Tym razem Kirk Hammett dla magazynu „So What” ujawnił tajniki pisania solówek na niemal pół roku przed wydaniem „Death Magnetic”, o wpływie teścia Andrzeja na jego kompozycje, o riffach, o których nie każdy wie, że współtworzył i procesie ich doboru w pisaniu utworów, zakłamanym przez internetowych znawców poleganiu wyłącznie na wah-wah, swoistym Archiwum X z wnikliwą dokumentacją z przebiegu pracy zespołu, opowiedział też trochę o swoim hobby – gitarach oraz o tym jak odnalazł swoje miejsce w zespole. Jak zwykle nie brakuje humoru i ciekawostek z życia muzyków. Dowiadujemy się również jak Robert Trujillo odmienił życie Metalliki. Kirk wniknął również w szczegóły mogące interesować wyłącznie gitarzystów. Pytań było mnóstwo. Zapraszamy do środka…

SC: Pozwolę sobie na początek powrócić do tematu albumu St. Anger, jeden jedyny raz. Z perspektywy czasu, jako gitarzyście, jak ciężko było Ci go nagrać i jak odniosło się to do waszego wspólnego grania przez następne kilka lat? To jest album, który bazuje na rytmice, nie ma gitary prowadzącej i solówek, byłeś przygotowany na takie poświęcenie?
KH: Oh, oczywiście. Wiesz jaki jest mój stosunek do tego i tych utworów. Chodzi o kawałki. Jeśli ich nie masz, to nie masz niczego. Jesteś skazany na piekło bycia coverbandem, albo robienie własnych interpretacji utworów innych wykonawców. Zawsze o tym myślałem, od kiedy zacząłem grać na gitarze. Niegranie solówek było czymś w stylu: „Ok, jest mi dobrze z tym, bo jestem tutaj przecież, aby dać czadu. Nagrałem miliony solówek i nic się nie stanie, jeśli na jednym albumie nie znajdzie się żadne solo.” Szczerze mówiąc, tworzenie nowych solówek jest dla mnie tak praco- i czasochłonne, a w dodatku stresujące, że nie sądzę, iż mógłbym pracować w takich warunkach w perspektywie czasu. Teraz, gdy jestem w trakcie tworzenia gitarowych solówek, przypominam sobie jakie to może być trudne. Oczywiście są także metody [by sprawić], że to może być naprawdę proste. Niektóre solówki piszą się same…
SC: Na przykład?
KH: Na przykład na naszym nowym albumie. Mamy solo, które napisało się w godzinę. Ze starszych przykładów może być, hmm… solówka w „Sandmanie” była napisana bez namysłu. To znaczy 90 procent sola po prostu wypłynęło ze mnie w jeden dzień, na jednej próbie. Solówka, której napisanie zabrało mi najwięcej czasu, ale w rezultacie wyszła świetnie, to ta z „Unforgiven”. Zostało to nawet udokumentowane, jeśli oglądałeś „A Year And Half”… Więc, szczerze mówiąc jestem szczęśliwy, że nie miałem dodatkowej pracy na głowie, szczególnie gdy nasz rozkład dnia zaczynał się o 10, lub 11 rano, a kończył o 15, czy 16. Mogło mi to zająć z 3 lub 4 godziny by ochłonąć zanim zaczynaliśmy pracę. Fizycznie? Niefajnie. 4 godziny! 4, albo 5 godzin to dosyć mało. Za to emocjonalnie… pamiętam jak wracałem z naszych sesji i czułem jakby głowa miała mi eksplodować od myślenia „co będzie jeśli”. Na początku w mojej głowie powstała koncepcja [przed „St. Anger”], żeby album był oparty na zespole, na naszej czwórce i żeby wszystko było pisane od serca. Żadnych bzdur. Zero egocentrycznych produkcji wyodrębniających kogoś z nas, wiesz co mam namyśli. Nie chcieliśmy pisać niczego przed przyjściem do studia. Pisaliśmy wspólnie. W końcu wnieśliśmy tą trudną do zrealizowania ideę w nasze utwory, a później musieliśmy ją tylko dopracować. Z jednej, tej lepszej strony początek był najlepszy – było to wejście i napisanie paru riffów. I to było to! Byliśmy w stanie wymyślić bardzo dużo przez nasze zagłębianie się w siebie samych. I to nie było zwykłe tworzenie, ale wiesz… uczucie emocji, podniesienie sprzętu, a następnie wyrzucenie swojego gniewu na instrument. To dlatego tytuł albumu nosi nazwę jaką nosi.
SC: Wewnętrzny wybuch.
KH: To było bardzo wewnętrzne. Pierwotne, wewnętrzne i wciągające.
SC: Nie miałem okazji spytać o to podczas nagrań. Co tamten czas pokazał nt. twojej roli jako gitarzysty prowadzącego Metalliki? Z punktu widzenia dynamiki, którą dzieliłeś z innymi, czy te rzeczy, których się nauczyłeś były tym, czego się spodziewałeś?
KH: Tak. Nagle poczułem się więcej niż tylko członkiem zespołu i więcej niż tylko zwykłym graczem, ponieważ musiałem wprowadzić coś zupełnie innego niż solówki. Kiedy nadszedł czas byśmy napisali teksty, wszedłem w to bez namysłu, bo to było coś, czego oczekiwaliśmy od nas wszystkich. James był otwarty na wszystko, więc zgodziłem się „pewnie, spróbuję napisać tekst”. Byłem trochę pod wrażeniem niektórych kawałków. Może byłem trochę utalentowany w pisaniu słów, wiesz, bo mówiąc szczerze cały tamten czas myślałem, że pracuję nad moją techniką. Nie zapisywałem nigdy słów – pisałem nuty!
Inną rzeczą, którą odkryłem było to, że prawdziwa esencja zespołu pochodzi od Larsa, Jamesa i ode mnie. Wcześniej myślałem, że w większości to wizja Jamesa i Larsa, ale wpasowałem się jakoś w pewien sposób w pewną jednostkę, której nie umiem nazwać. Jeśli miałbym spróbować to określić, to mogłoby pochodzić od czegoś równie prostego jak chemia. Po prostu wspaniale ze sobą współpracujemy we trójkę. Lars i James są własnym doskonałym odzwierciedleniem i zostały o tym nawet napisane książki, ale wreszcie zdałem sobie sprawę z tego i zauważyłem, jak bardzo ten zespół należy do mnie.
SC: Interesujące. Dużo było powiedziane na temat tego, jak przez wiele lat byłeś między tymi dwoma gośćmi pośrednikiem, a czasami tłumaczem. Naprawdę wcześniej czułeś się niepotrzebny?
KH: Niezupełnie. Wiesz, kiedy dołączyłem do zespołu byliśmy zaledwie nastolatkami. Nie gadaliśmy zbytnio… znaczy, wiesz, często imprezowaliśmy. Nigdy nie mieliśmy szansy naprawdę powiedzieć sobie, jak się czujemy. Te całe sesje [z Philem Towlem]naprawdę dały nam szansę na otworzenie się przed każdym z nas. Usłyszeliśmy rzeczy, które dały nam do zrozumienia, iż wszystko co mieliśmy tutaj było niesamowite.
SC: Jaki miało to wpływ na ciebie pod względem stylistycznym jako gitarzystę? Jak i gdzie odnalazłeś swoje pomysły i riffy?
KH: Pisałem dużo muzyki. Dużo z tego w rzeczywistości dokończyłem na nowym albumie.
SC: Naprawdę?
KH: Tak, ale twory były bardziej instrumentalnymi kawałkami z samymi partiami gitarowymi. Chodzi mi o to, że cały utwór mogłeś uprościć do zwyczajnego riffu. Spędziłem również dużo czasu na grywaniu z wieloma osobami…
SC: Z kim?
KH: Z przyjaciółmi. Znajomymi, którzy mieszkają blisko mnie. Innymi gitarzystami w mieście. Wiesz, mój teść jest wspaniałym bluesmanem i piosenkarzem. Jamming z innymi był sposobem na utrzymywanie formy i był to także mój środek do improwizowania. Będąc tak improwizującym muzykiem jak ja, musisz faktycznie grywać, aby radzić sobie w trudnych sytuacjach z improwizacją. Musisz dbać o formę, więc odbyłem mnóstwo spotkań, takich luźnych, bo to znaczna różnica.
SC: Wychodziłeś z domu i grywałeś na żywo, czy to było zwyczajne spędzanie wolnego czasu?
KH: Spędzanie czasu wolnego… w sypialniach i gankach, w piwnicach, w moim własnym studio nagrań. Pomysły, które mogły naprawdę się przydać, odkładałem na bok i oddawałem zespołowi.
SC: Cóż, muszę Cię o coś spytać. Czy kiedykolwiek pomyślałeś o zachowaniu tylko dla siebie wymyślonych riffów?
KH: Owszem. Mam tysiące taśm z przeróżnymi kawałkami. Mam pudełka z kasetami, na których nagrane są wszystkie riffy. Mam też z trzynaście kaset, które dałem reszcie chłopaków.
SC: Jak to działa? Przeprowadź mnie przez ten proces. Wprowadzasz ich w te utwory, czy mówisz: „idźcie sobie i posłuchajcie tego”?
KH: To jest mniej więcej tak: masz taśmy z nagranymi riffami, potem słuchasz ich i jedziesz: „Ten riff jest doskonały! [A] To okropne! Straszne itd.” Okazuje się, że połowa tego jest dobra, a reszta to dno.
SC: Jaki jest riff, o którego się kłóciłeś i wygrałeś spór?
KH: Cóż, ciężko mi powiedzieć, ponieważ sądzę, że wszystko co robimy jest świetne [uśmiecha się szeroko].
SC: Więc jest taki jeden, o którym się wypowiedzieli „Łee, to jest do dupy” i wtedy ty zaprzeczałeś „Nie, nie…”, a oni i tak się nie zgodzili…
KH: Jest jeden riff na „St. Anger” w utworze „Some Kind of Monster”, który grałem cały czas, lecz nie uzyskałem absolutnie żadnej odpowiedzi od chłopaków.
SC: I tak to działa? Ty coś grasz i jeśli nie uzyskasz żadnego znaku, czy odpowiedzi to starasz się ruszać dalej?
KH: Tak, dokładnie. I wszyscy z nas robią to po trochu, bo to nadaje sensu temu co robimy. Jeśli zamierzasz grać coś co wiesz, że jest dobre, czyjaś reakcja będzie pozytywna.
SC: Czyli nie pojawiasz się nagle i mówisz „ej, co wy na to”, tylko zaczynasz grać i jeżeli jest jakaś reakcja…
KH: Nie, robię to i tak. Czasami obaj z Jamesem bierzemy gitary w ręce i zaczynamy grać riff, którego nigdy wcześniej nie graliśmy. Mam na myśli spontaniczny przebieg rzeczy i dzięki Bogu, że tak mamy, bo kiedy tak się dzieje i jesteś w dobrej atmosferze, czujesz się jakby Bóg dawał ci duży, gruby kawał muzyki na srebrnej tacy. Ty to tylko bierzesz i nagle jest twoje. Nagle to jest utwór i nagle dzielisz się nim z całym światem. I to jest właśnie bardzo, ale to bardzo nadzwyczajne. I wiesz, że to wszystko dzieje się podczas pisania kawałka i nagrywania go. Nagle coś przeskakuje i jest jakby wielka impreza w niebie, a z tyłu z tysiąc aniołów jak nie więcej i ta srebrna tacka ze złotym riffem…[Kirk przerywa i chichocze] To zwykła paplanina…

SC: Nie, w porządku. Paplanina o aniołach i riffach. Wiem, że to Ci się podoba. W porządku. Pozwól mi wrócić do tego tematu, że dajesz kasety tym gościom do sprawdzenia pomysłów. Jako osoba, która teraz uświadamia sobie, że należy do zespołu tak samo jak reszta, jak tolerujesz decyzje pozostałych o odrzuceniu riffu? To znaczy, porozmawiajmy trochę o procesie tego nagrania. Czy walczyłeś w narożniku może ciężej niż dotychczas?
KH: Cóż, wiesz, dla mnie jest bardzo oczywiste, co jest najlepsze. Dam chłopakom pięćdziesiąt różnych kawałków i z tych pięćdziesięciu różnych kawałków muzyki będzie może około piętnastu dobrych riffów. Pomyślałbym, że możesz użyć ich do wszystkiego, czy głównego riffu, czy może przerywnika, zwrotki, lub czegokolwiek. Możesz czasem ściągnąć coś, co by odpowiadało naszym potrzebom.
SC: Dlaczego dajesz im pięćdziesiąt pomysłów na riff, skoro tylko piętnaście się sprawdza?
KH: [śmiech] Bo sądzę, że wszystko co gram jest świetne! Okej… jest na to dobry przykład. Spędziłem mnóstwo czasu przy tych super klawiszach myśląc „To wspaniałe! To będzie najfajniejsza rzecz, pierwszy raz Metallica użyje keyboardu” To jest zajebiście złe i świetne. I wspólnie to ogarnęliśmy, a później „Ok, to potrzebuje jeszcze partii gitarowej, więc dogram na gitarze część przed tym”. W końcu rozpracowałem partię w dwie sekundy, zagrałem to i odłożyłem. Półtora roku później Rob słucha tego i mówi „Lubię to!”. Podekscytowałem się strasznie „Naprawdę? Partię klawiszy?”, a on na to „Nie, ten riff na gitarę”. I faktycznie skończyło się na tym, że użyliśmy to jako jeden z głównych riffów na naszym nowym albumie. Bez keyboardu i nie wiem, czy użyjemy go na naszym albumie, ale na pewno kiedyś się jeszcze pojawi.
SC: Ha ha, mógłbyś być Rickiem Wakemanem Metalliki!
KH: Taak, ale śmieszne jest to, że kiedy Rob tego słuchał, to nie słyszał dokładnie klawiszy. To po prostu przeszło przez niego, a on zwrócił uwagę na partię gitarową. Na pewno odgrywało to rolę uzupełniającą i było, wiesz, czymś w rodzaju tła.
SC: Czy uważasz, że odnajdujesz się w krytykowaniu twoich postępów?
KH: Nie ma żadnego krytykowania, ponieważ uważam, że wszystko jest genialne. Wymyśliliśmy kawałków na 15 płyt podczas trasy. Mogłem nad nimi pracować w „tuning roomie” i powiedzieć „Chłopaki, co powiecie na to?” Nie mógłbym podjąć decyzji o żadnym z kawałków. Dlaczego? Bo sądzę, iż dziewięćdziesiąt pięć procent tych riffów jest zajebistych!
SC: Muszę Cię o to spytać, czy tak zawsze było z Tobą?
KH: Hmm, kiedy przychodzi do pisania riffów staję się lepszy w pisaniu muzyki i staję się bardziej płodny w pomysły niż dotychczas. Mogę powiedzieć, że mam tak od czasów „Loada”.
SC: Czyli to zbiega się w czasie z tym jak wróciliście z trasy w ’93 roku. Zdecydowałeś „Pieprzyć to. Muszę zacząć od nowa i wrócić do szkoły, by przebudować siebie jako istotę ludzką”.
KH: Tak, tak. Dokładnie. I zacząłem tworzyć więcej muzyki. Nie wiem dlaczego, po prostu tworzenie riffów, melodii i całej reszty stało się prostsze. Prostsze niż kiedykolwiek było.
SC: Czy rozwiało to twoje wszelkie nadzieje do tego stopnia, że dużo ludzi myśli o tobie jako gitarzyście prowadzącym? Byłeś również zaangażowany w istotne partie rytmiczne i pisanie riffów.
KH: Właśnie tak chcę zostać zapamiętanym. Gitarzysta prowadzący!
SC: OK, ale przyczyniłeś się do wspaniałych, ważnych riffów.
KH: Tak. Sądzę, że my wszyscy przyczyniliśmy się istotnie do tego wszystkiego.
SC: Tak, ale mówimy tutaj o tobie.
KH: Nie próbuję uniknąć pytania.
SC: Nie, to dobrze, ale spójrz, nie przyczyniłeś się np. do głównego fragmentu w „Sandmanie”?
KH: Taa… Przypuszczam, że główny riff, który znasz, to ten za którym zyskałem ogromny rozgłos…
SC: Prawdopodobnie jeden z największych riffów w historii zespołu. To chyba nie jeden z mniejszych, prawda?
KH: [cień zakłopotania] Taak, tak.
SC: Powiedz może o paru innych riffach stworzonych przez Ciebie, o czym może mniej wtajemniczeni fani nie wiedzą. Riffy, przy których byłeś za kulisami, o których ludzie powiedzieli „wow”.
KH: Cóż, zobaczmy… okej, ciężko mi sobie przypomnieć przeszłość, bo wszystko wydaje się jedną wielką plamą. OK. Jedna super rzecz, która była wspaniałym wkładem w nasz zespół we wczesnych latach istnienia. Mowa o ostatniej i harmonicznej części tuż przed solo w „Fade to Black”. Z nowszych przykładów mogę wskazać „Frantica” – ostatni szybki riff. Był to riff, który wniosłem do studia pewnego dnia. Mógłbym także się posłużyć przykładami z naszego nowego albumu. To byłoby frustrujące, ponieważ mówiłbym o kawałkach, których nikt jeszcze nie zna w tym momencie.
SC: Racja, ale mógłbyś powiedzieć ludziom dokąd zmierza Wasze granie. Wiem, że słuchaliście The Sword i tym podobnych rodzajów muzyki. Czy to ma jakiekolwiek znaczenie, jaki będzie nowy album?
KH: Tylko to, że jest solidny, zwarty, ma mocne riffy. Jest dużo zmian tempa i mnóstwo dynamiki…
SC: Nic bluesowego.
KH: Nic bluesowego. Użyliśmy the flatted fifth [z ang. pół oktawy]bardziej niż czegokolwiek.
SC: [muzyczny ignorant]The flatted fifth ?
KH: Znasz piosenkę „Black Sabath” zespołu Black Sabath?
SC: Znam.
KH: Określenie „diabolus In musica” pochodzi z flatted fifth. Diabeł muzyki. Było to uznane za satanizm. Interwał diabła. W każdym razie większość klasycznego heavy metalu jest oparta na takim interwale, który obejmuje trzy całe tony. Jest sporo kawałków na tym albumie, które opierają się na tym interwale. Ten interwał stwarza niezły wygląd albumu. W rzeczywistości nadaje wygląd w wielu typach muzyki, a najbardziej, wierz lub nie, w jazzie.
SC: Teraz to ma sens.
KH: W muzyce jazzowej używają mnóstwo flatted fifth do zbudowania napięcia wewnątrz akordu pod bardzo ładną melodię. W taki sposób ta tradycja jest używana w jazzie, ale w metalu jest na maxa piekielna i jest mnóstwo riffów bazujących na tym. Jest dużo solówek na nagraniu i patrząc na to teraz, moje granie na gitarze jest całkowicie inne niż dawniej. To było moje zadanie przez ostatnie parę lat, aby pomieszać bluesowe uczucia z tymi bardziej współczesnymi, takimi jak bluesowy metal, ale bardziej agresywne, wiesz… to jest trudne do opisania.
SC: Ale tym razem jesteś na innym terytorium.
KH: Tak. Dałem więcej po prostu w hałas, hałas gitary dla własnego dobra.
SC: Hałas dla własnego dobra? Chodzi o zniekształcone dźwięki, distortion?
KH: Nie. Mam po prostu obsesję na punkcie grania na dwudziestym ósmym i dwudziestym dziewiątym progu na mojej gitarze. Tylko wiesz, moja gitara ma 24 progi, więc staram się znaleźć dwudziesty dziewiąty i ósmy próg. Wiem, że on jest gdzieś pomiędzy przetwornikami i muszę tylko znaleźć odpowiednie miejsce. Przyciskam strunę, a następnie ruszam przetwornikami i jest tak, jakbym miał ten dwudziesty dziewiąty próg. Majstrowałem przy tym kilka razy na nowym albumie.
SC: To jest powszechna rzecz, którą robią gitarzyści?
KH: To powszechny trik, który ludzie stosują. Jest to znana sztuczka i nagle zafascynowałem się tym.
SC: Wow. Są jacyś wykonawcy używający tych sztuczek, których ludzie mogą znać?
KH: Cliff robił tak w „Anesthesia (Pulling Teeth)” w ostatnich sekundach. Ale nie nauczyłem się tego od niego. Pamiętam jak to robił i z jakiegoś powodu sam zacząłem tak robić.
SC: Cliff mistrz teorii!
KH: O tak!
SC: Dochodzimy do interesującego punktu wywiadu. Jak to jest pracować i pisać z basistą, który jest strumieniem energii? Czy ma to wpływ na sposób w jaki piszecie i gracie?
KH: Cóż, to zdecydowanie ułatwia cały proces i część muzyki, do której się Robert przyczynił. Rob po prostu jest świetny. Tak jak powiedziałeś, on się rozwija razem z nami i przepływa razem z muzyką i jest bardzo instynktowny. Kiedy dochodzimy do momentu, gdy potrzebujemy napisać jakiś fragment, on również rzuca swoje pomysły, co jest dobre, bo pokazuje, że też się przejmuje zespołem. On ma w sobie ducha zaangażowania…
SC: I się także nie boi.
KH: Tak. Jest dobrym graczem. Jego głównym celem jesteśmy my wszyscy. Nie ma niczego odpychającego w jego osobowości. Jest to naprawdę inspirujące, ponieważ mogę bezpiecznie powiedzieć, że są cechy w naszych osobowościach, wiesz… naszej reszcie, które mają skłonność do odsuwania nas od siebie, troszeczkę w znaczeniu bycia kompatybilnym z czymkolwiek.

SC: Jesteście jak…
KH: [przeszkadza śmiejąc się]Jesteśmy jak trójka starych facetów. Tak właśnie jest. Czasami.
SC: Walther Matthau, Jack Lemmon i Sammy Davis Jr?
KH: [rozbawiony]Właśnie tak, ale wiesz co mam namyśli, jak trzech starych mężczyzn może być w złym humorze. Rob nie jest zrzędliwy. Nie jest zrzędliwym gościem. Nie jest zrzędliwy zupełnie.
SC: To na pewno. Nawet jak nie ma dobrego humoru to nie jest zrzędliwy.
PRZERWA NA HERBATĘ itp.
SC: Oh, tak dla formalności, dyskutowaliśmy o starych walkmanach, które w zasadzie pomogły napisać zespołowi dużo wspaniałej muzyki. [Do Kirka] Może zrobimy zdjęcie, a ty mi je wyślesz swoim iPhonem. Obraz trochę niskiej rozdzielczości dla urządzenia o niskiej rozdzielczości.
KH: Taa. Dostałem to kiedy byliśmy na „Black Album” Tour. To wyszło w Amsterdamie, ponieważ tam była nasza agencja nagraniowa. Dostaliśmy specyficzne urządzenie, które nagrywa w stereo, ma pięć korektorów i głośnik zewnętrzny. Więc nigdy nie potrzebujesz słuchawek. I ja wciąż tego używam dosyć często. Utwory nadal lecą prosto z taśmy i wszystko jest analogowe. Naprawdę dobry kawał sprzętu.
SC: Wspaniale.
KH: Tak… Mógłbym mieć problemy z rozstaniem.
SC: Nie ma potrzeby się rozstawać z tym.
KH: Dokładnie.
SC: Więc, kiedy ustaliliście, że Rob jest teoretycznym rodzajem muzyka?
KH: Tak. On zdecydowanie chwyta teorię muzyki. Robert musi mieć jakiś rodzaj wiedzy o teorii muzyki, ponieważ ma piątą strunę w swoim basie. To jest jak niskie B i kiedy to gra, nie wiem gdzie on jest na nagraniu.
SC: Pomówmy o procesie tworzenia solówek. Widziałem kilka minut, kiedy wkraczasz w tą mentalną strefę i doświadczasz kolejnego poziomu stresu. Interesuje mnie, z jakiego powodu tworzenie solówek jest tak stresujące?
KH: Hmm, Chcesz być po prostu najlepszym jak to możliwe w kawałku. Mam na myśli podstawowy cel. Chcesz, żeby solo było kompletne i płynne i może żeby przenosiło słuchacza do bardziej wzniosłego stanu, lub zabierało dokądś indziej, wiesz, to zasila piosenkę. Można na to spojrzeć w różny sposób, ale ogólnie chodzi o zebranie tych wszystkich rzeczy, które wymieniłem, uchwycenie odpowiedniego nastroju, lub atmosfery dla kawałka i to jest trudne, ponieważ jest bardzo dużo możliwości. Kiedy rzucasz jakiś pomysł to prowadzi do innych pomysłów, które również prowadzą do jeszcze innych pomysłów i nagle przybiera to kształt, i możesz zobaczyć dokąd to zmierza, ale później możesz zrobić krok w tył i poczuć, że jednak nie w tym kierunku, w które powinno. Lub po prostu nie jest wystarczająco dobre. Może jest za dużo nut, lub nie ma wystarczająco melodii, albo jest niespójne…
SC: Masz czasem do czynienia z takimi przypadkami?
KH: Tak. Jest bilion sposobów, ale wiesz, kiedy solo jest zrobione na sto procent, to działa. Wielokrotnie komponuję solówki i brzmią dobrze i są one prawie zawsze komponowane na miejscu. One po prostu wypływają i zabierają może w sumie z osiem godzin. Sola, które nie pojawiają się od tak, mogą zabrać miesiące na ich ukończenie. Dosłownie miesiące.
SC: I tak było tym razem na nagraniach?
KH: O tak… to była rzecz, która zaczęła się dziać od „And Justice For All”, ponieważ mieliśmy pewien luksus, aby przyjść i zmieniać rzeczy. To było tak, że mieliśmy x czasu na zrobienie tego i musiałeś to zrobić, musieliśmy napisać i nagrać album, ponieważ mieliśmy jechać w trasę w tym samym momencie. I nie mieliśmy dużo czasu, więc musiałeś się pojawić z czymś jak najszybciej.
SC: Więc, czy kiedykolwiek posłuchaliście tamtych kawałków i stwierdziliście, żeby nagrać to jeszcze raz?
KH: Cóż, mówię to po każdym albumie, że mogłoby być lepiej.
SC: Tak, ale czy nie jest tak w przypadku wszystkich kreatywnych osób? Zazwyczaj one tak mówią.
KH: Tak… Wiesz, do pewnego stopnia uganiam się za własnym ogonem, ale do pewnego stopnia czuję, jakbym miał zbadać wszystkie inne możliwości zanim podejmę ostateczną decyzję. I ta ostateczna decyzja jest tym, co słyszysz na albumie.
SC: To jest nieokreślone. Chodzi mi o to, że nie możesz nigdy sprawdzić wszystkich możliwości ze względu na czas.
KH: Dokładnie tak.
SC: Czyli w takich okolicznościach potrzebujesz… edytora.
KH: Tę rolę spełnia zazwyczaj producent. Również Lars świetnie mi pomaga redagować.
SC: O mój Boże! Rewelacja! Jestem pewny, że nie miałby nic do za te słowa, ale myśl o Larsie redagującym cokolwiek jest zaskakująca. Aczkolwiek, o ile nie jest jego bieżący tekst [dla So What!]to i tak jest znakomitym edytorem…
KH: Cóż, tak, tak, na pewno. Cały mój problem polega na tym, że trudno jest mi być obiektywnym. To moja jedyna słabość jako muzyka. Obiektywność jest zbyt ciężka, by mogła wyjść ze mnie. Dobrze mi się pracuje z producentem, lub z osobą, która umie pomóc mi siebie poprawiać.
SC: I kiedy Lars występuje w tej roli, jest bardzo dyplomatyczny. Prawdopodobnie potrafi nieźle dotrzeć do Ciebie i powiedzieć, że to jest lepsze od tamtego i nie czujesz się wtedy gównianie, racja?
KH: Tak. Absolutnie. Mamy wspólny język, aby się dogadać, ale w każdym zespole mają własny język, aby się dotrzeć i umieć żyć razem.

SC: Zakładam, że proces tworzenia solówek na nowym albumie był równie ciężki?
KH: Dużo razy chciałem wymyślić jakieś solo i pomyśleć, że jest skończone. Potem grałem je ludziom spoza zespołu i wiesz, obserwowałem ich reakcje i słuchałem opinii. Ale nigdy nie zapomnę jak pomyślałem „Wspaniale, mam już solówki do wszystkiego”. Następnie porzuciłem je na kilka tygodni jadąc w trasę czy coś, a gdy wróciłem stwierdziłem „Boże, to wszystko to kompletna porażka” i wyrzuciłem je. W pewnym momencie zauważyłem, że idzie mi dobrze. Moje kompozycje zaczynały brzmieć naprawdę nieźle. Zagrałem więc to dla znajomego mojej rodziny i powiedział mi „Wiesz co? To brzmi jakbyś siedział tu przez dwa miesiące grając w swojej piwnicy” na co ja odparłem „Pieprz się”. Potem uświadomiłem sobie, że powiedziałem to tylko dlatego, bo wiedziałem, że ma rację. Kiedy posłuchałem tych solówek jeszcze raz okazało się, że są bardzo sterylne. Zostawiłem więc tylko te części solówek, które uważałem za dobre na sto procent i miały czekać na moment, kiedy wymyślę dalszą część. I tak właśnie zrobiłem. W rezultacie to, co zrobiłem było świetne. Mogę powiedzieć, że sześćdziesiąt procent solówek było spontanicznych i w całości improwizowanych. Dla porównania np. w albumie „Ride the Lightning” było może dwadzieścia procent improwizacji, a osiemdziesiąt w pełni skomponowanych. Z bardziej świeższych albumów mogę wskazać „Reload”, gdzie siedemdziesiąt procent było wymyślone, a trzydzieści to improwizacja. Na tym albumie wymyślamy sola puszczając taśmy i osłuchując się z piosenką. Sześć lub pięć godzin zabiera mi samo zapoznanie się z klimatem, ale raz miałem odpowiednią fazę i pomysły same mi wypływały. Aczkolwiek jest kilka utworów, które puszczaliśmy z trzydzieści razy.
SC: Czy wolno spytać, kto był waszym sędzią?
KH: Mój teść Andrew, który jest muzykiem. Facet jest bardzo intuicyjny i jest w stanie dostrzec coś jak posiekane dźwięki, dobrze skomponowane solówki, czy sterylne brzmienie. On to czuje.
SC: Muszę się o to zapytać. Skąd wiesz, czy to co on słyszy nie jest tym, co jest dla niego po prostu dobre? Skąd wiesz, co jest odpowiednie dla ciebie?
KH: Ponieważ on zna naszą muzykę. Jest zaznajomiony z naszą twórczością.
SC: Kiedy zaczynasz i kończysz zabiegać o opinie innych?
KH: Tak. Nie zapytam przecież o zdanie mojej 89- letniej ciotki, ale wiem o co Ci chodzi. Gram tylko dla ludzi, którzy… mają wykształcony punkt widzenia…
SC: Zrozumienie w zespole.
KH: Tak, tak. Wracając do tematu albumu i solówek to jest więcej spontaniczności, ponieważ to całe moje granie jest zupełnie inne. Jest bardziej otwarte i uduchowione. Ja to czuję i wiesz, to nie jest proste w wykonaniu, ale jest w tym pewien urok.
SC: Wspaniale, więc mówiąc, że to nie jest perfekcyjne, miałeś na myśli, że zmierzasz na odpowiednią pozycję i czujesz się tak dobrze, gdy to robisz dokładnie.
KH: Tak. Postawa i uczucia. Wciąż bawię się moim pedałem wah-wah! Ludzie mówią, że polegam tylko na nim, a to wcale nie jest tak do końca…
SC: Jacy ludzie? Kto tak mówi?
KH: Wiesz, jak wchodzisz na pieprzone gitarowe strony, fora itp.
SC: Przerażające. To właśnie przez to Internet jest groźny, bo zawsze znajdą się eksperci, którzy piszą coś, a w rzeczywistości nie mają racji.
KH: Tak. Eksperci którzy ledwo wiedzą jak się pisze, ale nigdy tego nie wiesz do końca, bo to właśnie jest Internet.
SC: Tak, to straszne. Więc mówisz, że masz więcej polotu, a trochę mniej pedantyczności, która szczerze mówiąc pasuje do Ciebie bardziej.
KH: W tym wieku zdecydowanie.
SC: Absolutnie. Jak dużo pracy musiał w to włożyć Rick Rubin?
KH: Cóż, wszystkie nasze spotkania z Rickiem były na temat albumu. Chodzi mi o to, że nie przychodzi do nas naprawdę pogadać o czymś, pogadać o tym, jak tam idzie Robowi nagrywanie partii basowej. To jest coś więcej niż mógłby zrobić Greg Fieldman. Podłoże na którym Rick ufa Gregowi to coś, co mogę nazwać kontrolowaniem i trzymaniem na oku.
SC: Jakie pytania i sugestie usłyszałeś od Ricka, pomógł Ci jakoś?
KH: Powiedziałbym, że nie było to samo odnoszenie się [do bieżącej pracy]. Wiesz, wracanie do przeszłości, branie tych przykładów i zajmowanie się tym? Branie starych przykładów i porównywanie ich do tego, co jest teraz.
SC: Czy miał on jakikolwiek wpływ na ten spontaniczny przepływ rzeczy z twojej strony?
KH: Niezupełnie. To było czymś w rodzaju wyciągania wniosków. Kiedy nadszedł dzień nagrania gitary prowadzącej powiedziałem do Grega „OK, tylko przewiń taśmę” i wiesz, zagrałem, co wymyśliłem i przebrnąłem przez to. Posłuchałem różnych sugestii i właśnie z tego to się wzięło. I wszystko zaczęło się układać. Powinienem wyjaśnić proces tworzenia solówki. Robię z dziesięć, piętnaście, dwadzieścia, czterdzieści, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt, osiemdziesiąt podejść do jednej solówki, a potem wybieram najlepsze fragmenty i tworzę mistrzowskie solo. Główną ideą jest to, aby przycinać fragmenty jak najmniej.
SC: Czyli jest możliwe, że zakończyłeś słuchanie trzydziestu różnych solówek, a potem bierzesz fragment, następny fragment i jeszcze jeden, a potem je łączysz na nagraniu w całość?
KH: Tak.
SC: To zdumiewająca ilość pracy.
KH: Tak. Trochę więcej pracy niż ludzie myślą. Dużo ludzi myśli, że, wiesz, po prostu biorę gitarę, zakładam ją i nagle pojawia się znakomite solo. To zdarza się może raz na jakiś czas. Z dziesięć procent czasu poświęconego na album, albo szczerze mówiąc to nawet dwa procent. Ale teraz już wiadomo, jak to jest…
SC: I wydaje się, że kontrola jakości w tym przypadku zwiększa się w miare parcia na przód.
KH: Racja. Musisz robić wykresy, jak dane solo różni się od innych (z poprzednich albumów lub innych zespołów). Musisz także wypisać wszystkie ustawienia na piecach i jakich pedałów należy użyć, ponieważ jeśli chcesz się odwołać do danego dźwięku należy wiedzieć, jakie składniki zostały użyte. W studio są ludzie, których praca polega właśnie na zapisywaniu takich rzeczy. Siedzą z notesami i rysują małe kółeczka i numerki wkoło nich i stawiają ptaszki.
SC: Więc przez ten czas technicy Grega byli tam i tak robili?
KH: Tak, zajmuje się tym akurat dziewczyna, Sarah.
SC: I ona to robi?
KH: Tak. Ona właśnie to robi. Siedzi tam ze swoim prawniczym notesem i tymi dokumentami.
SC: Tak jak powiedziałeś „prawniczym notesem”, to jakby ona była…
KH: Stenografem. I tak właśnie ją zacząłem nazywać żartobliwie. Ona jest naprawdę bardzo dobra. Zapisze wszystko, każdą wypowiedź, komentarz, np. „Kirk lubi coś, ponieważ ten dźwięk przypomina mu o czymś” itd.
SC: Więc musisz skończyć z wieloma notesami prawniczymi, jak nie z całym ich stosem.
KH: Od początku istnienia zespołu staraliśmy się udokumentować nasze poczynania. Wraz z albumami ta istotność dokumentacji rosła.
SC: Mam nadzieję, że ktoś je bezpiecznie przechowuje.
KH: O tak. Mamy specjalne miejsce na tego typu rzeczy.
SC: To wspaniale. Nigdy wcześniej nie słyszałem o takim archiwum.
KH: Jest tego mnóstwo w magazynie. Jest tam olbrzymie archiwum.
SC: Mam na myśli, że to jest najwidoczniej do tego stopnia fascynujące.
KH: Tak. Nie chciałbym być na miejscu tego, kto miałby przejrzeć to wszystko.
SC: O tak, straszne. Z innej beczki: wydaje mi się, iż niektóre nuty, ustawienia itp. będziecie kończyć na trasie.
KH: O tak, dokładnie. To jest właśnie jedna z głównych przyczyn, dla których to robimy. To dobry sposób, aby odnieść się do rzeczy sprzed paru lat, jeśli to jest potrzebne. Wiesz: „jak nagrałem ten pogłos, to opóźnienie?”. Przejdźmy do nut. Nigdy naprawdę tego nie robiliśmy, ale nigdy nie wiesz, kiedy musisz to zrobić.
SC: Pozwolę sobie spytać Cię dla tych technicznych fanów na zewnątrz. Co pisałeś w większości na nagraniach, czego używałeś, jakich gitar używałeś. Pomyśl o prawdziwych fanach..
KH: OK… Do procesu nagrań używamy naszego sprzętu z tras. Teraz mój sprzęt składa się z pieców Mesa Boogie lub Randall… oczywiście one są z serii Kirk Hammett Series Randall Amps dostępnych w każdych dobrych sklepach muzycznych!

SC: Pamiętajcie, że Kirk zaoferował wam zniżki!
KH: To zdecydowanie nieprawda. Nie bądźcie głupimi dziećmi, on kłamie!
SC: To nieprawda i tak – kłamię, ale wróćmy do tematu…
KH: Do aktualnych nagrań używamy naszego sprzętu z trasy, ale używamy też innych pieców. To piece, których używamy na okrągło. Ich nazwy mogę od razu wymienić: Marshall, Randall, Boogie, Crank, Ampeg, Fender, te są głównymi, najważniejszymi piecami używanymi na nowym albumie. Jeśli chodzi o gitary to używam tych samych, co na poprzednich albumach. Chciałem wydobyć jednolity dźwięk, więc użyłem do tego mojej gitary „mumii”.
SC: Album jest mumią.
KH: Tak. To było naszą główną podporą. Oprócz mumii, użyłem też gitary „Caution”, którą mam od 1987 roku.
SC: Świetnie. Wow. Czyli te dwie.
KH: Tak. I może też mój stary Les Paul i Telecaster.
SC: Ale w większości gitara mumia, tak?
KH: W większości.
SC: Więc jako gitarzysta, czy wciąż jesteś żądnym kolekcjonerem? Czy ten gen umarł?
KH: Biorąc pod uwagę fakt, że odwiedzam witrynę e-bay codziennie w poszukiwaniu cennych gitar, jestem skłonny powiedzieć: ten gen nie umiera nigdy. Biorąc pod uwagę także, że mam dwie cenne gitary obok mojej mumii i chodziłem do studia, ponieważ mogłem pograć na niektórych gitarach, mówię „nie”. I jak wiesz, przy pracy z każdą gitarą jestem szczęśliwy. Kocham gitary. Jest trochę gorzej z kolekcjonowaniem gitar takich, jakie chcę ,ze względów finansowych. To trochę śmieszne, to znaczy, to jest naprawdę trudno uzasadnić, ale lubię handlować…
SC: Wiesz, że się otwierasz na wszystkie możliwe sposoby.
KH: Tak, tak… To znaczy zaoferowano mi śmieszną sumę pieniędzy za moje ESP, ale nie mogę tego zrobić. Mam rodzinę. Co dam moim synom? Wiesz?
SC: Pozwolę sobie zadać pytanie techniczne na temat gitar. Chodzi o to, czy wraz z upływem lat dźwięk gitary się zmienia?
KH: No pewnie. Im więcej grasz, tym dźwięk lepiej brzmi.
SC: A drewno? Drewno oddycha.
KH: Drewno oddycha. Wiesz, to się poci, to przechodzi przez różne temperatury, wibruje od grania różnej głośności dźwięków itp. To wszystko przyczynia się do jakości dźwięku. I również sposób w jaki przechowujemy gitarę. Ale wiesz, gitara elektryczna jest dobra też przed podłączeniem do wzmacniacza. Ona po prostu rezonuje, tudzież ma uczucia. Taak, po prostu ma wibracje. Niektóre gitary mają tą moc. I tak jest z zabytkowymi gitarami. Kiedy weźmiesz taką do ręki, czujesz się jakbyś znalazł się w łóżku. Czujesz się tak wygodnie i przyjemnie.
SC: Kiedy masz do czynienia ze starymi gitarami, chciałbyś znać ich historię?
KH: I tak i nie. Jest jedna gitara, którą kupiłem i przed kupnem widziałem zdjęcie poprzedniego właściciela jak grał na niej w około 1967 roku. Miał olbrzymi uśmiech na twarzy. Był młody. Później zauważyłem zdjęcie tego samego faceta, ale tuż przed śmiercią. Trzymał gitarę w ręku i wyglądał, jakby umierał przedwcześnie. Z pewnych powodów mogę patrzeć na gitarę, ale nie wiem, jest takie coś w mojej głowie… to wciąż ta gitara tego gościa w moim mózgu. Wciąż jego gitara. Mogę patrzeć na nią, ale nie gram na niej za dużo.
SC: Wow, więc kupiłeś tę gitarę z intencją wymazania tego…
KH: Tak, tak, tak. I właśnie nie miałem pojęcia o nim. Nie mogłem znieść tego zdjęcia kiedy był młody, grał na tej gitarze. I wciąż grając na niej towarzyszy mi to uczucie, że to jest czyjaś gitara. Nie mam tak z innymi gitarami. Dziwne.
SC: Kiedykolwiek kupiłeś od kogoś gitarę, która ma znaną historię?
KH: Wiesz, nie za bardzo. Mam gitarę Ricka Nielsona, 56 Strat i to jest naprawdę kawał gówna, ale to jest gitara do zabawy i brzmi nawet nieźle.
SC: Miałeś kiedyś pleksiglas?
KH: Tak. Surfcaster… zamierzam go zwrócić.

SC: Nazywa się Surfcaster?
KH: Tak, ponieważ jest z pleksiglasu i miało w środku niebieski płyn…
SC: Aha! To ta! Grałeś na niej chyba na trasie „Load”, prawda?
KH: Tak.
SC: W tym momencie chciałbym dać znać czytelnikom, że Kirk robi notatki, aby potem pokazać je światu.
KH: Tak!
SC: Gdzie one się znajdują?
KH: Są albo w HQ, albo przechowywane są w innym miejscu.
SC: Ktoś chyba nie będzie szczęśliwy tym, co się ukarze dzisiaj, prawdopodobnie Justin, który będzie musiał przekopać się przez to i znaleźć, co trzeba.
KH: Dokładnie.
SC: Oczywiście, kiedy pleksiglasowa gitara będzie brzmiała zupełnie inaczej niż drewniana? Ta się chyba nie zmienia, tak?
KH: Nie. Cóż, w rzeczywistości się zmienia. Zależy, jak dużo jest płynu.
SC: Okej, czy musisz co jakiś czas napełniać ją na nowo?
KH: Tak.
SC: Naprawdę?
KH: To jest pomylona rzecz, tak.
SC: Płyn się wydostaje?
KH: Tak.
SC: Wow, to znaczy gdzie? Po prostu wycieka?
KH: Taa. Tracimy po prostu ten płyn i to jest problem z takimi gitarami. To może wycieknąć i zardzewieć, więc muszę sprawdzać.
SC: Więc może musisz mieć innego Surfcastera?
KH: Innego Surfactera i tym razem to musi być…
SC: Nieprzeciekający Surfcaster.
KH: Nieprzeciekający i poprawiony.

SC: Kto takie coś zrobił?
KH: Gitary ESP i człowieku… muszę Ci powiedzieć, że kocham ESP. Cieszę się, że podjąłem tę decyzję dwadzieścia jeden lat temu wybierając tę markę, ponieważ nie zawodzą mnie. I to są najlepsze gitary. To było wspaniałe, kiedy urodził się mój syn, Angel. Matt, prezes, przysłał mi mini KH model. Nie miałem pojęcia, że to dojdzie i kiedy odebrałem pocztę i to zobaczyłem, byłem bardzo szczęśliwy.
SC: Czy Angel wykazał jakiekolwiek zainteresowanie tym?
KH: O tak. On kocha, kiedy ja gram na gitarze. W rzeczywistości pewnego dnia przygotowywałem śniadanie dla niego i nagle poczułem, że coś mnie ciągnie za nogę. Odwróciłem się i ujrzałem mojego syna podającego mi akustyczną gitarę. Chciał, żebym coś zagrał.
SC: Ale nie zapomnij o zrobieniu śniadania.
KH: Tak, chcę naleśniki i gitarę.
SC: To jest to, co musisz zrobić.
KH: Tak. Jeszcze kiedy indziej grałem z nim i byłem już zmęczony, mówię „Ok, dosyć grania na gitarze”. Odłożyłem ją na bok, a dwie minuty później Angel przyszedł do mnie z gitarą. Jestem jak niewolnik, a ty jesteś szefem, tak jak niektórzy, których znam w zespole.
SC: Po prostu musisz poczekać, aż dobije dwójkę, a potem będzie Cię dopiero zmuszał. Myślisz, że wracasz z trasy, aby odpocząć, a tu nie da rady – musisz grać.
KH: Nie, ja jeżdżę w trasy, żeby odpocząć.
SC: Dobrze, więc wróćmy do tematu tworzenia nowego albumu. Spytam Cię znowu, czy czujesz się lepiej wracając do korzeni – do grania więcej metalu?
KH: ”Więcej metalu”… cóż, sądzę, że w pewnym stopniu jesteśmy jeńcami własnego dziedzictwa, które jest trwałym przypomnieniem dla naszej duszy. Możliwe, że zamiast z tym walczyć, zamiast eksperymentować tak jak robiliśmy czasami, nauczyliśmy się z tym żyć i się pogodziliśmy. Myślę, że to oznaka dojrzałości. To jak nowy etap dla zespołu. Pojawienie się Roba w zespole wniosło mnóstwo świeżości i energii, co zupełnie różniło nas od niego. To było naprawdę inspirujące. Czujemy się dobrze z tym, co robimy najlepiej i to, co robimy najlepiej jest czymś, co robimy znowu! Koniec końców wiemy czego potrzeba, aby skierować ludzi w pewną stronę, ale teraz wracamy, aby się świetnie bawić. Uważam, że bardzo ważne dla mnie jest, aby powiedzieć, że przez ostatnie lata utwierdzaliśmy się muzycznie. Posłuchamy czegoś i powiemy: „Wow! To jest zajebiste! Nie możemy się doczekać, aby dopuścić do tego rzesze fanów, będą musieli rozdawać pieluchy razem z płytami, bo ludzie będą biegali wszędzie…..”. To wszystko, czego chcieliśmy w naszej muzyce i włożyliśmy w to samych siebie. Kochamy to, więc jak do cholery ktoś inny nie może? To jest po prostu zbyt metalowe dla naszych małych majtek…