Joe Satriani udzielił wywiadu dla musicradar, w którym wspominał nagrywanie jednej z najpopularniejszych płyt w swojej dyskografii, „Surfing With the Alien”. W tamtych czasach Joe dopiero budował swoją popularność, stąd też nierzadko brakowało mu pieniędzy na w pełni profesjonalną realizację nagrań w studiu. Potrzeba podobno jednak matką wynalazków, stąd też gitarzysta wpadł na pomysł jak zapewnić sobie pożądaną różnorodność brzmienia, mieszcząc się jednocześnie w skromnym budżecie. Joe opowiada:
W czasie nagrywania „Surfing With the Alien” miałem gitarę, którą złożyłem z pojedynczych części.
Pracowałem w sklepie muzycznym, który specjalizował się w vintage’owych gitarach. Właściciel miał kontakt z wieloma japońskimi i amerykańskimi firmami, które zaczynały zdobywać uznanie. Zamawiałem części i składałem je razem, potem kontaktowałem się z miejscowymi lutnikami w celu wykonania prac wykończeniowych, progów i takich rzeczy. Miałem dwie takie gitary, czerwoną sprzedałem ale czarną mam do dziś i wciąż regularnie z niej korzystam.
Ma stały mostek, więc kiedy nic nie stało na przeszkodzie to chętnie po nią sięgałem, ma czyste, funkowo-bluesowe brzmienie. Bierze udział na każdej nowej płycie. Jej dziwne brzmienie to kwestia przede wszystkim zastosowanego drewna.
Razem z Garym Brawerem zrobiliśmy dwie czy trzy zdejmowane osłony na front gitary, połączone z różnymi przetwornikami. Kiedy więc potrzebowałem delikatniejszego brzmienia to nie miałem wyjścia – zdejmowałem struny, odkręcałem osłonę, wkładałem w jej miejsce inną, z przetwornikami typu „single-coil”, dokręcałem, naciągałem na nowo struny i kontynuowałem nagrywanie. Wszystko to dlatego, że nie stać mnie było na więcej gitar. Miałem ich trzy i parę osłon na zmianę. Ot, warsztat ubogiego muzyka.
