Z okazji wypadającego 27 lipca 30-lecia premiery „Ride The Lightning” Metalliki, Lars Ulrich, Kirk Hammett i Fleming Rasmussen, znani także jako perkusista, gitarzysta prowadzący i producent, udzielili długiego wywiadu dla Rolling Stone, w którym wracają pamięcią do roku 1984r., kiedy to w Sweet Silence Studios w Kopenhadze powstawał ów majstersztyk. Panowie wyciągają przy tym całą masę niuansów, ciekawostek i historyjek.
Tłumaczenie całej rozmowy wewnątrz.
Skąd wziął się tytuł „Ride The Lightning”?
Kirk: Czytałem „Bastion” Stephena Kinga i był tam fragment, w którym jeden gość znajdował się w celi śmierci i stwierdził, że czeka na . Pamiętam, że pomyślałem „Wow, jaki świetny tytuł na utwór.” Powiedziałem o tym Jamesowi i skończyło się tak, że to tytuł utworu i albumu.
Czy nagrywanie w Kopenhadze przebiegało wesoło na tamtym etapie waszego życia?
Kirk: Było świetnie na początku, ale po trzech czy czterech tygoniach zaczęliśmy tęsknić za domem [śmiech]. Było nas tam trzech Amerykańców i jeden Duńczyk. Łatwo było się Duńczykowi wpasować, ale nie było to zbyt łatwe dla trzech Amerykanów. Doświadczaliśmy nieco kulturowego szoku.
Jak radziliście sobie z tą chęcią powrotu?
Kirk: Nie mieliśmy w zasadzie wiele do roboty poza pracą nad muzyką i piciem Carlsbergów. Zebraliśmy absolutnie każdą butelkę po piwie w mieszkaniu naszego kolegi, bo można było zabrać cztery sześciopaki pustych butelek po piwie i dostać jeden sześciopak pełen piwa w zamian. Jak już to obczailiśmy, to był nasz mały rytułał. Chęć powrotu zapewniła nam odpowiednią dawkę, nie chcę powiedzieć „depresji”, ale nieco tęsknoty, która myślę, że wkradła się w proces nagrywania.
Byliście dobrymi gośćmi?
Kirk: Totalnie zniszczyliśmy dom naszego kolegi podczas pobytu. Zapchaliśmy wannę w łazience. Miał ogromną kolekcję kaset wideo ze wszystkimi zespołami, koncerty na żywo. Jedną z rzeczy, jakie robiliśmy, była pobódka rano i wybór jednej z kaset. Potem studio. Potem powrót ze studia. Jeszcze więcej kaset. I picie piwa. To wszystko, co robiliśmy.
Flemming, jakie było twoje pierwsze wrażenie na widok Metalliki?
Flemming: Nigdy wcześniej o nich nie słyszałem, ale naprawdę lubiłem ich jako ludzi. Studio, w któym pracowałem, Sweet Silence, miało renomę w Danii. Mój mentor mocno siedział w jazzie i jednego razu wziął mnie na bok i powiedział: „O co chodzi z tymi kolesiami? Oni nie potrafią grać.” A ja na to: „Co za różnica? Posłuchaj tej energii.”
Lars: Flemming był kompletnie dostrojony do tego, co robiliśmy. Nagrywał nas z dużą ilością przestrzeni, a my chcieliśmy ciężkich brzmień i mocnych bębnów.
Kirk: Kill’Em All nagraliśmy w tym miejscowym studio w Rochester w Nowym Jorku i myślę, żę największmy artystą, który korzystał z tego miejsca, był wokalista Foreigner, gdy robił jakieś demówki, czy coś. Nie wiem. Ale byliśmy naprawdę podekscytowani byciem w Sweet Silence Studios, bo to tam Rainbow nagrali „Difficult to Cure”. Byliśmy podekscytowani, bo lubliśmy brzmienie tamtego albumu i oczekiwaliśmy podobnego brzmienia na naszym, pracując w tym samym studio z tym samym inżynierem, Flemmingiem.
Na ile ukończone były utwory, kiedy zaczęliście nagrywanie?
Kirk: Trzy albo cztery miesiące przed nagrywaniem Ride The Lightning graliśmy takie małe koncerty, na których grywaliśmy „Creeping Death”, „Ride The Lightning”, „Fight Fire With Fire” i „The Call of Ktulu”. Te numery były na jakieś 90% skończone, jeśli chodzi o aranżacje, a solówki były już napisane.
Lars: Ukrywaliśmy się w Nowym Jorku w grudniu i styczniu ’83 i ’84 roku i napisaliśmy sporą część „Fade To Black” w New Jersey w piwnicy naszego kolegi Metal Joe’ego [Chimenti].
Utwory takie jak „Fade To Black”, „For Whom The Bell Tolls” i „Escape” były bardziej melodyjne i wolniejsze od reszty numerów na Kill’Em All. Czy muzycznie staraliście się osiągnąć coś odmiennego?
Lars: Był to pierwszy raz, kiedy cała nasza czwórka pisała razem i mieliśmy okazję poszerzyć nasze horyzonty. Nie wydaje mi się, aby było to celowy zabieg, by muzycznie wyłamać się z czegokolwiek. Jasne jest, że słuchajać „Fight Fire”, czy „Trapped Under Ice” nadal oczywiście tkwiliśmy w thrashowych motywach. Jednak zdawaliśmy sobie sprawę, że trzeba uważać, by nie stało się to ograniczające i jednowymiarowe.
Cała nasza czwórka tkwiła w różnych klimatach. A Kill’Em All był głównie napisany przez Jamesa, mnie i Mustaine’a; tak więc Kirk i Cliff nie dołożyli się do żadnego utworu na „Kill’Em All” [chodzi o struktury i partie prowadzące – red., wyjąwszy „Anasthesia” – red.]. Na Ride The Lightning Cliff i Kirk po raz pierwszy mieli okazję dodać coś od siebie. Wywodzą się po prostu z innej szkoły, zwłaszcza Cliff, który miał znacznie bardziej melodyjne podejście.
Czy od razu zabraliście się za nagrywanie, gdy przybyliście do Kopenhagi?
Kirk: Cały nasz sprzęt został skradziony w Bostonie, tuż przed wylotem do Europy. Jedyne, co pozostało, to nasze gitary.
Rasmussen: James miał taki wyjątkowy wzmacniacz Marshalla, który został zmodyfikowany, gdy nagrywali Kill’Em All. Musieliśmy pożyczyć wszystkie Marshalle od metalowych kapel, które aktualnie były w Danii, czyli jakieś dziewięć wzmacniaczy, i spędzić pierwszy dzień na testowaniu ich. W istocie odtworzyliśmy brzmienie gitary Jamesa z Kikk’Em All, ale wzmocniliśmy je. Był z tego zadowolony.
Kirk: To nie był jakoś szczególnie wesoły, czy radosny okres. Ale cieszyliśmy się, że jesteśmy w świetnym studio z dobrymi warunkami do pracy. Wszystko poza studiem było walką.
Jak Cliff wpadł na ten zstępujący riff basowy w intro „For Whom The Bell Tolls”?
Kirk: Grywał ten riff w pokoju hotelowym, kiedy ja i on siedzieliśmy tam razem. Nosił ze sobą akustyczną, klasyczną gitarę, którą obniżył tak, że mógł wyginać struny. W każdym razie, kiedy grał ten riff, myślałem: „To jest tak pokręcony, atonalny riff, że w ogóle nie jest ciężki”. Pamiętam, jak zagrał go Jamesowi, a James dodał do tego akcent i nagle wszystko się zmieniło. To taki zwariowany riff. Do dziś myślę: „Jak on go napisał?” Kiedykolwiek go słyszę, myślę: „OK, nadchodzi Cliff”.
Skąd wzięliście odgłos dzwonó na początku utworu?
Flemning: Mieliśmy kowadło w studio i Lars musiał w nie uderzać; to mogło być to, albo z efektów dźwiękowych. Ale mieliśmy tam doprawdy ciężkie, żelazne kowadło i stalowy młot i wsadziliśmy je do betonowego pomieszczenia. Wydawało z siebie „baaaam”.
Kirk, riffy z utworów twojej poprzedniej kapeli, Exodus, „Die by His Hand i „Impaler”, znalazły się kolejno w „Creeping Death” i „Trapped Under Ice”. Czy to ty je zaproponowałeś?
Kirk: Nie. Myślę, że to było tak, że kiedy Lars i James myśleli o pozbyciu się Dave’a [Mustaine’a] nasz dźwiękowiec, Mark Whitaker – który był managerem Exodus – dał im nasze dema. Myślę, że „Die by His Hand” mogło wpaść im w ucho. Tak więc keidy pisali „Creeping Death” pomyśleli: „Super. 'Die by His Hand’. Wstawiamy to tutaj.” To na pewno nie ja stwierdziłem: „Mam tu riff z utworu Exodus i on się musi znaleźć w utworze Metalliki.” A przy okazji, napisałem ten riff z „Die by His Hand”, gdy miałem jakieś 16 lat.
httpv://www.youtube.com/watch?v=gkiwoiuOEvY
Czy cały zespół śpiewał „Die! Die! Die!” w studio?
Flemming: Jestem całkiem pewien, że Cliff nie śpiewał – cóż, albo Cliff, albo Kirk – ale jeden z nich po prostu stał tam i ruszał ustami. W jednym momencie pozostała trójka postanowiła zamilknąć, żeby to sprawdzić i albo Cliff, albo Kirk nie wydali z siebie ani słowa [śmiech].
Jaki był Cliff w studio?
Flemming: Był jedyny w swoim rodzaju. To były lata ’80 i wszyscy bawili się w punk z obcisłymi spodnami, ale on nadal nosił dzwony. Gówno go interesowało, co ludzie o nim myśleli. Był dobrym muzykiem, naprawdę miły na poziomie osobistym, dobrze grał w pokera. Jako basista był bardziej jak solista niż zwyczajny basista. Kiedy pierwszy raz go nagrywałem, próbowałem najrozmaitszego gówna, żeby sprawić, by czuł się komfortowo, bo przywykł do środowiska koncertowego. W końcu ustawiłem jego wzmacniacz w innym pomieszczeniu i grał w głównym pomieszczeniu, jakby stał na scenie, z dźwiękiem dobywającym się z tych głośników. To było dość szalone. Bardzo go lubiłem. Smutny był dzień jego śmierci.
Zrobiliście małą przerwę w nagrywaniu, by zagrać trasę. Jak to było po powrocie z niej?
Lars: Kiedy wróciliśmy musieliśmy spaćw studio, bo nie stać było nas na jakiekolwiek miejsce do wynajęcia. Dosłownie, zostawaliśmy na miejscu, cała nasza czwórka na podłodze.
Flemming: Byli młodymi dzieciakami. Nie mieliśmy żadnego problemu, aby zostali w studio. Musiałem wykopać paru z nich pod prysznic po paru tygodniach, bo troszkę od nich śmierdziało. Gdy wkładali ten sam t-shirt, który nosili przez jakiś tydzień, mówiłem: „OK, nowy t-shirt.” „Jasne, kumam.” Ale wiesz, byli jak dzieci, sprawiało mi to frajdę. Nagrywaliśmy od 7 wieczorem, do 4, czy 5 nad ranem. Tak więc zwalali się i spali cały dzień.
Lars: Sala prób Mercyful Fate była tuż obok Sweet Silence Studios. Tak naprawdę skończyliśmy parę ostatnich utworów na Ride The Lightning – „Fade To Black” i „For Whom The Bell Tolls” – w ich salce. Oczywiście byliśmy ich wielkimi fanami, ale także zostaliśmy przyjaciółmi, ponieważ byli naszymi rówieśnikami.
Kirk: To był odjazd spotkać Mercyful Fate, bo ich muzyka sprawia, że masz ich za bandę złowieszczych, satanistycznych wyznawców diabłą, składających ludzi w ofierze. Ale w rzeczywistości wszyscy oni są lubiącymi wygłupi Duńczykami. King Diamond miał nieco aury wokół siebie, ale znalazłbyś słodszego i zabawniejszego gościa niż on.
Lars: Pamiętam jak słuchaliśmy tych wszystkich bootlegów, na których mówili o tym, że „Teraz wyciągniemy roadie i upuścimy z niego krew i oddamy ją potężnemu władcy ciemności” i tego typu rzeczy. No i nagle patrzyliśmy na te gęsie pióra, których używano do popuszczania krwi z tych roadie. To było nie do wiary. Ale była w tym autentyczność. Ciężko nie szanować i ciężko w pełni tego nie doceniać.
Kirk: W pewnym momencie myślałem, że Mercyful Fate byli najciężą heavy-metalową kapelą. Pamiętam, że graliśmy im kilka naszych numeró z Ride The Lightning i Michael Denner, ich gitarzysta, podszedł do mnie po wszystkim i powiedział: „Sądziłem, że Mercyful Fate jest najcięższą kapelą na ziemi, ale po wysłuchaniu 'For Whom The Bell Tolls’ teraz uważam, że to Metallica jest najcięższą kapelą na ziemi.” A ja patrzyłem na niego lekko zszokowany.
Flemming, czy nagrywanie akustycznej gitary Jamesa w „Fade To Black” poszło gładko?
Flemming: Najpewniej pieprzyliśmy się z tym dość sporo. W niektórych podejściach dosłownie wsadziliśmy taśmę odwrotnie i nagrywaliśmy jak grał od tyłu, podczas gdy słuchaliśmy taśmy od tyłu, żeby uzyskać w ten sposób tajemnicze brzmienia. Zrobiliśmy to samo w akustycznym intro do „Battery”. Nagrali też nieco elektrycznych gitar, które pojawiają się i znikają w tle.
„Escape” o jeden z prostszych, bardziej komercyjnych kawałków na albumie, ale zespół nigdy nie zagrał go na żywo przez 28 lat, aż do festiwalu Orion. Czy to miał być singiel?
Flemming: Pamiętam, jak o tym rozmawiali, bo w tej małej, niezależnej wytwórni, tak więc był to ich sposób na zadowolenie dużej wytwórni, aby mogli podpisać kontrakt. Na szczęście odeszli od tego całego robienia dobrze dużym wytwórniom.
Kirk: Gdy graliśmy „Escape” na Orion Fest, kolektywnie zgodziliśmy się co do tego, dlaczego nigdy wcześniej tego nie graliśmy: to nie jest po prostu dobry kawałek do gry na żywo. Jest w tonacji A, jak „The Call of Ktulu” i „Metal Militia”, a tonacja A nie sprawdza się u nas z takiego czy innego powodu. Granie tego kawałka było bardziej ciekawostką, niż czymkolwiek innym, ale podobało nam się bardzo granie całej reszty.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=rUyzqq4wbJk
Czy jakiekolwiek wytwórnie nagabywały Metallicę, kiedy była w studio?
Flemming: Dochodzili wtedy do porozumienia z Bronze Records, ale tamci chcieli, aby zespół nagrał wszystko od nowa z synem właściciela w roli producenta. Stwierdzili, że „jest dobrze, ale mogłoby być lepiej”, a wszyscy spojrzeli na nich i odparli: „Że co?”. Tak więc wytwórnia to spaliła. Bronze potem zwinęli interes.
Ride The Lightning ukazało się 27 lipca 1984r. nakładem Megaforce Records, a po tym jak zespół podpisał kontrakt z dużą wytwórnią, Elektrą, wydano go ponownie w 19 listopada tego samego roku. Co myśleliście o reakcjach na bardziej melodyjne utwory na albumie?
Lars: Była taka dziwna reakcja na „Fade To Black” i na panujące na albumie zróżnicowanie. Zaskoczyło nas to chyba trochę. Ludzie zaczęli mówić, że się sprzedaliśmy i tego typu rzeczy. Niektórych doprowadzało do pasji, że jest tam utwór z akustycznymi gitarami. To było dość zabawne, bo każda świetna płyta Black Sabbath, Deep Purple, Iron Maiden, Judas Priest, czy Mercyful Fate miała to też w swoim arsenale. Fakt, że podążaliśmy tą ścieżką z pewnością nie mógł kogokolwiek zaskoczyć.
30 lat później, jak się album trzyma waszym zdaniem?
Lars: Oczywiście trzyma się nieźle. Jest w nim taka młodzieńcza energia, która przepływa przez całą płytę [śmiech] Spora część tych kawałków to w dalszym ciągu główne punkty naszych setów na żywo. A średnia ilość odgrywania „For Whom The Bell Tolls”, „Creeping Death”, „Fade To Black” i „Ride The Lightning” jest całkiem niezła.
Kirk: Jak dla mnie granie jej w całości na Orionie było świetne. Ten album trzyma się naprawdę dobrze. Kocham brzmienie tej płyty. Jest bardzo analogowe. Myślę, że to nasz najcieplej brzmiący album. W czasie, kiedy nagrywaliśmy Masterof Puppets, dni zwyczajnego naparzania były znacznie rzadsze od tych z czasów Ride The Lightning. Zwyczajne naparzanie zawsze prowadziło jak dla mnie do bardziej naturalniej brzmiącego wykonania.
httpv://www.youtube.com/watch?v=174Rp2pk624



