Tallinn (stolica Estonii) to kolejne miasto w mojej tegorocznej mini-podróży z Metalliką. Koncert miał miejsce 18 kwietnia 2010 czyli zaledwie dzień po gigu w Rydze (17 kwietnia). Jak już pisałem w poprzedniej relacji – miało mnie tam nie być, ale dzięki moim kompanom – Kukiemu i Yankesowi – znalazłem się w Estonii szybciej, niż myślałem.
Od razu na początku warto wspomnieć, że 18 kwietnia 2010 to dosyć ważna data w historii naszego serwisu, gdyż emisariusz deathmagnetic.pl – Yankes – spotykając się w Tallinnie na Meet&Greet z Larsem, wręczył mu petycję dotyczącą zagrania ciekawych kawałków na Sonisphere w Warszawie. Cała akcja była organizowana przez nas i tym fajniej teraz o tym wszystkim pisać!
Gig w Tallinie został zorganizowany tylko przez to, że bilety na koncert w Rydze nie sprzedawały się najlepiej i drugi koncert został przeniesiony do Estonii. Po koncercie w Arena Riga i zaledwie 4 godzinach snu udaliśmy się na przystanek autobusowy, aby po szybkim, bo zaledwie jednodniowym pobycie w stolicy Łotwy, udać się na północ – czyli do Estonii. Z tego co pamiętam, byliśmy bardzo zadowoleni gdy okazało się, że kilkugodzinną podróż spędzimy w prawdziwej rakiecie z Internetem bezprzewodowym na pokładzie. Tuż po wejściu do autobusu (było około 7 rano) cała nasza trójka próbowała zasnąć i trochę odpocząć, co się chyba wszystkim przynajmniej trochę udało. W Tallinnie wylądowaliśmy około południa i nie znając ani trochę języka ani miejsca, w którym odbywa się koncert Metalliki postanowiliśmy od razu zorientować się, jak w ogóle wrócić „do domu” – w przypadku chłopaków była to podróż do Warszawy, a ja planowałem wrócić jeszcze do Rygi. Udało nam się kupić bilety na dzień kolejny – co zrobić jednak z całą nocą tuż po koncercie? O tym później…
Pierwszym miejscem gdzie udało się trzech wygłodniałych facetów była oczywiście pobliska pizzeria, gdzie wykładając sporo kasy kupiliśmy sobie po olbrzymiej pizzy. Jak się okazało, zamiast 3 pizz zjedliśmy może półtorej, a całą resztę woziliśmy przez resztę dnia w pudle, by na samym końcu zostawić wszystko po prostu przed halą! Próbowaliśmy też sprawdzić, jak do jechać do Saku Suurhall (hali, w której miał się odbyć koncert) ale nawet przy użyciu Google Maps w telefonie nie było to proste, także naturalnym wyborem była taksówka. Podróż z panem pochodzącym z Rosji i mówiącym po angielsku tyle co pierwszoklasista w polskiej szkole była całkiem przyjemna, a już na pewno wesoła – facet próbował gadać o wszystkim, ale zasób jego słownictwa pozostawiał sporo do życzenia. Hala w której miał się odbyć występ znajduje się raczej na uboczu – z dworca autobusowego dotarcie tam zajęło nam trochę czasu… Salu Suurhall (Saku to producent estońskiego piwa) jest z zewnątrz całkiem spora, ale to raczej pozory. Jest to typowy obiekt mieszczący kilka tysięcy osób – z zewnątrz przypomina wielki walec z logo Saku.
Obok hali niespodzianka – w całkiem niezłym (jeszcze) stanie stoi sobie Opel Kadett, którego zupełnie za darmo można potraktować siekierą, oczywiście po włożeniu specjalnych okularów ochronnych oraz kasku. Mało tego! Każdy uczestnik otrzymywał białą hustkę z logo ROCK, zapewne jakiegoś sponsora – całkiem fajny pomysł. Powiem tylko że byliśmy na tyle wcześnie, że samochód wyglądał super, ale pod koniec dnia gdy koncert zbliżał się już wielkimi krokami – Kadett był już totalnie zmasakrowany. Najsss!
Po lewej stronie hali, ale prawie na jej tyłach stał sobie czarny autobus – jak się okazało wóz Gojiry, w którym zespół siedział cały czas (widać go w oddali na zdjęciu wyżej). Byliśmy obok kilka razy ale żaden z muzyków się do nas nie pofatygował – jednak różni ludzie opowiadali sobie o spotkaniach z Gojirą obok hali i kostkach gitarowych od nich. W ogóle – ciekawa sprawa jeśli chodzi o dostępność miejsc – nazwijmy to „strzeżonych”. Hala w Tallinnie jest dostępna z każdej strony, zarówno z przodu, jak i z tyłu. Na tyłach, które dokładnie zwiedziliśmy, stały czarne ciężarówki Transam Trucking, z których jakby dopiero co wyładowano cały sprzęt Metalliki. Zresztą zerknijcie na zdjęcia – pudła z logo zespołu, skrzynie, widzieliśmy nawet czarne piłki, które pewnie jeszcze w dzień podwieszano pod sufitem!
Jakby tego było mało, podczas jednej z moich samotnych wycieczek dookoła hali natknąłem się na coś, co mnie bardzo zdziwiło. Otóż przed jednym z wejść leżały instrumenty Fear Factory (!), ich wzmacniacze i cały sprzęt, popakowany tylko w skrzynie, na których na naklejkach były zapisane nazwiska właścicieli (np. Byron Stroud, Dino Cazares) itp.! Niesamowite. Prawdę mówiąc jakby ktoś chciał, to pewnie mógłby sobie na tych gitarach trochę pograć, gdyż leniwie przechadzająca się dokoła ochrona raczej nie pilnowała tego miejsca i można było robić totalnie wszystko.

Z upływem czasu atmosfera gęstniała i robiło się coraz goręcej – niestety, tylko w przenośni. Wizytę w Tallinnie zapamiętam jako niezbyt przyjemną, a to z powodu przenikliwego zimna i silnego wiatru (może dlatego, że miasto leży nad morzem?). Około godziny 15:00 Yankes zaczął wyglądać innych MetClubbersów, którzy dostali się na Meet&Greet, niestety na próżno. Zero informacji na temat miejsca i godziny zbiórki, nic – Yankes opisał zresztą całe Meet&Greet na łamach naszego serwisu – jeśli ktoś nie czytał jego relacji – koniecznie musi to nadrobić! Wreszcie pojawił się tajemniczy jegomość (jak się okazało lokalny – chociaż widziałem na zdjęciach z PreParty z Rygi), który zebrał wszystkich i zaprosił całkiem małą grupkę ze sobą. Ciekawymi „okazami” na Meet&Greet był koleś w żarówiasto-pomarańczowej koszuli imitującej strój z więzienia (coś a’la teledysk do St. Anger) oraz pan w wieku około 50 lat, który kompletnie nie wyglądał na fana… prawdopodobnie wygrał M&G w jakimś konkursie i postanowił odebrać swoją nagrodę.
Przed halą ludzie zbierali się bardzo powoli. Około 17 pod Saku Suurhall koczowało tylko kilkadziesiąt osób, które w przerwie pomiędzy rozwalaniem Opla Kadetta a spacerami, siedziały pod drzwiami chroniąc się przez zimnem i czekając na ich otwarcie. Warto wspomnieć, że w Tallinie spotkaliśmy całkiem pokaźną grupę Polaków, których w tym miejscu bardzo serdecznie pozdrawiam!! Mam tu na myśli przede wszystkim Evillady, Meniosa z żoną i siostrzeńcem (?), oraz całą poznańską ekipę! Poznań był zresztą dla nas bardzo pomocny – jako że Yankes jest z Poznania, to dzięki temu koledzy przetrzymali w aucie nasz bagaż w postaci plecaków, a po koncercie poczęstowali zimnym browarem. Thanx guys!
Po tym jak Yankes zniknął w ciemnym korytarzu wraz z resztą MetClubbersów i udał się wraz z naszą petycją i kisielem w majtach (hehe) na spotkanie z Metalliką, ja i Kuki wbiliśmy się do środka, gdyż właśnie otwierano drzwi. Ludzi mało, nie było problemu. Aby stać przy barierkach wystarczyło przyjść właściwie o dowolnej porze – o czym przekonał się później sam Yankes, wracający podczas koncertu Gojiry z M&G (!). Czy można to porównać z polskimi koncertami? Po raz kolejny – oczywiście, że nie! Pytanie jakie samo ciśnie się na usta – co jest w nas takiego, że często zachowujemy się jak bydło?
Na temat występów suportów chyba nie ma się co rozpisywać – przyznam szczerze, że zarówno Gojira jak i Fear Factory nie różnią się zbytnio występując z dnia na dzień – a mieliśmy okazję tak właśnie ich oglądać. Po opisaniu ich koncertów przy okazji wycieczki do Oslo kilka dni wcześniej, nie będę się teraz zbytnio wgłębiał ani w jeden, ani drugi występ. Ogólnie podtrzymuję to, co pisałem już w poprzednich relacjach – według mnie jako suport dla Metalliki, Fear Factory radzi sobie lepiej niż Gojira, chociaż muzycznie oba zespoły dają radę na płytach (oraz zapewne na koncertach, na których występują w roli headlinera).
Gojira
Fear Factory
Po suportach oczywiście przerwa w oczekiwaniu na występ czwórki z SF. Standardowa procedura – ustawianie mikrofonów, ręczniki, krótkie strojenie, obsługujący światła pod sufitem wspinają się po drabinkach do góry… Wspólnie z Kukim liczyliśmy szczerze mówiąc na niestandardowy set – Kuki był razem ze mną w Rydze dzień wcześniej i także zapewne nie chciał słyszeć więcej Sad But True – więc oboje po prostu chcieliśmy usłyszeć Cyanide jako track numer 2. Czy nam się udało? Niestety nie, ponieważ Metallica także w Tallinnie zagrała set z serii „The Best Of” racząc estońskich fanów wszystkimi szlagierami. Ale po kolei.
Po kilkudziesięciu minutach rozpoczął się koncert – na początek „Heavy Metal Thunder” Saxona i już wszystko jasne. Ciśnienie rośnie, serce bije szybciej, gasną światła i słyszymy pierwsze takty The Ecstasy of Gold – zapewne pisałem o tym już sto razy, ale usłyszenie Ecstasy na żywo za każdym razem powoduje gęsią skórkę na ciele każdego fana i Ci, którzy kiedykolwiek widzieli Metallikę live zapewne wiedzą, co mam na myśli. Wiadomo było, że po wbiegnięciu na scenę jeźdźcy rozpoczną od That Was Just Your Life i nie myliliśmy się – w Saku Suurhall niemalże od razu rozległo się bicie serca znane wszystkim z początku Death Magnetic. Po kliku minutach koncertowego walca znacząco spojrzeliśmy na siebie wraz z Kukim – czy usłyszymy dziś na przykład The Unforgiven III – to pytanie było aktualne od samego początku, a odpowiedź w dużej mierze zależała od kawałka, który miał za chwilę nadejść. Cyanide? Nie! The End Of The Line… buu.
Oczywiście to, że Metallica zaczęła standardowo jakoś nas nie zniechęciło, gdyż każdy w ekipie, jaką oprócz Kukiego tworzyłem z Yankesem, Evillady i Meniosem z rodzinką chciała zapewne usłyszeć jakieś perełki. Wyprzedzając nieco fakty wklejam cały set, aby mieć pojęcie, co działo się na scenie w ciągu kolejnych dwóch godzin:
That Was Just Your Life
The End Of The Line
Harvester Of Sorrow
Ride The Lightning
Fade To Black
Broken, Beat And Scarred
Cyanide
Sad But True
The Unforgiven
All Nightmare Long
One
Master Of Puppets
Blackened
Nothing Else Matters
Enter Sandman
– – – – – – – –
Last Caress
Whiplash
Seek and Destroy
Całkiem miło było usłyszeć Ride The Lightning, gdyż w tym roku nie było mi to jeszcze dane (Metallica grała ten kawałek w 2010, ale tylko podczas trasy po Ameryce Południowej). Pamiętam, że chyba Kuki (?) powiedział mi, że „przyciągam Blackened” – i to chyba prawda, bo niemalże zawsze, gdy jestem na koncercie Metalliki, oni grają właśnie ten kawałek – oczywiście tradycji musiało stać się zadość także w Tallinnie! Po raczej standardowym secie przyszła pora na bisy które – w mojej opinii – wypadły super i bardzo się cieszę że mogłem tego wieczora usłyszeć właśnie Last Caress i przede wszystkim – Whiplash!
Po zakończeniu koncertu standardowa procedura, czyli rozrzucanie kostek, pożegnanie z fanami. Halę opuściliśmy na spokojnie, żegnając przy okazji naszą ekipę z wnętrza hali. Na zewnątrz za to czekaliśmy już na spotkanie z częścią „poznańską” która miała w samochodzie nasze graty. Jak się okazało, Poznań wyszedł z hali z całkiem pokaźnym zbiorem fantów, takich jak przede wszystkim papierowa set lista (!) oraz piłka.
W tym miejscu BARDZO chciałbym pozdrowić wszystkich, z którymi widzieliśmy się na koncercie! Evillady, Menios z ekipą – wielkie dzięki za wspólną zabawę. Ludzie z Poznania – dzięki za pomoc i przede wszystkim za zimny browar, który mieliście w samochodzie po koncercie. Myślę, że to uratowało nam życie! 🙂 Wraz z Yankesem i Kukim po gigu udaliśmy się na krótki spacer do McDonalds (czynny był McDrive, ale to nie przeszkodziło nam w zakupie „free Big Maców hehe”) – free to oczywiście three, ale mieliśmy z tego niezłą polewkę. Ot, taka pokoncertowa głupawka.
Koniec dnia (chociaż nie wiem, czy godzina 1:30 w nocy łapie się jeszcze w to określenie) to kolejna ciekawostka i fajne przeżycie. Otóż od samego początku nie mieliśmy zaplanowanego noclegu z prawdziwego zdarzenia, choćby w jakimś hostelu. Nasz plan opierał się o pomysł Kukiego, który zakładał nocleg u dziewczyny poznanej na Facebooku i Last.fm i nigdy przez niego nie spotkanej osobiście. Wywoływało to nasze obawy czy nie będziemy przypadkiem spędzać tej nocy pod gołym niebem, jednak Kuki był nieugięty i faktycznie okazało się, że „koleżanka” o pięknym imieniu Stella przekimała nas, częstując przedtem fajką wodną, kielichem estońskiej wódki oraz umożliwiając skorzystanie z prysznica. Bosko! Tym bardziej że koleżanka, mieszkająca zresztą ze współlokatorką, była niczego sobie hehe.
Po krótkiej nocy znowu podróż – tym razem z powrotem na Łotwę. Kuki i Yankes wracali już do Polski, aby z Warszawy udać się odpowiednio do Gliwic i Poznania, ja natomiast zostałem na 2 dni w Rydze, gdyż taki był mój pierwotny plan urlopowy – zmącony przez wypad na kolejny koncert. Około godziny 15 następnego dnia (był to 19 kwietnia, poniedziałek) byliśmy już w Rydze – panowie przesiedli się do kolejnego autokaru a ja udałem się wolnym krokiem w kierunku hostelu, w którym nocowaliśmy dwa dni wcześniej. Ryga to piękne miasto, które udało mi się całkiem nieźle zwiedzić. Całość była tym lepsza, że w Rydze była także Evillady, z którą udałem się na lokalne piwo Aldaris. Dzięki za to spotkanie i jeśli to czytasz to zapewne pamiętasz, że obiecaliśmy sobie kolejne takie wyjście! 🙂
Yankes, Kuki – wyjazd z Wami na obydwa koncerty to była prawdziwa przyjemność! Dzięki panowie za wspólną przygodę, której nie zapomnę chyba nigdy.
Didymos

















