Goszcząc na Antypodach James udzielił niedawno wywiadu (wideo poniżej, a tłumaczenie całości wewnątrz), odpowiadając na pytania dotyczące tylko Metalliki i jego skromnej osoby. Zapraszamy do lektury.
– Założyciel [zespołu], gitarzysta, wokalista, autor tekstów, a także facet, który lubi pojeździć na deskorolce.
Mhm… Niektórzy są zdania, że podpisałem umowę, że przestanę jeździć na deskorolce, żebyśmy mogli nagrywać albumy i na czas uderzać w trasę. Czegoś takiego nie było. Po prostu pomyślałem, że muszę ograniczyć swoje ekstremalne potrzeby, żeby zespół mógł grać.
– Przyznaję, że nie wiedziałam, czego się spodziewać po tym wywiadzie. Jedni mówili mi, że jesteś niezbyt wyrozumiały, inni z kolei byli zdania, że jesteś dość łagodny.
Hahahahaha! Nienawidzimy słowa 'ładodny’ (mellow), ale przynzać wypadałoby, że doroślejemy.. niektórzy z nas, choć najważniejsze to to, że zrozumieliśmy, co jest naprawdę istotne, a co nie jest warte sprzeczania się. Wiele z tych spraw wiąże się z wewnętrzną dynamiką w zespole, ale teraz, gdy wszyscy mamy już dzieci, zauważamy, jak sami czasem bywamy dziecinni, hehehe! Jest coraz lepiej, wiesz, nie sądziłem, że może być lepiej, niż gdy mieliśmy po dwadzieścia-parę lat, gdy byliśmy po trzydziestce… Teraz jesteśmy po czterdziestce i jest całkiem niesamowicie.
– Wielu ludzi uważa, że jesteście na szczycie swojej branży, w najlepszej formie. Czy po tych wszystkich latach też jesteś tego zdania, że jesteście na szczycie i w najlepszej kondycji?
Sądzę, że zawsze tak będziemy myśleć, niezależnie od opinii innych. Ale naprawdę mogę powiedzieć, że psychicznie, a nawet też fizycznie, jesteśmy w lepszej formie niż lata temu. Z pewnością jeśli chodzi o psychiczny element, a jeśli chodzi o kondycję fizyczną… Wiesz, jesteśmy wyjadaczami (road dog) od ponad 30 lat i bywa różnie – „och, moje ramię, moje gardło, moje plecy”, zawsze coś.
– 30 lat i to bez większej przerwy.
Tak, bywały momenty, że dochodziliśmy do wniosku, że potrzebny jest odpoczynek. Po wydaniu „Black Albumu”, w połowie lat 90. mieliśmy za sobą 3 lata bezustannej trasy, więc wtedy potrzebna była poważna przerwa. Rozumiem tych fanów, którzy mówią: „No dobra, trasa zakończona, więc przez 5 lat nie usłyszymy nowej muzyki, a wrócą do nas za jakieś 8”. Staramy się skracać ten cykl, ale jedziemy w tempie takim, jakie jest nam potrzebne.
– Gdy spojrzysz w przeszłość, to kiedy byliście ostatnio w tak dobrej formie.
O Boooże… Każdy członek zespołu miał swoje własne śliskie momenty w różnych etapach, czy mówimy o ćpaniu, sekszeniu czy chlaniu. „Black Album” był czasem, gdy wszystko stało się znacznie łatwiejsze, koncertowaliśmy wszędzie, wszystko było podane na talerzu, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, gdzie wszystko nam uchodziło, przez co wszyscy popadliśmy w pewien rodzaj samozadowolenia, nie myśleliśmy o odpowiedzialności. To nie były jakieś okropne rzeczy, o których można później przeczytać w książkach, ale jednak wydarzyło się trochę syfu.
– Byłeś na odwyku w 2001 roku. Co to zmieniło w tobie? Czy wpłynęło na twoje spojrzenie na życie?
Odwyk naprawdę był jak college, do którego nigdy nie poszedłem, albo jak rodzice, którzy uczą, wyjaśniają pewne sprawy życiowe. Tam miała miejsce całkowita rozbiórka i odbudowa – na nowy sposób, nadając bardziej bardziej dorosły kształt. Można myśleć, że się wie coś o życiu, a chodzi o to, czego mogą nauczyć cię rodzice. Chodziło o wybieranie niezbyt bezpiecznych dróg życiowych. Odwyk to nie jest coś, co możesz zobaczyć w telewizji, gdzie słowo „odwyk” jest rzucane na lewo i prawo, a szkoda, bo to powinno być miejsce, w którym możesz być sobą, krzyknąć „Pomocy!” i poddać się. Ale tak już niestety nie jest
– „Some Kind of Monster” był dla fanów, wielu fanów, momentem zwrotnym, w którym poznali Metallikę. Czy dla was również?
Dla mnie to były ponowne narodziny, niewiarygodne doświadczenie z gatunku katharsis. Gdybym nie przeszedł przez tamto, wiele rzeczy nie wydarzyłoby się, ale jako artyści uznaliśmy, że to było warte swojej ceny – całe to ryzyko, bo wiesz, będąc szczerym nie ma szans, byś zbłądził. Pomogło to nam też na trasie – fani mogli lepiej nas zrozumieć. Wierzyć się nie chce, co fani potrafią nam obecnie powiedzieć podczas „Meet & Greet”. Nie ma szybkiego dawania autografów i wołania „Hej, następny!”. Słyszymy rzeczy w stylu „Uratowałeś mi życie” albo „Mój ojciec umarł, nie wiedziałem, co z sobą począć, aż usłyszałem twoją muzykę”. Te relacje weszły na zupełnie nowy poziom.
– Gdyby 30 lat temu ktoś powiedział ci, że będziesz grał w Australii, to jak byś zareagował?
Powiedziałbym: „A żebyś wiedział, że taki mam zamiar!”. My nie zatrzymywaliśmy się, nie było szans, by nas oderwać od tego. Pamiętam, jak mój brat raz powiedział: „Och, więc masz zamiar być gwiazdą rocka, występować na scenie?”, a ja odpowiadałem: „No taa”. Zdaje się, nie wiedziałem jeszcze wtedy, co to jest ironia. Tak to było.
– Twój ulubiony album?
Ciężko powiedzieć, bo każdy jest bliski sercu, każdy przypomina czy to o czymś, co przechodziłem, czy o jakichś marzeniach. Bardzo lubię Ride the Lightning, to był pierwszy album, z myślą o którym tworzyliśmy, poza tym mieliśmy trochę więcej doświadczenia. Uwielbiam Black Album, cały proces tworzenia go, jak również ten ostatni – Death Magnetic. Naprawdę zaskoczyło mnie to, co osiągneliśmy, jak też i reakcja ludzi.
– Co tak cię zaskoczyło?
To, że ludzie tak go polubili. Mogę pytać, czy aby na pewno tak lubią, ale wciąż mnie rozwala, że stoję na scenie, gram jakiś paskudny kawałek, wrzeszczę na publikę, a przede mną stoi 18-letnia dziewczyna i krzyczy „Taaaaak!”. Co to ma być? „Gdzie są twoi rodzice?” Albo jakiś 15-latek, który headbanguje jak szalony. Więc to nie jest tak, że my udajemy dobrych – są ludzie, którzy naprawdę lubią naszą muzykę.