W ostatni piątek przedstawiliśmy pierwszą część tłumaczenia wywiadu z Jamesem dla Guitar World. Na zakończenie weekendu publikujemy drugą połowę tekstu…
Twoja gra rytmiczna na „Death Magnetic” jest solidna i zwarta, ale mniej sztywna i bardziej rozluźniona (groovy) niż na pierwszych albumach. Prawie stałeś się kimś w stylu Keitha Richarsa thrashu. Czy teraz jesteś w studio bardziej zrelaksowany i pewny swych umiejętności niż kiedyś?
Wciąż czuję się niepewny. Bez dwóch zdań! Zawsze powtarzam: „To nie jest wystarczająco zwarte”. Ludzie mają mnie za wariata. Gdy nagraliśmy „Hit the Lights”, które zostało wydane na składance Metal Massacre – tej, na której napisano Metallica przez dwa 'T’ (śmiech) – koleś w studio usłyszał ten kawałek i powiedział „Hmm, partie rytmiczne nie są wystarczająco zwarte”. Stary, to było to! Tak rozpoczęło się to nieskończone poszukiwanie. Zwarta gra stała się dla mnie Świętym Graalem. W tamtych czasach wszyscy rywalizowaliśmy. Mocno rywalizowaliśmy. Mówiliśmy: „Tamci są szybsi… ale ich gra nie jest tak zwarta”. Stąd czerpaliśmy satysfakcję.
httpv://www.youtube.com/watch?v=1AA-mcfFQBE
O ile się nie mylę, to większa część nowego albumu jest w standardowym strojeniu. To duża zmiana w stosunku do St. Anger, nagranego w drop C.
Tak, wszystko jest w A-440, tylko dwa kawałki są w drop D. To był jeden z pomysłów Ricka Rubina. I chyba jego największa zasługa na tym albumie. Zawsze mawiał: „Chcę, byście grali w 440. Posłuchajmy, jak to będzie brzmiało”. I odkrył, że jest pewna właściwość, nie tylko w muzyce ale i w moim głosie, która bardzo mu się spodobała. W mojej walce by śpiewać w wyższych rejestrach znalazł coś unikatowego.
Mnie to bardzo nakręciło, bo takie śpiewanie było dla mnie trudne. Są tacy, których głos się nie zmienia po 27 latach. Więc to był dla mnie wysiłek. Ale chciałem zmierzyć się z tym, i naprawdę dość dobrze mi się to udało, szczególnie w szybszych kawałkach. A szybka gra w 440 jest znacznie łatwiejsza.
Obecna moda jest taka, że jeśli ktoś chce brzmieć ciężko, to obniża strojenie. Ale w ten sposób łatwo zmienić muzykę w muł.
Odkryłem, że nasze brzmienie jest młodsze i bardziej żywe w A-440. Każdy z nas ma dla siebie miejsce w miksie, brzmimy pełniej.
Nie odciągnęło mnie to jednak od obniżonego strojenia. Kiedy siedzisz sobie w pokoju, grasz w strojeniu drop, i jesteś sam, to stajesz się gitarzystą i basistą w jednej osobie. Basista staje się zbędny. Ale gdy próbujesz tak grać całym zespołem, to może zdać egzamin w kilku kawałkach, lecz cały album wypełniony takim brzmieniem jest płaski.

Mimo, że wróciłeś do dawnego sprzętu, twoje brzmienie i tak się zmieniło. Jest teraz mniej suche.
Kiedyś ustawialiśmy suwaki na equalizerze w kształt litery 'U’. Później, przy nagrywaniu „Czarnej Płyty”, nauczyliśmy się używać pasma środkowego – w ten sposób uzyskując więcej tego, co ja nazywam „szczekaniem”. „Szczekanie” bierze się z dolnego pasma środkowego, gdzie gitara brzmi perkusyjnie, współpracuje z bębnami i dzięki temu wszystko ma w sobie więcej uderzenia. Ten aspekt stał się dla mnie dość istotny.
Jesteś zadowolony z brzmienia?
Jestem bardzo zadowolony. Zaskoczyło mnie to, że udało nam się je uzyskać. Poszliśmy w bardziej suchy dźwięk, mniej przesteru.Kiedyś grałem wszystkie rytmy, a Kirk zajmował się solówkami. Zmieniło się to na Load i ReLoad, gdzie Kirk również zagrał sporo rytmów. Na tym albumie wróciliśmy do pierwszego rozwiązania. Gram wszystkie ścieżki rytmiczne.
Czego nauczył cię „Czarny Album”?
Na „Czarnym albumie nauczyliśmy się jak wzmocnić dźwięk. Z kolei na „Load” i „ReLoad” nauczyłem się, że gdy napiszesz zbyt wiele kawałków, to nie wiesz na czym się skupić. Nie znoszę tego w nas. Potrafimy niezłą piosenkę zmienić w dobrą. Ale zadaliśmy sobie pytanie: „Czy potrafimy wykrzesać z siebie tyle samodyscypliny, by odrzucić średnie utwory? Czy umiemy poznać, kiedy coś nie jest wystarczająco dobre?”

Kiedyś mieliśmy tę samodyscyplinę. Coś jakby 'końskie okulary’.”Pieprzyć to, ten kawałek nie jest wystarczająco ciężki by go dać na album”. W latach 90. staraliśmy się akceptować wszystko, co tworzyliśmy, a Bob Rock nam w tym pomagał. Poszerzaliśmy horyzonty, ale uciekła nam dyscyplina. Zamiast niszczyć, zaczęliśmy szlifować piosenki. Więc z „Load” i „ReLoad” nauczyłem się, że nie można tego rozciągnąć na 40 kawałków. Nie potrafię tak. Wolę osiem mocnych kawałków niż 14 nijakich.
Może to jest wina pojemności CD. Wiele z tych klasycznych albumów rockowych kopie tyłki dlatego, że ma osiem świetnych numerów zamiast 13 średniaków.
Lars i ja ciągle toczymy o to bitwy. Ja mogę być za tym, żeby nagrać osiem mocnych, a on wtedy mówi: „Zagrajmy wszystkie”. Ja nie chcę puchu. Nie chcę ścieżek 'extra’. Nie chcę bonusowych ścieżek. „Dajmy im więcej”. Pieprzyć to. Nie chcę dać ludziom czegoś „dobrego”. Bo jeśli damy naprawdę solidny materiał, to oni zechcą więcej. Frustruje mnie to często, dużo się spieramy o to.
Wspomniałeś kilkakrotnie, że Diamond Head był inspiracją dla was gdy zaczynałeś swoją przygodę z muzyką. Czy w ciągu ostatnich dziesięciu lat jakiś inny wykonawca – ktoś znany albo może ktoś nowy – inspirował cię jeśli chodzi o grę?
(długa pauza)
Oczywiście są pewni artyści dzięki którym sięgnąłem po gitarę. Uwielbiałem pewne zespoły. Ted Nugent i Aerosmith mieli fajne riffy, ale to u Judas Priest i AC/DC zauważyłem, że gitara rytmiczna może odgrywać kluczową rolę w brzmieniu. Słuchałem gry Malcolma Younga i myślałem sobie: „To on rozpędza ten pociąg”. Obecnie możemy zauważyć, jak dużo pojawia się utalentowanych muzyków – nie tylko jeśli chodzi o gitarę, ale też perkusję, klawisze, śpiew.

Tak, ten pan Pro Tools jest całkiem dobry!
Tak! Pan Tools? Jest zajebistym producentem! Wiem co masz na myśli, ale sądzę, że sprawa jest trochę bardziej złożona. Uważam, że jest cała masa chłopaczków którzy siedzą w swoich pokojach i próbują grać muzykę, która została w całości zrobiona w Pro Tools. A oni grają to naturalnie. Pro Tools tworzy nowe bestie. Niektórzy z tych muzyków są naprawdę zadziwiający. Mocno przypomina mi to lata 80., gdy zaczęli pojawiać się ci wszyscy muzycy jak Yngwie Malmsteen, czy też zespoły z niewiarygodnymi sekcjami rytmicznymi.
Chodzi ci o zespoły typu Bullet For My Valentine i Avenged Sevenfold? Ich aranżacje są tak wielkie i złożone, że praktycznie możemy mówić tu heavy metalowych symfoniach.
Możnaby tu też dorzucić Dragon Force. To są zespoły w których jest dwóch niesamowitych gitarzystów którzy bezbłędnie odgrywają swoje partie na żywo. A perkusista za nimi nadąża. Teraz jest naprawdę wielu bębniarzy którzy powalają mnie na kolana. Dużo z tej muzyki brzmi bardzo orkiestralnie, ma w sobie dramatyzm i epickość, co jednocześnie jest całkiem inspirujące.
httpv://www.youtube.com/watch?v=kaSYvvfzYaE
Ale są też zespoły takie jak Meshuggah i Loincloth, które reprezentują inne podejście. Zastanawiam się jak do kurwy nędzy można zapamiętać ten kawałek. Nie potrafię uwierzyć w to. Część ich materiału jest po prostu przesadzona i czasem trudna do słuchania, co nie zmienia faktu, że jestem pod wrażeniem. Tak więc mamy dość ciekawy czas.
Fajnie, że wciąż jesteś na czasie jeśli chodzi o nowe zespoły. Lubię wymienione przez ciebie grupy, ale w wielu przypadkach wokalista jest najsłabszym ogniwem. Pod tym względem wszyscy mogą pastować ci buty.
Tak sądzisz? Wiesz, ciągle szukamy wokalisty. (śmiech) Gdyby się ktoś zgłosił, to informuję, że wciąż szukamy. Pełnię tę funkcję tylko tymczasowo. No ale… Z drugiej strony, są zespoły w których wokaliści naprawdę potrafią śpiewać, ich kawałki cały czas lecą w radio. Ci wokaliści śpiewają coś co w gruncie rzeczy jest bardzo pop. Próbują brzmieć szorstko, gitary są ciężkie, ale to jest muzyka pop. Pieprzony pop. Wkurwia mnie to. Rzygam tym. Przez to coraz więcej słucham Hard Attack (stacja radiowa), gdzie grają prawdziwą muzykę heavy. Co prawda wielu wokalistów ciężko się słucha, ale mimo tego wolę słuchać czegoś co ma w sobie życie. Czegoś, nad czym ktoś najpierw dobrze się zastanowił.
Produkcja „Death Magnetic” wydaje się bardzo organiczna.
Nie mówię, że w naszych nowych utworach nie ma przemyślanej struktury. Wręcz przeciwnie – jest tego sporo. Ale kluczowe jest to, by nie zatracić wyczucia. Bardzo często sprowadza się to do tego, że Lars i ja toczymy walkę o przestrzeń.
Takiego czegoś za bardzo nie słychać na obecnie wydawanych albumach.
Wiesz, niektóre zespoły po całości grają jak roboty. Ale wiesz co? Czasem lubię tego posłuchać. Lubię być czasem powalony przez jebanego metalowego robota. (naśladuje perkusję przypominającą karabin) Mówię o muzyce, która uderza jak młot pneumatyczny.
Kiedy siedzisz w swoim samochodzie i masz się ścigać z innym kolesiem, w którego aucie aż szyby chodzą od rapu (naśladuje hip-hopowy rytm), a w twoim `52 Oldsmobile słychać bębny brzmiące jak armaty, to taka muzyczna rywalizacja jest całkiem cool.
Mówiłeś wcześniej, że wolisz rozmawiać o muzyce, ale trzeba przyznać, że twoje teksty na „Death Magnetic” są bardzo mocne. Jaki efekt chciałeś uzyskać?
Chciałem skupić się na mroczności tekstów Metalliki. Chciałem, żeby w jakiś sposób były anonimowe, a jednocześnie mocne. Chodzi o wczucie się w ich klimat. Mogę zestawić dwa mocne słowa jedno obok drugiego i po jakimś czasie nie będę wiedział co one znaczą, ale jakoś będą pasowały do mojego życia. Nie lubię, gdy autorzy tekstów mówią otwarcie „Napisałem tę piosenkę o tym”. Wolę zestawić ze sobą natężone pomysły i pozwolić im wpasować się w życie i dusze innych. Wtedy mogę mieć nadzieję, że inni zauważą, że mój tekst współgra z ich poczuciem, że coś w ich życiu jest zjebane. Nie ma nic lepszego niż świadomość, że inni używają moich pomysłów do odnalezienia samych siebie. W pewnym sensie to ich własna terapia.