W nowym wywiadzie z dziennikarzem muzycznym Joelem Gaustenem basista/wokalista Unleshed, Johnny Hedlund, omawiał różne tematy. Nie mogło jednak zabraknąć pytań o nowy album zespołu „The Hunt For White Christ” oraz umiejętność zespołu do przetrwania w branży muzycznej przez prawie 30 lat.
Oto fragment tej rozmowy:
Porównując „The Hunt For White Christ” z pierwszym albumem „Where No Life Dwells” z 1991 r., jak byś opisał ewolucję Unleashed przez te wszystkie lata pod względem zarówno dorobku muzycznego, jak i tego, co przekazujecie w swoich tekstach?
Po pierwsze powiedziałabym, że muzycznie – to uczciwe stwierdzenie – rozwinęliśmy się całkiem sporo przez prawie 30 lat, odkąd zaczęliśmy. A kto by tego nie zrobił? Przez długi czas trzeba trzymać się korzeni, a jednocześnie starać się rozwijać rzeczy w swoim własnym stylu, że tak powiem. Myślę jednak, że zrobiliśmy to, co powiedzieliśmy, że zrobimy, patrząc wstecz na okres, kiedy powstaliśmy w 1989 roku. Technika i inżynierowie rozwinęli się, a więc oczywiście i my jako muzycy również. Zaglądając do wnętrza naszego studia i porównując go do tego, które wynajęliśmy na nagranie naszego pierwszego demo z trzema utworami w 1990 roku… no cóż, to jak dzień i noc, prawda? Mam nadzieję, że tak samo jest z naszymi tekstami. Wiem, że mój angielski nieco się poprawił, więc naturalnie jestem lepszy w pisaniu tekstów, biorąc pod uwagę tylko lingwistyczny aspekt rzeczy. Możesz się spierać, że nadal jest tam praca do wykonania… to prawda. Jestem Szwedem i uczę się cały czas. Mój ojczysty język to szwedzki więc jest to naturalne.
W każdym razie uważam, że nasze teksty uległy poprawie od czasu wydania pierwszego albumu. Przynajmniej chciałbym myśleć, że to poprawiłem, ale niech inni wyrażą o tym opinię. Doskonale zdaję sobie też sprawę z tego, że na historię z „Odalheim” miały wpływ poprzednie albumy, ale nadal nie jest to coś, co mogłem zrobić, powiedzmy, w 1993 roku.
Bycie aktywnym zespołem, który nagrywa i koncertuje w 2018 roku, nie jest łatwym zadaniem, szczególnie dla zespołu wykonującego ekstremalną muzykę. W jaki sposób twoje doświadczenie zawodowe jako dyrektora finansowego pomogło Unleashed przeć do przodu w bardzo trudnej branży?
Cóż, powiedziałbym, że bez tego nie zdziałalibyśmy wiele. Myślę, że słowo, którego szukam to „bankructwo” lub „wyczerpanie środków finansowych”. Tak się dzieje, jeśli wykorzystujesz prywatne pieniądze dla swojej firmy i nigdy nie widzisz żadnych zwrotów z inwestycji. Doświadczyliśmy tego w 1997 r., kiedy wracaliśmy do domu po latach wyczerpującej trasy – sprzęt był zepsuty i nie mieliśmy żadnych pieniędzy z powodu gównianej umowy. Także wzięliśmy trochę wolnego, aby kształcić się w finansach, wzięliśmy pełnoetatową pracę, żeby kupić nowy sprzęt, po czym zebraliśmy się razem i stworzyliśmy plan jak działać dalej. Taktyczne i strategiczne plany, które pozwolą nam przetrwać. I podążamy za nimi do dziś.
Unleashed obchodzić będzie 30-lecie w przyszłym roku. Co miało kluczowe znaczenie dla zdolności zespołu do rozkwitu przez tak długi czas?
Powiem, że jest wiele rzeczy, które muszą działać z biegiem czasu, ale zawsze mieliśmy dobry, solidny plan, jak to robić. No może nie zawsze, ale trzymaliśmy się korzeni i wciąż się rozwijaliśmy. Zgodziliśmy się również pomagać wewnątrz zespołu, żeby wszyscy członkowie byli współodpowiedzialni za niego. A najważniejszym kluczem jest pasja do muzyki i tekstów, a także do grania koncertów. Death metal to muzyka na żywo i naprawdę musisz się nią cieszyć lub powinieneś zostać w domu. Dobra przyjaźń wśród członków zespołu jest również bardzo pomocna albo stanie się to zbyt dużą częścią pracy. A w branży muzycznej nie możesz tak naprawdę siedzieć i liczyć swoich dolarów przez cały czas. Na pewno cię to zabije.
Premierę ma właśnie najnowszy album Unleashed „The Hunt For White Christ”, który wydał Napalm Records.
