Portal Entertainment Weekly przeprowadził wywiad z Alicem Cooperem, rozmawiając o jego wizerunku scenicznym, historii, odniesionym muzycznym sukcesie i nadchodzącym filmie dokumentalnym „Super Duper Alice Cooper” o którym już pisaliśmy.
Poza samym wywiadem, który znajdziecie poniżej, pod tym linkiem możecie obejrzeć nowy materiał filmowy pochodzący ze wspomnianego dokumentu.
„Sex, drugs and rock n’ roll.” Czy z twojego doświadczenia te trzy wyrażenia są właściwie uszeregowane, jeżeli chodzi o życie gwiazdy rocka?
Bardziej to brzmiało jak „Rock n’ Roll, piwo i… więcej krwi i mgły.” Chciałem, żeby dokument nazywał się „Więcej krwi i mgły”. Jeżeli jest jakikolwiek problem to po prostu dajcie więcej krwi i mgły… i więcej luster.
Gwiazdy rocka powinny być przyzwyczajone do tego, że fanki rzucają majtkami na scenę. Uwielbiam tego Alice’a Coopera, który odwdzięcza się za to rzucając majtkami w tłum.
Nikt nie zamierzał rzucać nimi w nas, więc to my rzuciliśmy nimi w nich! Gdy koncertowaliśmy w Hollywood Bowl, mieliśmy helikopter, który przyleciał i zrzucił majtki na publiczność. I Elton John był tam na dole, walcząc o te majtki, bo stał w pierwszym rzędzie. To był perfekcyjny cyrk na kółkach. Uwielbiam ideę, że na koncertach Alice’a Coopera może zdarzyć się absolutnie wszystko. Gdy tylko myślisz, że już koncert się skończył, zostajesz zbombardowany majtkami z helikoptera. To jest dobre, prawda?
Nie mogłem powstrzymać się od śmiechu, gdy wspominasz w swoim dokumencie o całkowicie lekceważącej recenzji Lestera Bangsa na temat twojego pierwszego albumu. Czy wasze drogi kiedykolwiek się skrzyżowały?
Lester Bangs był naszym kumplem. Po tym jak to napisał, myślał, że go znienawidzimy. On był, no wiesz, Lesterem Bangsem Z Creem Magazine, a my wszyscy częścią gangu z Detroit: Iggy [Pop], Alice, Ted Nugent i MC5 i całą reszta. „Tragiczne marnotrawstwo plastiku”. Śmialiśmy się z tego do rozpuku. To taka świetna fraza. Oczywiście Lestera Bangsa już z nami nie ma [zmarł wskutek przedawkowania Valium, Darvonu i NyQuil – przyp. red.], a ja już jestem przy swoim 30. czy 31. albumie. Teraz ludzi słuchają „Pretties For You” i myślą „Ten album to po prostu sztuka”. Frank Zappa kocha ten album. Mówi: „Nie ogarniam tego. To, co robicie, nie ma żadnego sensu, panowie”. To jest największy komplement. W tym momencie wiedzieliśmy, że coś naprawdę mamy.
www.youtube.com/watch?v=Qq4j1LtCdww
Alice Cooper na początku był nazwą kolektywu kapel, aż stał się twoją prywatną tożsamością. Czy był w twojej ewolucji moment w którym przybrałeś ten charakter mówiąc „Tak, to jest to, co robię”?
Po prostu zawsze mówiłem, że chcę aby Alice był czarnym charakterem rocka. Chciałem by był Moriartym rocka [postać fikcyjna, geniusz, największy adwersarz Sherlocka Holmesa – przyp. red.]. Bardzo sprytnym łotrem. Przebiegłym i w tym samym czasie seksownym. Ale też zabawnym; i posiadającym w sobie coś z wodewilu. I nam się to udało.
Stworzyliśmy tego faceta i po 50 latach on nadal tu jest. Myśląc technicznie, istniały dwie postacie. Był wczesny Alice. Gdy na niego patrzałem, to myślałem: „Wow, ten facet jest taką ofiarą”. Zawsze ucinano mu głowę i występował w prostej marynarce. Cały świat był przeciwko niemu i zdałem sobie sprawę, że tak naprawdę byłem reprezentacją tych wszystkich pozbawionych praw dzieciaków, które nie były fanami Crosbiego, Stillsa, Nasha i Younga. Miałem fanatyczną publiczność. Utożsamiali się z charakterem chłopca do bicia. I wtedy, gdy byłem trzeźwy, zdałem sobie sprawę, że nie byłem w stanie grać dłużej tej postaci, bo po prostu się nią nie czułem. Więc nowy Alice, był aroganckim łotrem – i w ten sposób gram go również teraz.
To było strasznie wczesną oraz bulwersującą odsłoną szokującego rockowca i niektóre z twoich teatralnych koncertów były celowo prowokujące.
Im bardziej widzieliśmy, że publiczność na nas reaguje, tym większe zyskiwaliśmy przyzwolenie na kontynuację tego, co robimy. Za każdym razem, kiedy widziałem coś negatywnego w prasie na nasz temat w stylu: „Och jak oni śmią robić to, to i to!” mówiłem sobie „To jest naprawdę dobre!” [śmiech].
Możesz zarabiać na życie, wkurzając matki i ojców.
Elvis wkurzał każdego rodzica. Sinatra wkurzał każdego rodzica. Był pierwszą gwiazdą, która z bobby-soxerami [pierwsi fanatyczni fani ery Swingu – przyp. red.]wstrząsała scenami. My po prostu byliśmy do tego podobni. I byliśmy na tyle cwani, by na tym zarabiać. Najśmieszniejsze jest to, że jako artysta, gdy widzisz, że ludzie na ciebie reagują, nie dbasz o to jak reagują – tak długo jak w ogóle reagują. Kiedy namalujesz obraz i ludzie nagle zaczynają na niego reagować, oznacza to, że udało ci się coś osiągnąć. W jakiś sposób ich poruszyłeś. Więc dlaczego w rock n’ rollu nie używać gilotyn, węży i rozrywać lalek dziecięcych na scenie? I jeżeli ludzie nie łapią żartu – mam na myśli, że czasami to im troszkę zajmuje, ale jak już zaczną go rozumieć, to w monty-pythonowski sposób.
Czy odgrywanie roli Alice’a kiedykolwiek stało się dla ciebie obciążeniem? Mam na myśli, że czy to na scenie, czy w sklepie spożywczym, ludzie oczekują od ciebie specyficznego typu zachowania.
Tak, był taki szary okres, gdy zastanawiałem się, gdzie kończę się ja, a gdzie zaczyna się Alice. Po prostu tego nie wiedziałem. Czy idąc do kina mam zabrać ze sobą węża? Czy muszę cały czas nosić makijaż? I nareszcie dotarłem do momentu, w którym zrozumiałem w końcu trzeźwiejąc, że muszę odgrywać obie te postacie. Muszę być doktorem Frankensteinem podczas dnia i potworem na nocnej scenie.
Ale moim problemem było to, że gdy trafiłem do szpitala z powodu alkoholizmu, doktor zapytał się mnie: „Więc, jak dużo pije Alice?”. Mam na myśli to, że wszystkim obarczałem Alice’a. I zdałem sobie sprawę, że gdy byłem na scenie to nigdy nie piłem. Gdy robiłem film, nigdy nie piłem. Gdy byłem w telewizji nie piłem i kiedy występowałem u Johnny’ego Carsona, to też nie piłem. Więc to nie potwór miał problem. Dwie godziny na scenie, były jedynym momentem w którym byłem trzeźwy. Alice miał się dobrze. To ja miałem problem.
Oglądając dokument o tobie i patrząc wstecz na swoją karierę, czy wszystko według ciebie zdarzyło się tak jak miało się zdarzyć? Czy może były istotne momenty, w których wszystko skończyć się mogło w bardzo odmienny sposób?
Byliśmy we właściwym miejscu, we właściwym czasie, z właściwym podejściem i właściwym materiałem. Wciąż powtarzam innym kapelom, że to jest jak jeden do miliona – jak wygrana na loterii – czy twojemu zespołowi się powiedzie. Nawet taka kapela jak Mumford and Sons. W tym momencie, w tej części świata ich muzyka powiązana jest w jakiś sposób ze wszystkimi. Ale w 1969 roku muzyka Pink Floydów trafiała do wszystkich w jakiś sposób. Więc nie można tego przewidzieć.
Mam na myśli, że Justin Bieber mógłby w ogóle się nie wybić w latach 70, ale okazuje się, że jest dokładnie tą rzeczą w obecnym okresie historii rock n’ rolla. W tamtych czasach wszystko było nieskazitelne. Nie było żadnego tła. I myślę, że teraz, gdy ludzie widzą kolesia czyściutkiego jak łza, po prostu chcą zobaczyć trochę brudu. Myślę też, że ludzie wciąż szturchali [Biebera], do czasu aż w końcu stał się kryminalistą, którym chcieli go widzieć i teraz go nienawidzą. To bardzo dziwne jak działa ten biznes. My zawsze staraliśmy się być w tym najlepsi. Mówiliśmy: „Wiemy już, że nas nienawidzicie. Ale zamierzamy zrobić nagranie, które pokochacie i nieważne co się stanie, będziecie musieli nas w końcu przetrawić!”.

