W niedawnym wywiadzie dla „Spotify Metal Talks” Kerry King postanowił podzielić się swoimi wspomnieniami z dnia śmierci nieodżałowanego Jeffa Hannemana. Gitarzysta Slayera mówił:
Dzień, w którym zmarł Jeff, był dziwny i niesamowicie surrealistyczny. Wiedziałem, że Jeff jest w szpitalu, wiedziałem, że jest w złym stanie, ale nikt nie spodziewał się, że to stanie się tak szybko. Tego dnia poszedłem na próbę. Wszedłem do studia i odebrałem telefon. Zadzwonił mój tour manager i dowiedziałem się od razu, bo powiedział: „Jeff odszedł”. Nie było żadnych pytań. Wiedziałem, co to znaczy. Byłem zszokowany, zaskoczony – niesamowicie zaskoczony. Koniec końców wiedziałem jednak, że do tego dojdzie. Nie zdawałem sobie jednak sprawy, że stanie się to tak szybko. Odłożyłem telefon i wyszedłem na zewnątrz.
Grałem wtedy próbę z Paulem Bostaphem. Powiedziałem do niego: „Hej, stary. Muszę ci coś powiedzieć. Jeffa nie ma już wśród nas.” Powiedziałem to w taki sposób, że Paul odparł: „Co masz na myśli?” Ja na to: „Jeff odszedł.” Tak to przebiegło. Odbyliśmy próbę, bo jesteśmy pod tym względem staranni, a mieliśmy materiał do ogrania.
Kerry kontynuuje:
Tego wieczoru musiałem jechać na rozdanie nagród Revolver Golden Gods Awards w Hollywood. Byłem przewidziany do roli wręczenia nagrody, razem z Zakkiem Wylde. Miałem wtedy ciężką rozterkę, myśląc: „Powinienem to zrobić? Czy nie? Nie wiem co powiedzieć. Nie wiem jak to zrobić.” Powiedziałem sobie wtedy: „Nie mogę wystawić Zakka. Jeff chciałby, abym pojawił się na tej ceremonii.” Więc pojechałem.
Wyszedłem z Zakkiem, wiem, że na YouTube są filmiki, które prezentują moją „minutę hałasu” dla Jeffa. Myślałem nad tym podczas mojej podróży z domu do Hollywood, co zajmuje około godziny. Myślałem: „Co ja powiem?” Nie chciałem przemilczeć tego tematu, bo każdy już o tym wiedział. Chciałem wyrazić to, czym Jeff byłby podjarany. Rozmyślałem: „Jeff nie chciałby minuty ciszy, bez dwóch zdań – nie podobałoby mu się to.” Wtedy wpadłem na pomysł… Przez moją głowę przeszło: „Jeff byłby nakręcony minutą hałasu.” I zrobiłem to. To dlatego zdecydowałem się tam pojechać.
Niektórzy ludzie byli zachwyceni, inni nie. Z perspektywy czasu widzę, że to była najlepsza rzecz, jaką mogłem zrobić. Do tej pory nie mam co do tego wątpliwości. Wiesz, po prostu wznieść toast, podnieść swojego drinka, nieważne czy pijesz, czy nie. Nie pamiętam, co dokładnie powiedziałem. Chyba coś w stylu: „Podnieście swoje pięści i wznieście toast za naszego utraconego brata.” Nie uczyniłem tamtego dnia dobrym, ale troszkę go polepszyłem.
Nagranie z momentu, o którym opowiada Kerry (niestety nie w pierwszorzędnej jakości), obejrzycie poniżej:
