Jak zapewne wiecie, w nowym numerze „Magazynu Gitarzysta” znaleźć można między innymi Jamesa Hetfielda, który patrzy na nas z okładki! A w środku wywiad z Jamesem, którego fragmenty publikujemy również u nas. Pełna wersja magazynu do kupienia w kioskach, lub przejrzenia w wersji elektronicznej.

Fragment wywiadu udostępniamy w treści newsa.
Ponad 30 lat na scenie metalowej to kawał czasu. Zakładam, że dzisiaj w wieku 50 lat patrzysz na nią i na Metallikę inaczej niż chociażby w latach 80. To jest chyba jasne dla wszystkich. W czasach „Kill’em All” mieliśmy nastawienie zupełnie jak w nazwie albumu (śmiech).
Zamierzaliśmy podbić świat robiąc przy okazji nieco zamieszania i chaosu. Dzisiaj wszystko wygląda inaczej. Jadąc na trasę myślę o fanach Metalliki jak o drugiej rodzinie, do której warto przyjechać, by dać im trochę uśmiechu.
Czy to co mówisz, to jest tylko kwestia wieku, czy także osobowości albo w ogóle image? Mam na myśli to, że mówisz o uśmiechu, lecz na scenie jesteście przecież nadal „pewnego rodzaju potworami” (nawiązanie do „Some Kind Of Monster” – przyp. red.).
(śmiech)
Myślę, że to jak zachowuję się na scenie to bardziej to, jakim chciałbym być: twardzielem, którego nic nie rusza. Prawda jest taka, że to muzyka, którą gramy, wyciąga nas do góry. To nasz bodziec do działania, a także dla wielu słuchaczy. Chyba każdy jednak ma dwie strony. Moja prywatna jest bardzo spokojna, stonowana. Mimo, że to ja zawsze rzucałem dziewczyny, robiłem to, bo za pierwszym razem to ja zostałem zraniony. Czy to mnie czyni potworem? Chyba tylko „pewnego rodzaju”.
Mam nadzieję, że Twoja spokojna strona nie przeważy w najbliższym czasie i nie odłożysz gitary i mikrofonu na bok, by rozkoszować się muzyczną emeryturą.
Myślę, że mi to nie grozi. Oczywiście każdemu z nas zdarzają się dni, w których ma się wszystkiego trochę dość. No ale jeśli Johnny Cash mógł nagrywać do końca swoich dni, to i my możemy (śmiech). Na poważnie jednak, wiadomo, że w metalu sprawność fizyczna ma większe znaczenie, więc po prostu zobaczymy jak długo będziemy mogli to wszystko robić. Na razie jednodniowe przerwy leczą nasze wszystkie problemy.
Wspomniałeś o Johnny Cashu – to przypadek czy lubisz jego twórczość?
Wróciłem do jego muzyki podczas nagrywania „Death Magnetic”. Wpływ na to miał Rick Rubin, który także produkował jego ostatnie krążki. Oglądałem także wywiad, w którym Johnny mówił o tym jak przeżył coś na kształt śmierci klinicznej i wrócił do żywych. To wydarzenie zmieniło go całkowicie, w pewnym sensie spowodowało, że narodził się na nowo. Tym razem śmierć, którą na ostatnim albumie przed stawiliśmy jako dwubiegunowy magnes, szczęśliwie odepchnęła go i dała drugie życie. To była bardzo poruszająca i inspirująca dla mnie historia, zwłaszcza jako osoby, w której rodzinie zawsze unikało się tematów ostatecznych jak ognia.

Od premiery „Death Magnetic” minęło już pięć lat. W międzyczasie nie tylko promowaliście płytę, pojechaliście na trasę w trakcie której graliście w całości kultowy „czarny album”, ale też nakręciliście film 3D, nie wspominając już o kolaboracji z Lou Reedem…
Chyba z biegiem lat zdajemy sobie sprawę z tego, że nie mamy więcej a mniej czasu i chcemy zrobić jak najwięcej kreatywnych rzeczy. Zwłaszcza, że teraz mamy takie możliwości. Jest mało prawdopodobne, że ktoś nam powie, że czegoś nie możemy. Chyba największym z waszych ostatnich projektów jest film 3D „Metallica Through The Never” – jesteśmy chwilę przed premierą tego dzieła, które po tym, co już udostępniliście, wygląda potężnie.
I taki też jest cały film. Nie bez powodu promowaliśmy go m.in. na Comic-Conie. Możesz odnieść wrażenie, że główny bohater filmu jest nieomalże superbohaterem. Produkcja jest masywna, momentami pewnie nawet przytłaczająca swoim ogromem i ciężarem, a jednocześnie trochę przerysowana. Ale taki jest heavy metal. Chciałbym by fani przeżyli ten obraz razem z nami i dobrze się bawili, bo ciężko napracowaliśmy się przy nagraniach. Same koncerty to jedno, ale wyobraź sobie te wszystkie dogrywki, które musieliśmy później robić. Kiedy kręcisz teledysk, jest tego dużo, a co dopiero kiedy kwestia dotyczy filmu wymieszanego z koncertem.
Ten pomysł nie jest nowy, prawda?
Tak, IMAX przyszedł do nas z nimi jakieś 10 lat temu, ale jak wiesz, to był trudny okres dla nas. W ogóle nie był to odpowiedni moment na taki ruch, mimo że propozycja bardzo nam schlebiała. Pomysł ewoluował i chcieliśmy by w filmie znalazły się wszystkie charakterystyczne elementy dla naszej twórczości na przestrzeni ostatnich 30 lat – z okładek, tras itd. Myślę, że to się udało osiągnąć. Z naszej strony idea była taka, że osoba, która nigdy nie była na koncercie Metalliki, ma poczuć ciarki na plecach.