Redaktor TheVine.com.au, który napisał recenzję pierwszego, zeszłorocznego koncertu Metalliki w Australii był nieźle zaskoczony, gdy Lars zadzwonił do niego osobiście. Ponieważ w swoim sprawozdaniu stwierdził, że „największym skaraniem dla Larsa jest on sam, jak był młodszy” i że momentami wyglądał jak „strzelający miny elf”, sądził że ten dzwoni teraz, żeby osobiście powiedzieć mu, co o nim myśli. Nic bardziej mylnego. Larsowi się podobało i była to jego zdaniem wyjątkowa i dogłębna relacja. Zaproponował mu spędzenie z Metalliką czterech ostatnich dni trasy World Magnetic Tour jako gość specjalny zespołu, co na jego szczęście miało mieć miejsce w jego rodzinnym Melbourne. Oczywiście się zgodził. Efektem tego jest artykuł na 7000 słów o jego licznych, zakulisowych doświadczeniach, którego jednak nie mógł opublikować w sieci. Pojawi się on w najnowszym numerze So What! dostępnym dla MetClubowiczów (i dla Was w swoim czasie). Mógł jednak puścić publicznie to, co ostatecznie nie trafiło do magazynu, czyli wywiad z Larsem na wspomniane w tytule tematy.

To koniec 2,5-rocznej trasy promującej Death Magnetic. Dotarło to już do Ciebie?
Z pewnością dotrze. [Jak już kończymy trasę] Mam tendencję do.. najpierw myślę praktycznie, a potem się rozczulam. Tak więc teraz, mam w kieszeni listę rzeczy do zrobienia dzisiaj. Wiesz, policzyć niewykorzystane wejściówki z działu produkcji. Pamiętać, żeby dać ludziom z załogi ich czeki bonusowe. Pamiętać, żeby podziękować hardcorowym fanom za podróżowanie. Pamiętać wytrzeć nos i co tam tylko jeszcze. Jestem pewien, że w samolocie powrotnym dziś wieczorem, albo w ciągu następnych paru dni… to zawsze staje się nieco bardziej nierzeczywiste. Tzn., że za tydzień wchodzisz do domu i jakby myślisz, „Whoah. Nie wracam tam już przez jakiś czas. Nie wracam już na tą scenę. Następnym razem pójdziemy już zrobić coś na nowy album.”
Tak więc myślę, mówiąc poważnie, patrząc wstecz na te parę ostatnich lat, że było to bardzo pozytywne doświadczenie.
To uczucie musi panować wewnątrz zespołu również z kreatywnego punktu widzenia.
Yeah, mówię o tym, co w zespole, w relacji, z naszą płytą, z tą trasą, występami, tym, jak graliśmy, jak się czujemy – o całości. Ale w sekundzie, w której opuścimy dziś scenę, rozpocznie się kolejny rozdział. Niekoniecznie musi zaistnieć jakaś próżnia, czy uśpienie, lub coś, co jest niebytem. Mógłbyś powiedzieć, że kolejny album i kolejny etap zacznie się, gdy powiemy „Dobranoc” pod koniec setu tego wieczoru.
Czy granie utworów z Death Magnetic pośród wcześniejszych dokonań sprawiło, że postrzegasz tą płytę na inny sposób?
Powiedziałbym, że główną rzeczą, jaką minione dwa lata sprawiły w odniesieniu do Death Magnetic, to że jeszcze bardziej ją doceniam. I to mówi gość, który nie zawsze miał najlepsze mniemanie o [naszych]płytach po ich nagraniu. Powstawało wiele pytań, wiele uniesionych brwi, wiele „Co my sobie myśleliśmy?”. I to zwykle zaczynało się raczej szybko.
Każda płyta zawsze byłą bardzo kompulsywna, dyktowana chwilą, była rzeczą jakby instynktowną. Bardzo pierwotną rzeczą. Ale w następstwie tego, trzy miesiące później albo sześć miesięcy później, zawsze jest tak, że… siadasz i mówisz „Co myśmy kurwa sobie wtedy myśleli?”. Ale z Death Magnetic, które skończyliśmy dwa i pół roku temu, mogę ci definitywnie powiedzieć, że nigdy nie mieliśmy płyty, która byłaby tak doceniana przez członków zespołu – przynajmniej mówiąc za siebie – takiej jak Death Magnetic. Posłuchałem trzech czy czterech kawałków w samochodzie, gdy byłem w domu podczas ostatniej przerwy [w trasie]; to nadal brzmiało niesamowicie. Słuchałem jednego z utworów wcześniej, tylko żeby sprawdzić coś, co musimy dziś zagrać i to nadal brzmi świetnie. Dwa i pół roku później. To mi po prostu rozwala łeb. Więc mogę ci absolutnie powiedzieć, że nie ma takiego albumu Metalliki, który pozostałby w tak pozytywnym świetle jak Death Magnetic pozostało dla mnie. Co jest dobre. To też sprawia, że jestem nieco podejrzliwy wobec tego. Gdy tak siedzimy i myślimy o kolejnej płycie [śmiech].
James powiedział mi, że ma 800 coś nowych riffów w swoim iTunes.
Zobaczymy, jak to wyjdzie. Nie mogę się doczekać powrotu do tworzenia, niecierpliwie czekam, by wrócić i grać. Nie mogę się doczekać powrotu do tej strony [tego]znów. Zaczęliśmy pracę nad Death Magnetic pięć lat temu tego miesiąca. I spędziliśmy wiele czasu i włożyliśmy wiele wysiłku w ten album, i zdecydowanie było warto. Ale biorę za pewnik tego, że będziemy potrafili to przebić – będę miał zamiar udowodnić, że potrafimy to przebić. Mam nadzieję, że potrafimy – ale kawał z niej pierdolonej płyty. Więc zobaczymy, jak to wyjdzie.
To musi być motywujące, bezsprzecznie, że ta płyta była uświęceniem waszej historii. I została tak dobrze przyjęta, stosunkowo.
O tak. Najlepszą rzeczą w tych kawałkach, w sytuacji na żywo, jest to, jak bez wysiłku zestawiają się ze starszym materiałem.
Na pewno są dzieciaki, dla których Death Magnetic jest pierwsze. I będą sięgały wstecz.
Pewnie, wyszło raczej dobrze. Nigdy nie przypuszczałem, że to wyjdzie aż tak dobrze. Myślę, że zawsze istniał – czasami istniał – front elitarnego oporu ze strony niektórych fanów wobec przyjmowania nowych albumów. Bo jeżeli zaakceptujesz nowe płyty w pewien sposób, to jest jakby postrzegane jako obraza wobec starego materiału. Czego nie potrafiłem nigdy do końca pojąć. Ale ta płyta naprawdę została dobrze przyjęta przez fanów, to prawdopodobnie najbardziej otwarcie przyjęty album Metalliki od czasów pierwszych czterech.
Jak ci się podobały ostatnie kilka dni?
Było cudownie. Naprawdę ciekawie było zobaczyć was tak z bliska. To sprawia, że widzę to inaczej, małe rzeczy. Jak, obserwowanie z pierwszej ręki, jak dużo potrafi Kirk; obserwowanie waszego zachowania w tuning roomie. To interesujące dostrzegać obecność Roba, nie sądziłem, że ma on taki autorytet.
Pewnie. Jego prezencja jest nieskazitelna. Nic nie jest udawane, nie ma nic w jego podejściu, co byłoby czymkolwiek poza czymś nieskazitelnym. Jego humor i obecność naprawdę zrobiły wielką różnicę. I naprawdę trudno to powiedzieć, bez imputowania, że Jason to nie było to. Więc nie jest to policzek dla Jasona. To nie komentarz na ten temat, bo Jason wniósł [do zespołu]coś innego, co było cenne.
Ale z Robem, jego bezproblemowość i jego podejście do spraw naprawdę czynią różnicę w ogólnej energii [w zespole]. Dla mnie i Jamesa on jest prawdziwą, stabilizującą siłą. Ja i James mamy bardzo, bardzo dobre stosunki teraz. I ma się poczucie, że jesteśmy w teraz innym miejscu. Lecz to również relacja, która jest najmniej stabilna, ponieważ najszybciej potrafi się wykoleić, tyle mamy za sobą historii. Tak wiele rzeczy może wywołać problemy bardzo szybko. A rob wnosi bardzo uspakajającą, stabilną energię w mój i Jamesa związek, który jest niemal jak huśtawka [równoważna]. [Rob] Jest wspaniałym, równoważnym elementem w tej dynamice. To naprawdę poczyniło widoczną różnicę w naszej wewnątrzzespołowej dynamice ostatnich sześciu do ośmiu lat.
Co kreatywnie musi być ekscytujące. Możesz pozwolić sobie na opuszczenie gardy znacznie częściej, gdy posiadasz ten poziom zrozumienia.
Yeah. On jest świetną mównicą. On po prostu dodaje czegoś, mamy dużo szczęścia, że to wszystko się tak rozegrało. Bo nigdy nie wiadomo. Decyzje są instynktowne, a potem, jak już je podejmiesz.. wiesz, o co mi chodzi? 'OK, weźmy TEGO gościa do zespołu’. A potem siadasz i myślisz, „OK, za pięć lat, jak to będzie działało? Jak to wyjdzie jutro?” Rozumiesz, co mam na myśli?
httpvh://www.youtube.com/watch?v=tj3B_mct5tk
Dopiero co widziałem jak poszedłeś rozmawiać ze wszystkimi fanami z fanklubu. Jeden gość powiedział, że był na 68 koncertach na tej trasie. Czy dostrzegasz w tych ludziach co wieczór, dlaczego jesteście tak ważni dla tak wielu?
Widzę w nich siebie często. Odczuwam z nimi prawdziwe pokrewieństwo, ponieważ też taki byłem. I do pewnego stopnia nadal taki jestem, poza faktem, że jestem w tej kapeli, który sprawia, że trudno jest mi być nimi. Ale nadal bardzo porównuję się do tych kolesi. Podróżowałem, jeździłem za zespołami – nadal w sumie to robię. Polecę zobaczyć U2. Jedyna różnica jest taka, że nie ląduję przy barierkach, ale w sekcji dla VIPów [śmiech], z uprzejmości ich managementu, czy cokolwiek – ale to nadal ja. Więc łączę się z wieloma tymi fanami, a oni inspirują mnie, bym odświeżał setlisty i sprawiał, by się różniły. Sprawiał, by było ciekawie i mieszkał to razem i robił tego typu rzeczy.
Myślę, że w końcu jesteśmy w punkcie, w którym mamy 60, czy 70 utworów, które możemy wyjmować z kapelusza, rzadziej lub częściej, powodowani chwilą. A dobra wiadomość jest taka, że którykolwiek z nich wyciągniemy, dla casualowego gościa, który przychodzi, to będzie coś pomiędzy bardzo dobrym, a świetnym. Lecz dla niezliczonych setek, a może nawet tysięcy, którzy przychodzą na tak wiele występów [na całym świecie], chodzi o sprawianie, żeby za każdym razem było inaczej. Bo grasz teraz dla publiki całego świata. Nie grasz tylko dla tych ludzi w Melbourne. Sprzedajemy powiedzmy dwa tysiące kopii całego występu każdej nocy, dajmy na to ludziom w Korei, Hiszpanii, Norwegii i.. Ciemnej Dupie, rozumiesz, o czym mówię? Więc mamy [błyskawiczną] globalną publiczność w tym sensie.
A są pewnie fani, którzy kupują każdy koncert.
Tak, absolutnie. Ta globalizacja, która przytrafiła się muzyce za pośrednictwem internetu i dostępu do zespołów w internecie jest naprawdę wspaniałą rzeczą. Bo to naprawdę może zabrać cię w sam środek i to jest super. Więc myślę, że zespoły teraz muszą pogodzić się z faktem, że ta idea mistyczności jest już martwa. Już dłużej nie istnieje. Więc próbowanie wkładania w to tajemniczości? To zwykła, pieprzona strata czasu dla wszystkich. Możesz jednak równie dobrze po prostu pójść jak daleko dasz radę w przeciwnym kierunku i dać tyle dostępu, ile jesteś w stanie. To był zawsze jakby duch tego zespołu, prawdopodobnie w dziesięciu ostatnich latach. Wiesz, Some Kind of Monster i wszystkie te rzeczy, które robimy, to zasadniczo „Dobra. Chcecie dostępu? Chcecie być częścią tej jazdy? Dobra.” Wywalcie drzwi na oścież.
To całkiem wyluzowane [śmiech]. To całkiem otwarte itd. I myślę, że to jedyna rzecz, którą ludzie rzeczywiście niedostatecznie doceniają w tym zespole.
Wygląda na to, że fani – zwłaszcza ci goście, z którymi widziałem cię przedtem – pojmują ten dostęp i wgląd.
Jest sporo ludzi, którzy to wiedzą, są w naszej bańce. To, jak ja to widzę, wygląda tak: Metallica operuje wewnątrz swojej bańki. I wszyscy w tej bańce, oni to wiedzą. Ale poza tą bańką jest mnóstwo ludzi, którzy patrzą na Metallikę jak na taki korporacyjny byt, albo to coś walczącego z Napsterem… cała ta spierdolina, wiesz o czym mówię? To nadal tam jest. I to jest OK, że to tam jest. Nie mam siły siedzieć i próbować przekonywać ludzi, że jest inaczej, to mnie już nie obchodzi. Dwadzieścia lat temu mógłbym spędzić sporo czasu mówiąc „Nie, to naprawdę nie jest tak.” Ale ludzie, którzy wiedzą, wiedzą. A ludzie, którzy nie wiedzą.. obchodzi to kurwa kogoś? Nie możesz marnować całej tej energii więcej [na tego typu sprawy], gdy masz trójkę dzieci i całą resztę spraw, z którymi musisz się uporać.
Co prowadzi do wpuszczania ludzi za kulisy. Jest szansa, że gdy nie wydalasz tej energii ukrywając różne rzeczy, to wytworzy się ogółem bardziej pozytywna atmosfera.
Dokładnie. To dużo bardziej wyzwalające. Panowało w tym zespole bojownicze zabarwienie, powiedziałbym prawdopodobnie w latach ’90. Wszystko musiało być bardzo spójne i perfekcyjne. Wszystkie tego typu rzeczy. Zawsze grało nam w głowach: „Nie spierdol. Jak spierdolisz, zawiedziesz całą drużynę” i całe to sranie w banię.
Zabawnie było oglądać was wczoraj w tuning roomie, jak wszyscy słuchaliście w kółko, w jaki sposób kończyliście kawałek gdzieś indziej innego wieczoru. To było „The God That Failed”, prawda?
Cóż, musieliśmy napisać nowe zakończenie, ponieważ zakończenie, które jest na płycie nie jest bardzo dobre. Więc są pewne utwory, które zmieniamy, jak nam się podoba [śmiech]. Mamy takie powiedzenie w tym zespole, że jest w istocie technicznie niemożliwe, byśmy spieprzyli kawałek Metalliki. Zawsze tylko modyfikujemy je lub je ubarwiamy.
Jeśli to kawałek Metalliki…
[śmiech] Dokładnie. Nie możemy zjebać utworu Metalliki. Ale nie zawsze tak było. 15 lat temu to dużo bardziej było jak „Grrrrr!”.
Co teraz musi być dużo bardziej zabawne.
Jest dużo fajniej. Tak długo, jak wszyscy są na pokładzie. Najtrudniejszą rzeczą jest, gdy masz dwóch kolesi, którzy nie są.. rozumiesz? Ale gdy wszyscy są po tej samej stronie, jest super. Co organicznie zdarzyło się w tym zespole to to, że wylądowaliśmy po tej samej stronie… jest świetnie.
httpv://www.youtube.com/watch?v=riIu5kbNtN0