Czasy mamy niewesołe. Światowa gospodarka wciąż ma czkawkę po kryzysie, który uderzył w 2008 roku. Mimo, że to tylko cztery lata to nazwa Lehman Brothers już jest częścią wykładów o ekonomii, niestety głównie jako przykład tego jak jeden czynnik może pociągnąć na dno połowę świata – sława wątpliwa. I choć tenże świat podniósł się co nieco przez te ostatnie cztery lata, to co rusz można usłyszeć o krajach PIGS (Portugal – Ireland – Greece – Spain), kryzysie strefy euro czy długu publicznym Ameryki. Zaiste można wpaść w depresję przeglądając prasę codzienną. Jednak pośród tych wszystkich złych wieści można odnaleźć czasami i pozytywne przesłania. Wiele firm pokazało, że kryzys nie jest im straszny i nawet gdy wokół szaleje gospodarczo – ekonomiczny pożar, one radzą sobie o ile nie fantastycznie to przynajmniej całkiem dobrze.

Tak się składa, że w tym roku pewna firma świętuje okrągłą rocznicę (dwudziestolecie) wypuszczenia na rynek swojego pierwszego produktu i tą okrągłą rocznicę postanowiła uczcić nowym wydawnictwem – zwie się ono The Industrialist. O kim mowa? O pewnych panach, którzy jakieś dwadzieścia lat temu wpadli na pomysł, że będą sprzedawać muzyczny strach. Panie i Panowie – Fear Factory w nowej odsłonie.
Skoro rocznica to okrągła to nim przejdziemy do płyty rys historyczny. Jak każda firma z takim stażem tak i Fear Factory miało swoje hossy i bessy. Te pierwsze miały miejsce głównie w pierwszym okresie działalności grupy. Fear Factory od czasu wydania Soul of a New Machine (1992) przez kolejne dziesięć lat zwiększał zdecydowanie swoje przychody i obroty zdobywając coraz więcej fanów. Takie płyty jak Demanufacture (1995), Obsolete (1998) czy Digimortal (2001) stanowią dziś kanon tego grania. Jednak jak to bywa w życiu kiedy nagle przychodzą duże pieniądze, sława i uwielbienie nie dużo ludzi jest w stanie zachować zdrowy rozsądek i opanowanie. Muzyczny świat szczególnie pełen jest tego typu przykładów. Niestety Fear Factory u szczytu popularności również padli ofiarą tego zjawiska. W 2002 roku kiedy wszyscy czekali na wieści o kolejnym miażdżącym albumie, nagle szeregi Fabryki Strachu postanowił opuścić Dino Cazares, bądź co bądź (nikomu nie ujmując) kompozytorski filar tego projektu. Od tego czasu produkcja strachu szła różnie ale na pewno nie tak dobrze jak to miało miejsce przez pierwsze dziesięć lat. Kolejne albumy były przeplatane okresami bezczynności czy wręcz wieściami o zawieszeniu działalności, tudzież udziale muzyków w innych projektach. Musiało minąć dobre kolejne kilka lat takiej sinusoidy (w tym czasie Fear Factory prawie przestało istnieć) aby nagle doszły nas wieści, że panowie Dino Cazares i Burton C. Bell podali sobie ponownie dłonie. Niestety do ponownej współpracy nie zostali zaproszeni ani Christian Olde Wolbers ani co jeszcze ważniejsze perkusista Raymond Herrera. Szczególnie to ostatnie nazwisko elektryzowało fanów FF. Jak wiadomo Cazares od zawsze słynął z charakterystycznego stylu grania, który był wydatnie podkreślany właśnie przez Raymonda swoją charakterystyczną grą na bębnach. Jego styl przysparzał mu tyleż przeciwników (oskarżenia, że gra jak maszyna) co zwolenników (zabójcza precyzja w grze nogami której wielu perkusistów nie osiąga nawet w przypadku rąk).

Ale bądźmy szczerzy, niezależnie od tego czy ktoś lubi taki styl czy nie – nie wielu może sprostać wymaganiom jakie stawia gra Cazaresa. Właściwie w tamtym czasie tylko jeden człowiek był godzien objąć to stanowisko – muzyczny obieżyświat i człowiek o którym mówią, że łatwiej wymienić liczbę zespołów w których nie grał niż grał – Gene Hoglan. To właśnie on zastąpił Herrerę. Warto dodać godnie i nikt nie miał wątpliwości, że jeśli ktoś mógł w tamtym czasie usiąść na perkusyjnym stołku z napisem Fear Factory to tylko on. Niestety grupa w takim składzie (razem z Byronem Stroudem na basie) nagrała ledwie jeden album Mechanize – jednak dał on wyraźny posmak tego, że FF jest na dobrej drodze aby powrócić do czasów Obsolete czy Digimortal. Dodajmy, że mniej więcej w tym samym czasie Herrera i Wolbers utworzyli projekt Arkaea.
Pomimo jednak trudności kadrowych FF wznowiło i kontynuowało działalność by na dwudziestolecie uraczyć nas płytą The Industralist. Jak się ona przedstawia?

Wymienianie Dino Cazaresa jako głównego kompozytora nie jest tylko czczym gadaniem – wyraźnie czuć różnicę w ostatnich dwóch albumach po jego powrocie a albumach na których gitarę obsługiwał Christian Olde Wolbers. No niestety – tak to już jest z zespołami, że sukces osiągają pod wpływem charakterystycznej chemii między tworzącymi go muzykami i czasami brak nawet jednego z nich (nawet tego, który wydawałby się najmniej istotny) odbiera zespołowi to coś.
Jednak to Cazares jest wyraźnie kołem napędowym FF. To z jego grą na gitarze czuć, że Fabryka Strachu jest zdecydowanie produktem, który poznaliśmy dość dobrze na początku lat ’90. I album zaczyna się właśnie w klasyczny dla jego grania sposób. Kostkowanie z pod znaku karabinu maszynowego i rwane riffy przechodzące w śpiewane przez Burtona refreny, to coś do czego FF zdążyło nas dobrze przyzwyczaić. Pytanie czy ta formuła jest jeśli można tak powiedzieć wciąż trawialna po dwudziestu latach? Wszak Casares transferował ten styl do wszystkich projektów w których grał. Odpowiedź na to pytanie zapewne będzie zależna od tego do kogo je skierujemy. Klasyczni fani FF mogą być ukontentowani, że oto ich mistrz daje pokaz tego z czego słynie. Jednak z drugiej strony odbiorca, który traktuje FF jako jeden z wielu bandów, które lubi może mieć wyraźny problem z odróżnianiem kolejnych numerów gdzie Cazares wypluwa riffy z prędkością strzelającego kałasznikowa. A właśnie pierwszy tytułowy The Industralist, jak i następny Recharger jest esencją takiego stylu właśnie.
httpvh://www.youtube.com/watch?v=uzg08YzhUgE
Dopiero w trzecim kawałku New Messiah FF zwalnia by przygotować nas na coś czego do końca się nie spodziewamy. Okazuje się, że na płycie najbardziej udaną kompozycją jest God Eater – numer sunący co najwyżej jak walec, bez zabójczego grania Cazaresa. Czyli jednak można. To pokazuje, że panowie nie muszą się wznosić na wyżyny technicznych umiejętności by napisać coś dobrego. Szkoda, że na płycie zabrakło więcej takich kawałków. Kolejne kilka numerów Depraved Mind Murder, Virus of Faith czy Difference Engine to nic innego jak klasyka grania FF. Dopiero Dissassemble może ponownie przykuć uwagę swoją odmiennością. Po raz kolejny przykład, że można prościej, wolniej a w efekcie ciekawiej. Szkoda, że ten numer jest właściwie ostatnim jeśli można tak powiedzieć normalnym kawałkiem na płycie. Następne cztery kompozycje trudno traktować jako regularne numery. Nie jest to klasyczne granie gdyż Religion Is Flawed Because Man Is Flawed brzmi bardziej jak rozbudowane zakończenie Dissassemble a Blush Response, no właśnie – co autor miał na myśli? Ambientowo – backgroundowe dźwięki przeplatane niby to gitarą, niby to wokalem zaczerpniętym notabene z Dissassemble. Czyżby trick znany z Remanufacture?
Tak czy inaczej The Industralist pokazuje, że Fabryka Strachu nie złożyła jeszcze broni. Nowy album jest na wskroś przesiąknięty klasycznym dla tego zespołu stylem. Czy to dobrze czy źle to już zależy od oceny indywidualnego odbiorcy. Malkontenci mogą narzekać na powtarzalność ale bądźmy szczerzy – FF już zrobiło swoje dla rozwoju metalu, na tym etapie raczej nikt nie oczekuje od nich odkrywania nowych lądów, stąd też oddani fani z pewnością będą uradowani. Jednak finalną ocenę pozostawiam wam samym.
Na koniec powróćmy jeszcze na chwilę do problemów kadrowych w szeregach zespołu. Jeśli wsłuchacie się dobrze w płytę, szczególnie najbardziej bujający na płycie God Eater (werbel w 2:55) z pewnością usłyszycie, że bębny nie brzmią bardzo solidnie, to samo można zauważyć we wstępie do pierwszego a zarazem tytułowego The Industralist. Stało się tak gdyż tym razem FF nagrało płytę bębny po prostu programując. Jak więc widać nawet największe firmy w tej branży mają czasami problemy z okiełznaniem wydawałoby się podstawowych dla nich spraw. I choć panowie w wywiadach twierdzą, że praktycznie od końca lat ’90 kiedy narzędzia typu Pro Tools na dobre zagościły w studiach nagraniowych nawet oni edytowali każde uderzenie bębniarzy, to można się jedynie domyślać, że częściowo zadziałały tutaj narzucone przez wytwórnie terminy, które spowodowały, że następca Hoglana nie miał czasu na solidne przygotowanie się. A szkoda. Czuć jednak brak mocy w tej kwestii i mimo postępującej techniki, nowinek na rynku i całej masy komputerów okazuje się, że w takim graniu wciąż to człowiek potrafi zagrać tak aby czuć było w tym przysłowiową duszę.
Na szczęście trasy koncertowe odbywają się już przy udziale nowego bębniarza, który zwie się Mike Heller – znany jest głównie z dokonań w takich zespołach jak Malignancy czy System Divide. Dla pełni obrazu warto dodać, że nowym basistą został Matt DeVries znany ze współpracy z takimi zespołami Chimaira czy Six Feet Under.
Warto dodać, że Fear Factory już po raz drugi w tym roku wystąpi w Polsce, podczas dwóch koncertów (4 grudnia w Warszawie i 5 grudnia w Poznaniu). W ramach trasy „The Epic Industialist Tour” połączyli oni siły z Devin Townsend Project, z którymi będą w europejskiej, wspólnej trasie koncertowej.
