Kirk Hammett również zasiadł przed kamerą w Guitar Center i choć nie zagrał nowych riffów jak James Hetfield, to miał nieco do powiedzenia o znanych nam już doskonale chwytach. M.in. uwielbia wiadomo-jaki-motyw z „My Apocalypse”, zaś legendarny riff z „Creeping Death” (do którego wszyscy skandują „DIE!”) napisał w wieku 16 lat. Oczywiście nie zabrakło również opowiadań o swojej przeszłości, spełnieniu się licealnych marzeń i miłości do gitar (zwłaszcza ESP). Całe wideo z jego udziałem poniżej, pełne tłumaczenie zaś w wewnątrz newsa.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=0mV64Ox_7ek
To jest riff [Kirk gra riff z 'My Apocalypse’], który mam nadzieję grać na każdym naszym występie. Kiedy wykonujemy ten kawałek i wchodzi ten riff, jestem jedyną osobą, która go gra – wszyscy na mnie patrzą, więc musi być zagrany bezbłędnie i w odpowiednim tempie. Jeśli nie będę go ćwiczył cały czas, obawiam się, że mogę to sknocić. Osobiście, nie motywowały mnie rzeczy typu sława, kariera czy pieniądze, które często napędzają innych ludzi. Ja po prostu chciałem dobrze grać na gitarze. Pamiętam, kiedy to wróciłem do domu po obejrzeniu filmu o Jimmym Hendrixie i specjalnie odkopałem swoją gitarę, która leżała długi czas w szafie i nie była przeze mnie ruszana. Kupiłem ją, pobawiłem się nią trochę i wrzuciłem do szafy. Nie przejmowałem się nią zbytnio do momentu, kiedy zobaczyłem ten film. Od razu poleciałem do szafy, wygrzebałem ją i popatrzyłem na nią mówiąc do siebie „No dobra, teraz nauczę się na tobie grać”. W tamtym, dosyć trudnym okresie w moim życiu, nie było więcej rzeczy, które mogły mnie zmotywować, by po prostu usiąść i zająć się jedną rzeczą. To była dla mnie zadziwiająca chwila, od tego momentu chciałem poświęcać swój czas wyłącznie na granie na tym instrumencie. Chciałem nauczyć się grać jak najlepiej. Niewiele osób wie, że napisałem ten riff gdy miałem 16 lat [Kirk gra riff z 'Creeping Death’]. Ten bardzo prosty, złowieszczo brzmiący riff towarzyszy nam aż do dzisiaj i ma specjalne miejsce w moim sercu.
Po raz pierwszy zacząłem używać gitar ESP w 1987 roku. Odkryłem tą firmę dzięki mojemu przyjacielowi, który w tamtych latach był przez nich wspierany. Powiedział mi, że ESP jest zainteresowane współpracą ze mną i mogliby stworzyć dla mnie gitarę, jaką bym tylko sobie wymarzył. Byłem z tego powodu bardzo zadowolony. Poszedłem więc do fabryki ESP w Nowym Jorku i powiedziałem im „Ok, połączcie ten gryf z tym korpusem, użyjcie tej i tej konfiguracji przetworników, pofarbujcie ją na czarno i dodajcie inkrustację w postaci czaszki”. Już po 8 miesiącach miałem taką gitarę w swoich rękach.
Ta gitara? „White Zombie” to film z lat 30., wyszedł w tym samym czasie co „Mumia”, czyli około 1932 roku. To naprawdę świetny film. Bela Lugosi? Jego postać w tym filmie nosiła imię ‘Murder’ Legendre – bardzo, bardzo fajnie. Miałem plakat tego filmu i bardzo mi się podobał, więc oczywiście musiałem go przełożyć na malowanie gitary. Gitara ta została stworzona przez Guitar Center i uwielbiam ją w każdym calu – jej aspekty techniczne, inkrustacje na niej… Wydaje się, że Guitar Center towarzyszyło mi przez całą moją karierę, często tam bywałem. Ta gitara spełnia wszystkie moje wymagania jakich oczekuję od takiego instrumentu. Wspaniale brzmi, wspaniale wygląda i wspaniale się na niej gra.
Jeff Beck, Jimmy Page, Ron Wood, Joe Perry – to są goście, od których próbowałem się jak najwięcej nauczyć, gdy miałem 15-16 lat. Pamiętam jak zamykając się w pokoju, nieustannie próbowałem rozgryźć, jak się gra kawałki Led Zeppelin i Jeffa Becka. Gdzież bym wtedy śmiał pomyśleć, że już za kilka lat będę członkiem zespołu, który zostanie wprowadzony do Rock N Roll Hall of Fame… A gdy to już się wydarzyło popatrzyłem z zadziwieniem w przeszłość na tego młodzieńca, który jeszcze jakby się mogło wydawać,nie tak dawno próbował uczyć się grać utworów swoich największych idoli. Był jeszcze jeden moment, kiedy zdziwiony pomyślałem sobie „Cholera jasna! Spełniły się moje największe marzenia z czasów gdy byłem licealistą” – było tak kiedy poszedłem zobaczyć na żywo Rush. Po koncercie, spędziłem trochę czasu z Alexem Lifesonem na piciu wina oraz rozmowach na różne ‘gitarowe’ tematy. Zdałem sobie wtedy sprawę, że moje marzenia naprawdę się spełniły – siedzę sobie za kulisami z Alexem Lifesonem i popijam razem z nim wino. Czy może być jeszcze lepiej?
Wiecie, po czym można poznać, że ktoś naprawdę kocha grać na danym instrumencie i tworzyć własną muzykę? Dla mnie jest to ewidentne w przypadkach, gdy ktoś chce to nieustannie kontynuować, umie odnaleźć tę pasję i trzymać się jej do końca.
Uwielbiam być w tej „strefie”, być przenoszonym przez muzykę w inne miejsca – być owiniętym w czystą ekspresję twórczą. Wiem, że każdy nazywa to inaczej. Czuję, że przebywanie w tej „strefie” jest dla mnie niesamowicie korzystne, czuję się przez nią odmłodzony i inspiruje mnie jeszcze bardziej do dalszego działania. Często zdarza się, że jestem w beznadziejnym nastroju – wtedy chwytam za swoją gitarę i zaczynam na niej grać. Momentalnie zostaję przeniesiony do innego świata – do innego, lepszego miejsca. Z tego właśnie powodu kocham ten instrument. Jest to jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza rzecz, która przytrafiła się w moim życiu.
