Alex Skolnick, doskonale wszystkim znana figura w metalowym, a nawet i jazzowym światku, popełnił dla niektórych bluźnierczy, lecz dla wielu oczywisty artykuł dla magazynu Guitar Player. Omawia w nim kwestię marketingu kryjącego się za powtarzanymi przez zespoły historiami i frazami, podpierając się przykładami z Van Halen i Metalliki. Bo ilu z Was naprawdę wierzy (jeszcze) Larsowi, gdy pod koniec koncertu mówi 'same time, next year’, albo ’see you very fuckin’ soon’? A ile prawdy może być w powtarzaniu co koncert, że jesteśmy najlepszą publicznością? To są małe kłamstewka. Wg Alexa jednak inne sięgają znacznie głębiej. Tłumaczenie jego artykułu w środku.

Nigdy nie zapomnę nocy, której mój starszy brat sprawił, że prysnął czar czegoś, w co wierzyłem, że jest prawdą*. To było jak odkrycie, że Św. Mikołaj nie istnieje.
* Św. Mikołaj oczywiście istnieje. W oryginale posłużył się nieznaną naszej kulturze Wróżką Zębuszką, więc trzeba było na coś zmienić.
Byłem w dziewiątej klasie i dopiero co wróciłem do domu ze swojego pierwszego koncertu Van Halen. Wcześniej tego wieczora wokalista Van Halen, David Lee Roth, powiedział coś ze sceny, co przeszyło mnie równie bardzo co ponaddźwiękowe fajerwerki na gitarze Eddiego Van Halena. To było zupełnie jakby Dave [Dawid], król wszystkich żydowskich surferów, wskazał na mnie na tyle areny i przemówił do mnie bezpośrednio: „Hej dzieciaku! Tak, ty! Tam na górze! Widzisz tą butelkę Jacka tutaj? Biorę łyka za twoje zdrowie, stary… L’Chaim!*” Zafundowałem wnikliwą relację z koncertu starszemu bratu, aspirującemu basiście, który zdecydował się nie iść, i który wyczekiwał tylko odpowiedniego momentu, by obwieścić mi wielką nowinę. Tzn. gdy zacytowałem dokładne słowa pana Rotha, które sprawiły, że ja i 13,999 innych pękało z dumy, a brzmiały one: „San Francisco – jesteście najlepszą publiką na całej tej trasie!”
* żydowski toast, który można przetłumaczyć jako 'za życie!’
Na to mój brat odpowiedział sześcioma słowami wielkie wagi, niczym 6.5-stopniowe trzęsienie ziemi: „On to mówi za każdym razem!”
NIE!!! Odmawiałem dania temu wiary. Moja parada została zmyta z powierzchni przez nawałnicę. Poczułem się jak Neo, postać z filmu, który wyszedł 15 lat później – Matrixa – który odkrywa, że wszystko w cokolwiek, kiedykolwiek wierzył, jest kłamstwem.
Ale to nie był żart: Diamond Dave zdradzał nas z inną. Jak wkrótce usłyszałem od licznych świadków, Roth mówił tłumom wieczór za wieczorem, że to oni byli najlepszą publiką na całej trasie, niezależnie od tego czy taką w istocie byli. Więc choć muzyczne ambicje mojego brata zostały udaremnione przez jego błędne osądy (wkrótce potem całkowicie zarzucił granie), gdy o tą kwestię się rozchodziło, wykazał że ma pełnię racji.
Chciałbym myśleć, że poradziłem sobie z problemem naruszenia zaufania, jakie to doświadczenie mogło wytworzyć pomiędzy mną, a oryginalnym składem Van Halen. Ale opowiadam tę historię nie jako rozczarowany fan. Ma raczej ilustrować interesujący fakt o przemyśle muzycznym.
Od Vaudevill po Van Halen, show business tradycyjnie opiera się na iluzji. Iluzja przemienia zwykłych śmiertelników w tytanów. Czasami chodzi o sceniczne rekwizyty – czy możecie sobie wyobrazić koncert stadionowy U2, Pink Floyd, albo The Rolling Stones bez rekwizytów? Czasami chodzi o make-up – Kiss, Marylin Manson i Alice Cooper to ekstremalne, ale efektywne przykłady. I bardzo często, jak nauczyłem się tamtego wieczora, chodzi o coś znacznie mniej oczywistego: kłamstwa, które – jeśli wymówione z uwagi na publiczny image zespołu – przyjmują formę 'werbalnych iluzji’.
Werbalne iluzje Van Halen nie ograniczały się do scenicznych kwestii Dave’a. Rozszerzały się na prasę. W niezliczonych wywiadach zespół popełniał stwierdzenia typu, 'Bawimy się najlepiej w świecie’, 'Z Van Halen każdy wieczór to piątkowy wieczór’ i 'Dla nas to w ogóle nie jest jak praca!’ Ale dziś nie jest żadną tajemnicą, że te same trasy i albumy, które Van Halen tak promował, nasiąknięte były dramatyzmem – krzykami, wrzaskami, niezręcznością, a okazyjnie nawet bójkami na pięści. Zespół nieomal implodował przy kilku okazjach.
Byłem fanem Kiss, ale to było co innego. Kiss byli zespołem z postaciami rodem z komiksów o superbohaterach i show przywołującym na myśl cyrk na sterydach. Moi przyjaciele i ja w pełni wiedzieliśmy, że Kiss było grupą, której cała kariera oparta była na iluzji. Ale Van Halen? To był swoisty szok. Koniec końców to Eddie Van Halen powiedział, że: 'Dużo łatwiej jest mieć chwyt reklamowy. Lecz gdy kładziesz na szali swoją osobowość, a im się to nie spodoba, przepadłeś. Jak dotąd stawialiśmy na osobowość i działało. I oto jak kapelom udaje się przetrwać – będąc autentycznymi.”*
* cytat dla Guitar Player z 1980r.
Zanim pomyślicie, że skreślam kompletnie Van Halen, spójrzmy na jeszcze jeden przykład, na zespół, który pojawił się już kilka lat później, który niczym Van Halen objawił się jako jeden z 'prawdziwych’ zespołów bez żadnego bajeru: na Metallikę.
Wszyscy z nas, którzy byli młodziakami na muzycznej scenie w Bay Area, poczuli obecność tej najbardziej wartej odnotowania metalowej kapeli, którą obserwowaliśmy jak wznosi się na szczyt niczym piana w dopiero nalanym pokalu Guinessa. Historia szła tak: Metallica nigdy nie zamierzała 'osiągnąć sukcesu’. Od L.A. po San Francisco, zagraliby w każdym malutkim klubie, jaki zechciałby ich gościć i byliby zupełnie usatysfakcjonowani mogąc to robić do końca swojego życia. Byli zespołem 'ludu’. Byli 'zupełnie jak ich fani’. Nie mieli żadnego 'planu’ i byli równie zaskoczeni jak wszyscy inni, gdy zaczęli rosnąć w rankingach przemysłu muzycznego. I z najwyższym szacunkiem i podziwem wskazuję, że ta opowieść jest w dużej mierze sfabrykowana.
Patrząc wstecz, łatwo dostrzec, że ruchy w karierze Metalliki były częścią ostrożnie zaaranżowanego planu, a ich brak zainteresowania 'odniesieniem sukcesu’ był sprytnym nagięciem prawdy. Cytaty dla prasy były ostrożnie dobierane. Mądrze zatrudnili ekskluzywnego fotografa, Rossa Halfina, i przejęli ścisłą kontrolę nad swoim wizerunkiem. Ich styl ubierania się zawierał efektywną jednolitość, [sporą] nawet jak na 'uliczne ciuchy’. Ich oprawa graficzna i rzeczy na sprzedaż, punkowe w swej prostocie, zawierały pop-artową estetykę Andiego Warhola, wysublimowaną, acz nadal wysoce przystępną. A najbardziej efektywną z kreatywnych decyzji była praca Larsa Ulricha, perkusisty zespołu i założyciela, oraz Duńczyka z wyższych sfer ze słownictwem z prywatnej szkoły, znajomością sztuki współczesnej i łbem do interesów, dorównującym jego własnemu potężnemu managementowi.
Przemiana Metalliki z czarnej owcy przemysłu muzycznego w jeden z najlepiej sprzedających się zespołów w historii był częściowo oparty na iluzji, iż cały skład był niczym więcej jak garstką przeciętnych, niechlujnych metalowców, którzy w ogóle nie mają pojęcia co robią w ujęciu biznesowym. Zdobycie szczytu przez Van Halen wsparte było iluzją, że ich życie to nic tylko zabawa – jedna wielka, wesoła impreza 24/7. Lecz odkładając iluzje na bok, przejście tych zespołów w nieśmiertelność nie byłoby możliwe bez czegoś bardzo prawdziwego w ich istocie: bez ponadczasowej muzyki, która trafiała w samo sedno, rezonowała z legionami fanów i złamała wiele zasad po drodze.
To nie jest krytycyzm, po prostu obserwacja, by wykazać, że iluzja – werbalna czy inna – jest częstym komponentem największych kapel rockowych. Użycie strategicznych 'kłamstw’ okazało się prawdą, nawet pośród zespołów, które w pewnym momencie nie mogły być już postrzegane jako bardziej 'prawdziwe’, czy mniej 'pod publiczkę’. W muzycznym biznesie koncepcja kapeli, która 'nie ma sztuczek w zanadrzu’ jest bardzo częsta, stanowiąc sztuczkę samą w sobie.
—————————————————
Nam poza obiecankami Larsa, że zaraz do nas wrócą i ślepym powtarzaniem, że Death Magnetic przecież brzmi dobrze przez jakiś rok od premiery, przypominają się jeszcze np. słowa Jamesa odnośnie pisania petycji.
See you soon!