zakończenie tylko pogłębił uczucie, że było warto. James nie byłby sobą, żeby nie powiedział czegoś taniego – tym razem, zachęcał norwegów do bycia „najgłośniejszą publicznością na tej trasie” na co głupi tłum podniósł oczywiście wrzawę, ehh… 🙂
Bardzo ciekawą sprawą była szybkość ewakuacji ludzi podczas Seek & Destroy. Zwróćcie uwagę na zdjęciach, że podczas pożegnania zespołu z fanami, trybuny były praktycznie puste! Tak to jest w momencie, gdy World Magnetic Tour odwiedza to samo miasto już po raz trzeci, a kolejnego dnia Metallica miała wystąpić w Telenor Arena po raz kolejny… Po gigu zapakowaliśmy się w pociąg, który odwiózł nas „do domu” – jeszcze nigdy nie miałem takiego komfortu, że Metallica gra zaledwie 30minut drogi od miejsca zamieszkania!
Co na koniec – same pozytywy! Po prawie tygodniu świetnego pobytu w Norwegii, rozpocząłem realizację swojego wielkiego marzenia – zobaczenia Metalliki w Skandynawii, a później na innych koncertach w ciągu kliku dni! Oslo pozytywnie mnie zaskoczyło – myślałem, że po koncercie w Lipsku w 2009 już nic nie zdoła mnie ruszyć. Co prawda to Lipsk pozostaje chyba gigiem mojego życia, ale tylko przez efekt świeżości i bycia tym pierwszym. W Oslo Metallica zagrała kawał porządnego koncertu, mimo iż set lista była – umówmy się – raczej standardowa.
Supporty w porządku, chociaż zestaw Mastodon/Lamb of God pasowałby mi o wiele bardziej – nie narzekam jednak. Dwie godziny występu Metalliki minęły mi błyskawicznie a oprawa wizualna i zachowanie zespołu na scenie były po prostu świetne. Z jednej strony Metallica jest już stara, Lars nie umie grać, a Kirk myli się w odgrywanej po raz tysięczny solówce – ale wciąż jest to zespół, przy którym najwierniejsi fani stoją murem! Jak się później okazało to następnego dnia Metallica zagrała „prawdziwy” koncert, grając po raz pierwszy ever „The Unforgiven III”. Ja jednak w tym czasie byłem już w samolocie w drodze powrotnej do Warszawy. Jak się dowiedziałem– wyszło bardzo dobrze, gdyż udało mi się wrócić do Polski na chwilę przed odwołaniem wszystkich europejskich lotów – ale o tym, już w kolejnej relacji!
Didymos
