Oh yeah! Już zacięram ręce, a facjata mi się cieszy – oto jest! Nowiutkie, cieplutkie wydawnictwo od Lamb of God. A do tego panowie zapowiadają odwiedzić naszą ojczyznę – jak tu ich nie lubić. Osobiście muszę przyznać że ta ekscytacja ma swoje inne źródło – panowie z Lamb of God od dłuższego czasu już stanowią dla mnie jeden z ulubionych bandów, a ich (przed)ostatnia płyta „Wrath” została porządnie przeze mnie zwałkowana wzdłuż i wszerz. „Wrath” też wyniosło Lamb of God do absolutnie pierwszej ligi metalowego grania i usadowiło band na bardzo mocnej pozycji. Problem jednakże z wchodzeniem na szczyt jest taki, że jedna rzecz to wdrapać się tam – druga utrzymać. O ile za pomocą „Wrath” uważam, iż baranki na tą górę ostatecznie sie wspięły, to teraz nadszedł czas pokazania światu iż nie był to przypadek. Jak wiemy, dla wielu wykonawców ta druga opcja bywa ciężką próbą. Jak w niej wypada LoG?

Jeśli mógłbym określić tą płytę jakoś w telegraficznym skrócie to – trzymają BARDZO WYSOKI poziom, ba, myślę że go nawet sami sobie zawyżają. Ale puszczając wodzę fantazji. To co uwielbiam w LoG, to nacechowana własnym barankowym stylem gra instrumentalistów – szczególnie gitarzystów i bardzo charakterystycznego perkusisty. Określiłbym to mianem „Muzyczny zew krwi”. Ale oto w LoG nie trudno skoro mamy tu do czynienia po raz kolejny w metalowym świecie z braćmi którzy razem grają w jednym zespole, czyli mowa tu dla nie wtajemniczonych o braciach Adler, czyli wiosłowy Willy i pałkownik Chris. Tego charakterystycznego grania dopełnia wokalista Randy Blythe.

Jak dla mnie Randy to jedno z ciekawszych gardeł ostatnich lat. Nie wiem skąd ten facet bierze ten dół w głosie, ale jak dla mnie są dwa wyjścia – albo wciąż tankuje w siebie hektolitry tequili, albo podpisał cyrograf z wujkiem Belzebubem, który przez niego przemawia. Innego wyjścia nie widzę. Baranek tym razem zafundował nam aż 14 numerów pod szyldem „Resolution”. Niecierpliwie więc nacisnąłem play i poszło. Pierwszy numer „Straight for the Sun” może i nieco wolno jak na energetyczne zazwyczaj LoG – ale za to riff? Totalny walec rozjeżdżający wszystko co stanie mu na drodze. Nabieram smaku na kolejny numer, Chris Adler sieje niszczące przejście na bębnach jako końcówka „Straight for the Sun” i słyszę wstęp do… Redneck? O kurde, patrzę na tytuł –„Desolation”. Ten numer niestety zostawia jak dla mnie (jedyną) rysę na tym albumie – riffy w „Desolation”, sposób ich zagrania, jak i całościowo kompozycja przypomina mi bardzo znany Redneck. Mam nadzieję że nie jest to pierwsza oznaka wyczerpywania się idei LoG i zjadania własnego ogona. Jest to jak powiedziałem największa rysa na nowym albumie.
httpvh://youtu.be/tancZ5ze9v4
Pozostałe numery na szczęście stanowią rozwijanie, bądź umacnianie grania znanego jako LoG – oczywiście grzechem niecnym byłoby spłaszczyć recenzję tylko do tego stwierdzenia, dlatego też parę następnych smaczków aby was zachęcić. W ucho wpadł mi na pewno „The number six” – głównie za sprawą refrenu który Randy powiedzmy „śpiewa”, co jest rzadkim jak dla niego zjawiskiem. Ciekawa sprawa też że na tym albumie, jak i właśnie w omawianym „The number six” pojawiają sie chórki co nie jest zbyt częstym patentem w tej muzie. „The number six” ma też ciekawą strukturę z wplatanym basem i rwanymi gitarami a potem przejściem od 2:14. Zresztą posłuchajcie. Kolejny chwytający mnie za ucho 🙂 to numer „Insurrection” – Randy znowu „śpiewa”, choć tym razem zwrotki (szczególnie pierwszą) – w refrenach i przejściach napór barankowy z tradycyjnym wokalowo Randym Belzebubem 🙂 – numer jest w ogóle strasznie energetyczno-bujający. Jako koncertowy hit wybieram „To the end”, szczególnie refren – już widzę tłumy skaczące na koncertach w rytm tej zagrywki, choć tak szczerze mówiąc Adler gitarowy z Mortonem wiosłowym przez cały numer wkręcają tam bujająco – energetyczne granie, a Blythe nie pozostaje dłużny wyplujwając z siebie liryczne przesłanie. Na końcu płyty niespodzianka „King Me”, w którym pojawiają sie smyczki. Jeśli macie wątpliwości czy smyki mogą sie bujać z energetycznym graniem baranka i wypluwanym wokalem Randyego to uspokoję was – bujają się tak że lepiej juz się nie da!
httpvh://youtu.be/bLeqJmNgeKs
Nie wiem kto tam wymyślił te fragmenty ze smyczkami, ale ma u mnie medal. Numer jest w ogóle kompozycyjnie nieźle pokręcony, pojawia sie nawet na wokalu jakaś niewiata która dośpiewuje fragmenty pod melo-recytacje Randyego. Numer brzmi czasami jak pojedynek sił piekła z niebem he, he. Oczywiścio kto jest przedstawicielem „dołu” chyba nie musze mówić.
Wymieniłem te kilka kawałków żeby was zachęcić do tego wydawnictwa, ale pozostałe numery nawet jeśli nie są śpiewane, tudzież nie mają smyczków to uwierzcie maja typowe cechy Lamb of God w dobrym tego słowa znaczeniu. Album jak dla mnie chyba jeszcze wyżej podnosi poprzeczkę po „Wrath”, a gdyby nie nieszczęsny „Desolution” byłby prawie idealny, mam nadzieje jednak że to wypadek przy pracy a nie jak wspomniałem zajawka zjadania własnego ogona. Tak czy siak na razie póki co panowie na tym albumie w jeszcze ciekawszy sposób rozwinęli energetyczne granie znane światu jako LoG, dodając śpiew, chórki, smyczki itp. Co więc pozostaje ? Nic tylko zabukować bilet i zobaczyć baranka live – czego i sobie życzę.