Zapraszamy do przeczytania obszernego wywiadu z Jamesem, Larsem, Kirkiem i Robertem, który odbył się w kwaterze głównej zespołu w Kalifornii po koncertach w miejscach, gdzie Metallica po raz pierwszy odcisnęła swoje ślady – na Antarktyce oraz w Chinach. W jego pierwszej części panowie opowiadają o wrażeniach z Szanghaju, o tamtejszym rynku, a także o filozofii zespołu. No to lecimy…
2013 to był dobry rok dla Metalliki, prawdopodobnie ich najbardziej wymagający w kontekście przekraczania nowych granic. Zespół zdołał zagrać na 7 kontynentach, w tym po raz pierwszy w Chinach i wypuścił duży filmowy projekt, z którym powiązane były także obowiązki promocyjne. Ostatnie i najbardziej niemożliwe, czyli podbicie 7 kontynentów wydarzyło się w grudniu, kiedy zagrali historyczny koncert Coke Zero w bazie Carlini na Antarktyce. Ale powracającym pytaniem dla wszystkich (od fanów do managementu) było kiedy pojawi się jakiś nowy materiał. Jakieś nowe piosenki. Nowy album. Pomimo, że nie ma ram czasowych kiedy Metallica „powinna” nagrać nową muzykę, to wydaje się realne, że nowy album jest w drodze, ponieważ nagrywają cały czas nowe riffy i muszą mieć ich już co najmniej 500. Co najmniej…
Tak więc było wiele tematów do dyskusji, gdy zebraliśmy się pewnego wczesnego poranka przy stole w kwaterze głównej, gdzie zespół pojawił się, by przygotowywać się do występu na 53 rozdaniu nagród Grammy z klasycznym pianistą Lang Langiem. To był pierwszy raz, gdy cała czwórka pojawiła się razem od występu na Antarktyce i do tej pory nie przedyskutowała z „So What!” swojej eskapady, szaleństwa wokół filmu czy występu w Chinach, więc mieliśmy wiele tematów do poruszenia. Ale przede wszystkim kłamałbym, gdybym nie przyznał, że wszystkie te drogi nie prowadzą do zapytania o najważniejsze. Kiedy. Będzie. Nowy. Album? Lub chociaż nowa piosenka? (Po fakcie, gdy już to czytacie okazało się, że dostaliśmy ‘Lords of Summer’. Nowy wymiatacz. Więc wena zaczyna nabierać rozpędu pomimo słów Larsa, że do końca nie wiadomo, czy ta piosenka wejdzie na płytę.) I w takich oto sposób witamy przy stole, drogi czytelniku, gdzie nasza konwersacja zaczęła się od występu z Lang Langiem…
KH: Słyszałem o tym kolesiu, ma tylko 30 lat. Jestem w tej chwili numerem jeden, jest super-teatralny.
JH: Jest naprawdę niesamowity.
KH: Widziałeś go?
JH: Widziałem materiał na YouTube i rozmawiałem dzisiaj z moim fizjoterapeutą. Powiedziałem „Graliśmy z Lang Langiem, pewnie o nim nigdy nie słyszałeś”, a on odrzekł „Ten pianista wirtuoz?”
LU: To trochę jak Yo-Yo Ma pięć lat temu. Jest kolesiem, który przekracza granice i naprawdę błyszczy. Wpisz Langa na YouTube, zobaczysz 900 klipów.
SC: Więc… konsekwencje występu w Chinach? Zanurzmy się w waszą pierwszą podróż do Chin, bo nie rozmawialiśmy jeszcze o tym.
LU: Czemu nie porozmawiamy o przyszłości?
SC: Dojdziemy do tego, nie martw się. Mam też pytania o przyszłość! Ale najpierw wasze wrażenia z Chin.
JH: Było zupełnie inaczej od tego, czego się spodziewałem. Szczególnie, kiedy przybyliśmy do Szanghaju, widząc te wszystkie budynki i nowoczesny wygląd – to było coś innego, niż się spodziewałem. Było o wiele bardziej skomercjalizowane. Ale ludzie byli prawdziwi. Było tam dużo ludzi. Było tłoczno.
KH: (sarkastycznie) Spodziewałem się ludzi na rowerach w stojących kołnierzykach i butach kung fu, ale byli totalnie „zachodni”. Wszyscy byli ubrani normalnie, a centrum Szanghaju przypomniało mi Dubaj w sensie nowoczesnej architektury i ogólnej infrastruktury miasta. To było niesamowite.
RT: To szalone, jak wybudowali nową infrastrukturę na podstawie starego miasta. I pogrzebali ten starożytny świat kosztem nowego. I było tak gorąco, o boże, brutalnie gorąco. Ogromna fala upału.
LU: To wspaniały tygiel dla wielu różnych rzeczy. Słyszałem, że Szanghaj był „najbardziej przyszłościowym miastem” i wielu ludzi mówiło mi na temat tego, jak stoi na rozdrożu starego i nowego. Słyszałeś pewnie, że Szanghaj to niezbyt dobra reprezentacja reszty Chin. Ale to dlatego, bo jest tam wiele europejskich korzeni. Odciśnięta jest tam obecność Anglików, Niemców, Francuzów. Jest tam też oczywiście duże piętno Chińczyków i jest tam też „przyszłość”, podobnie do Dubaju – po drugiej stronie rzeki, gdzie jeszcze 20 lat temu były ryżowe pola. I masz tą wspaniałą mieszankę wielu europejskich kultur, wielu Europejczyków. Nie wiem, czy byliśmy w mieście poza Europą, w którym byłoby tak wielu Europejczyków. To było kosmopolityczne także pod względem restauracji i całej atmosfery. To było wspaniałe miejsce na 4 czy 5 dni wolnego, a koncerty były wspaniałe. Były trochę „zachodnie”.
SC: To właśnie mnie interesowało.
LU: Gdy graliśmy w Malezji i Indonezji, to czuliśmy się jak w Malezji i Indonezji, ale gdy graliśmy w Szanghaju, mogliśmy równie dobrze być w Kansas City Enormo Dome czy gdziekolwiek, bo mogłaby to być jakakolwiek arena na zachodzie.
SC: Ale czy czuliście energię od publiczności? Czy czuliście, że ten tłum, który skacze itp. jest też w pewnym sensie „zachodni”?
LU: Jedną rzeczą, którą poczułem bardziej niż inne, było wspaniałe przyjęcie. Nie byliśmy tam nigdy wcześniej i myślę, że jest duża grupa ludzi, która mówiła, że się pojawi, ale tego nie zrobili z powodów logistycznych, pieniężnych czy jakichkolwiek. Myślę, że było trochę sceptycyzmu „czy naprawdę zespół się pojawi?”. Więc aż do wejścia na scenę czuło się tą energię, że „czy naprawdę to się stanie”. Później, gdy weszliśmy na scenę poczuliśmy, że oni tam są. To było wyczekiwanie, które tworzyło się przez lata, jeżeli nie dekady. I z mojego punktu widzenia – chłopaki byli bliżej całej akcji – ale tam, gdzie ja byłem, czuło się, że to zwyczajny koncert. Niektórych piosenek nie było, ale energia publiczności i hala była podobna do innych koncertów.
RT: W pewnym momencie pojawił się fan, i sądzę że James też to zauważył, któremu zaczęło odwalać. Był tak podekscytowany, że ochrona nie wiedziała, jak sobie z nim poradzić, bo pewnie nie byli przyzwyczajeni do oglądania takich reakcji na wydarzeniu tego typu, więc próbowali go przywołać do porządku, ale się nie dawał. Następnie podarli mu koszulkę i koleś prawie wdał się w walkę na pięści z ochroniarzem i to był napięty moment. Dla mnie to reprezentowało coś, jak przyszłość tego, co będzie się działo z ruchem zachodniej muzyki, hard rockiem, metalem, czymkolwiek.
JH: Próbowali mu pomóc – „On ma atak! Nie, nie, tylko tak przeżywa ten koncert!”
KH: Tak bardzo było szkoda mi było dzieciaków, że nie mogliśmy zagrać paru piosenek, że podczas drugiego koncertu wpadłem na pomysł, by podczas mojej solówki dodać parę riffów z piosenek, których nie mogliśmy zagrać. Udało nam się to!
LU: Nie zostaliśmy jeszcze zaproszeni ponownie. Musimy zobaczyć jak to wszystko zostanie odebrane.
KH: Tak, ale jeżeli kiedykolwiek wrócimy…
LU: Zjebaliśmy to! Nie chodzi o to, że zagrałeś te wszystkie riffy, tylko że opowiedziałeś o tym później w 38 różnych wywiadach!
JH: Ale nie zaśpiewaliśmy tych tekstów, więc OK!
KH: Tak, chodziło tutaj o teksty.
SC: Cóż, bądźmy szczerzy…
KH: Nie, daj mi skończyć! Jeżeli jeszcze kiedykolwiek zostaniemy zaproszeni powinniśmy zagrać wiązankę tych piosenek, których nie możemy zagrać. To mój wspaniały pomysł na przyszłość.
JH: Mam wrażenie, że następnym razem lista będzie bardziej otwarta.
KH: Miejmy nadzieję.
SC: Czy mam rację mówiąc, że Metallica widzi Chiny jak miejsce, gdzie może pokazać swoje wsparcie?
JH: Cóż, jest tam duży problem, prawda? Nie ma praw autorskich. Wszystko to bootlegi. Nie ma wytwórni płytowych, nie ma do tego jeszcze infrastruktury. Ale wydaje się, że za każdym razem jak kraj się otwiera, pojawiają się ci wszyscy ludzie biznesu i pokazują, jak to wszystko robić i otwierać nowe drzwi. Widzisz to poprzez krajobraz, architekturę i biznes. Więc gdy myślisz o Chinach, nie myślisz o Guccim na każdym rogu, ale tak było. Ale nad nim był na przykład sklep sprzedający podróbki ubrań.
SC: To dobry punkt. Nie myślałem, że jest tam także luksus i jakość, a raczej dużo podróbek.
LU: Ale tak nie jest. Tam jest 1,2 miliarda ludzi! Więc tak jak powiedział James, gdy użył słowa „infrastruktura”, które jest dobre, to kolejna granica. Rosja, Wschodnia Europa, Ameryka Łacińska, Bliski Wschód – we wszystkich tych miejscach są teraz rockowe koncerty i jest tam napływająca zachodnioeuropejska kultura. Chiny są kolejnym bastionem w sensie ilości ludzi, którzy nigdy nie mieli doświadczenia z tą zachodnią kulturą czy to poprzez muzykę, filmy, teatr czy cokolwiek. Tak więc to, co mówi James jest jedną z głównych spraw, ale tu nie chodzi o to czy jest tam piractwo czy nie, tylko o to, że jest tam 1,2 miliarda ludzi, którzy stają przed możliwością przeżycia tego wszystkiego. Ponieważ w tym samym czasie wszystko, co się dzieje z muzyką, dzieje się dziesięciokrotnie bardziej z filmami. Są hale w jakimś tuzinie miast, gdzie mógłbyś grać przez następne 5 lat. I nie polega to na tym „pojedziemy tam i sprzedamy płyty”, ale można tam pojechać i grać dla wielu ludzi, dla których nie miałeś okazji wcześniej zagrać. I oczywiście jest jeszcze jedna rzecz w naszym DNA – to granie dla ludzi, którzy są gotowi zostać „zmetallikowani”, czy jakkolwiek to nazwiesz.
SC: Jesteście zespołem, który potrzebuje wyzwań, prawda? Naprawdę, myśl o tym, by być gotowym do biegu jak Gerard Butler w „300” z flagą do chińskiego miasta, które nigdy wcześniej nie widziało zachodniego rockowego zespołu rozpala tak samo jak możliwość otworzenia się na nowy rynek, prawda? Jako grupa, czy patrzycie na to w sposób „Tak, kolejne miejsce, w którym jesteśmy nieznani, czy mało znani i chcemy tam jechać ich zgładzić!”
LU: Nie patrzę na to tak. Patrzę bardziej na to, że nigdy tam nie byłem. Jestem zainteresowany, by tam pojechać i zobaczyć jak to wygląda, a przy okazji tam zagrać.
JH: To bardziej jak „gdzie jeszcze nie graliśmy?”. Lista takich miejsc jest dłuższa, niż lista, gdzie już graliśmy, więc wydaje się…
KH: Albania!
JH: …lub dostępne miejsca, które są logistycznie i finansowo możliwe. Jak wiadomo, Antarktyka była ogromnym przedsięwzięciem, które nigdy by się nie wydarzyło bez pomocy wielkiej kompanii, która nas tu sprowadziła. Więc jadąc w trasę „zagrajmy w Katmandu”, czy coś w tym stylu, we wszystkich tych miejscach, w których nie byliśmy, to musi mieć tez jakiś finansowy sens. Ale granie w miejscach, w których do tej pory nie byliśmy zawsze będzie dla nas interesujące.
SC: Co z ekscytacją? Chodzi mi o wasze wręcz fizyczne połączenie ze sobą, by działać kreatywnie, by się nawzajem pobudzać. Wygląda na to, że zeszły rok był napięty w każdej możliwej kategorii…
LU: Czekaj chwilę! Masz do czynienia z ludźmi, którzy lubią grać. Masz do czynienia z czterema osobami, które wydaje się, że znalazły równowagę, gdzie zamiast tych niekończących się 250-koncertowych tras, które zabiłyby większość ludzi, przynajmniej w naszym wieku, znaleźliśmy równowagę w tym, by jechać w trasę w każdym roku trochę tu, trochę tam. Więc jeździmy, może oprócz promocji „Death Magnetic” w cykle, powiedzmy 30-50 koncertów rocznie. Jeżeli masz taki model i to cię uszczęśliwia i pozwala ci być zaangażowanym i powstrzymuje cię od tych pięcioletnich przerw, jak powiedzmy AC/DC, musisz jechać i grać w różnych miejscach. Nie możesz po prostu zagrać na Roskilde i Werchter każdego roku. Musisz jechać i grać w innych miejscach. Chodzi o to, że niekoniecznie tylko siedzimy i ślinimy się nad nowymi miejscami, w których nie graliśmy, żebyśmy mogli mieć nowe pieczątki w paszporcie. To pomaga przełamać ten element rutyny modelu z którym się mierzymy, czyli wyjechać z domu i zagrać 30 czy ileś koncertów rocznie, by trochę się spocić i pozostać zainspirowanym, to nas trzyma jako jedność.
SC: „Inspirująca” rzecz to to, co mnie interesuje, uwzględniając zeszły rok, uwzględniając fakt, że minął długi czas odkąd zaczęliście pracować nad płytą. Uwzględniając oczekiwanie, aż zaczniecie pracować nad nowym albumem. Bo to, co przedstawiliście brzmi jak bardzo logiczny i komfortowy i racjonalny plan. Parę tygodni tutaj, wolne, parę tygodni tam. Ale widzę, że pomimo, że to jest komfortowe, to chyba jako zespół nie lubicie komfortu, gdy przychodzi być kreatywnym. Czy potrzebujecie tej iskry, tego pchnięcia?
LU: Nie ma braku…
JH: Nie musisz czuć się niekomfortowo, by poczuć iskrę. Pojechaliśmy do Chin, wyszliśmy na scenę, zagraliśmy i zobaczyliśmy, że „wow, ludzie reagują tu taj samo jak w Dubaju, Los Angeles, czy gdziekolwiek gramy”. To testament dla muzyki i dla tego, co robi z ludźmi, jak ludzie chcą być poruszeni, jak ważna i jak bezgraniczna jest muzyka. Myślę, że te kraje, które wyskakują i są coraz bardziej otwarte, to ma dużo wspólnego z internetem. Możliwe, że prawie wszystko. I jedną z głównych rzeczy, które to nakręcają, to teledyski i muzyka. Więc Lars mówiący, że nie sprzedajemy rzeczy tam, nie oznacza, że ich nie znają. Byli tam. Poruszali ustami do tekstów po swojemu, ale znali piosenki. I tutaj nie ważne jest, jak je poznali. Fakt jest taki, że możemy tam pojechać, pokazać się i zabawić ludzi, po to tam jesteśmy. Nie jesteśmy po nic innego, tylko po to.
LU: By dopiąć tylko to, co poruszyłeś o kreatywności. Myślę, że jest ta podstawowa granica w muzycznym świecie, w dziennikarskim świecie, mówiąca o tym, że jeżeli jesteś w zespole, to kreatywność jest ograniczona do pisania piosenek. Nie uważam tak. Myślę, że jest tak wiele innych sposobów na bycie kreatywnym. Oczywiście, pisanie to znacząca część, ale nie jedyna. Więc jeżeli patrzysz na parę ostatnich lat pomiędzy filmami, piosenkami Rainbow i…
JH: Festiwalami.
LU: …festiwalami i nagraniami z Lou Reedem i innymi rzeczami, ale nie robimy takich przerw jak AC/DC. O to chodzi. Jeżeli weźmiesz pod uwagę tą rzecz związaną z Rainbow, którą zrobiliśmy, to było bardzo inspirujące, kreatywne doświadczenie, które dało dużo zabawy. I to daje ci szansę, by zbliżyć się do innej muzyki, innego podejścia, innego zaaranżowania i to cię inspiruje. To wszystko cię inspiruje. Denerwuje mnie, gdy ludzie siedzą i mówią „Wiesz co, nie jesteś kreatywny”. Ja na to „Co ty kurwa pierdolisz? Zawsze jesteśmy kreatywni.” Zawsze myślimy.
![Metallica o przełomowym koncercie w Chinach, inspiracji i kreatywności [So What! Vol. 21 1/2014]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/05/212280358-1024x576.jpg)