Unborn Suffer: “Nie kręci mnie pisanie tekstów o sprawach przyziemnych”

0

Mieszaliście kiedyś coś o głębszym, życiowym znaczeniu, skłaniające do refleksji, z czymś skupiającym się na niczym innym niż pożoga, krew i flaki? Tak jakbyście wrzucili homara z dodatkiem luksusowego kawioru do typowo polskiego bigosu obfitującego w boczek z biedronki? Cóż, panowie z Unborn Suffer robią coś takiego, ale z muzyką. I wiecie co? Wychodzi im to świetnie.

 

DM: Witajcie! Piętnaście lat na scenie to kawał czasu! Biorąc pod uwagę, że uświetniliście tę rocznicę filmem i nowym wydawnictwem płytowym, to pewnie każdy pyta was o ten czas miniony. Nie możemy nie spytać i my – jak wspominacie te pierwsze dni zespołu? Co leciało wtedy z głośników, gdzie szukaliście inspiracji?

IMG_9967-2

SFENSON: Witam Cię. Na dzień dobry bardzo zmusiłeś mój mózg do pełnych obrotów i przypominania sobie tamtych czasów (śmiech). Mi się one głownie kojarzą z non stop noszoną ramoneską, wczesną SEPULTURĄ i NAPALM DEATH lecącymi z głośników, obskurną kanciapą w postaci przyczepy do której szło się przez dziurę w płocie, wkurwianie się, że muszę się uczyć, a nie mogę iść pograć z kolegami, umawianie prób przez telefon stacjonarny, rodzice mówiący, że słyszą jak gramy, bo tak się dźwięk niósł (kanciapę mieliśmy bardzo blisko mojego domu wtedy). Tak ja pamiętam te czasy. Surowe początki, których na nic innego bym nie zamienił.

DM: W którym momencie zauważyliście, że nie jest to tylko granie dla własnej przyjemności i spełnienia, tylko faktycznie łojenie docierające do szerszego grona odbiorców i spotykające się z aprobatą, z pozytywnymi reakcjami fanów grindu?

SFENSON: Po podpisaniu naszego pierwszego kontraktu z rosyjskim SOULFLESH COLLECTOR i wydaniu w 2006 drugiej płyty “Is This What We’ve Created?”. Wtedy ta muzyka trafiła do szerszego grona odbiorców i zauważyliśmy, że są osoby zainteresowane świńskimi wokalami i nisko strojonymi gitarami. Pierwszy album “Procreated Suffering” spotkał się pozytywnym odzewem, ale raczej tylko lokalnie, w polskich undergroundowych zinach itd.  “Is This What We’ve Created?” wybył za granice polski, a potem z albumu na album było tylko lepiej.

DM: Ciężko zestawiać wasze teksty z pierwszego oraz najnowszego długograja i nie zauważyć, że zdecydowanie dojrzeliście, rozwinęliście się w warstwie lirycznej. Wiele jest tekstów, z których bije pewne zaangażowanie społeczne – wtedy, tak mi się zdaje, bardziej liczył się dla was przekaz agresywny, mający odbiorcę zaskoczyć czy nawet zniesmaczyć. Jak Ty zapatrujesz się na ten rozwój? Dostrzegasz go? Co miało na niego ewentualnie wpływ?

DREADROCK: Teksty na nową płytę zasadniczo powstawały w oderwaniu od kontekstu liryk z poprzednich albumów. Jedną z najistotniejszych rzeczy faktycznie było nasze zaangażowanie społeczne, a może nie tyle zaangażowanie, co nasze przemyślenia i to jak odbieramy otaczający nas świat, rządzące nim reguły, wartości i co chcielibyśmy zmienić. Teksty na “Nihilist” są moim zdaniem nie tylko efektem pewnej dojrzałości, ale także (choć zabrzmi to nieskromnie) pewnej inteligencji oraz wrażliwości. Nie kręci mnie pisanie tekstów o sprawach przyziemnych, jakie często piszą kapele hardcorowe czy punkowe. Nie gardzę tym ani nie neguję, ale zostawiam to im. Wolę teksty głębsze, wymagające jakiejś interpretacji. Nasza muzyka nie jest bardzo skomplikowana, momentami jest wręcz prostacka i rozrywkowa, ale wbrew pozorom tematyka utworów jest poważna i przywiązujemy do niej dużą wagę.

DM: Teraz już może przejdźmy do współczesności i jeszcze świeżego „Nihilist”. Bardzo spodobał mi się hołd oddany przez was pamięci Ryszarda Siwca w piosence „08.IX.1968”. Oddaliście mu w jej tekście głos, wykorzystaliście jego słowa – można traktować je również jako rodzaj waszego stanowiska, wasze przesłanie dla młodych?

DREADROCK: Tak, oczywiście – swego rodzaju przesłanie, ale do wszystkich, nie tylko do młodych. Pomysł na tematykę tego kawałka był dla nas czymś nowym, świeżym, ale co do meritum, to Ryszard Siwiec mówił o sprawach ważnych za jego życia, jak i teraz. Oczywiście nie żyjemy na szczęście już w czasach, gdy nasze wojsko, a w tym potencjalnie np. nasi znajomi, bracia są wysyłani z inwazją zbrojną na sąsiedni kraj. Jednak bliska jest mi wrażliwość Siwca, jego umiłowanie wolności, prawa do samostanowienia, poczucie wartości, sprzeciw wobec tyranii. Mówił o rzeczach ponadczasowych. Mówił w taki sposób, że porzuciłem próby ujęcia tego własnymi słowami, bo nigdy nie zrobiłbym tego lepiej i postanowiliśmy wykorzystać testament Siwca. Jego historia zawsze mnie bardzo ujmowała. Z jednej strony był kimś bardzo wrażliwym, ale z drugiej był też prawdziwym bohaterem i jak bohater zginął.

DM: Przemową George’a Busha ozdobiliście kawałek o chyba najdosadniejszym, najbardziej… grindowym tekście na tym albumie. Wnioskując z wydźwięku – raczej nie jesteście miłośnikami jego prezydentury?

DREADROCK: Mówisz o utworze “Self Purification”. Tekst może grindowy (choć nie wiem, jak to definiować), ale akurat muzycznie to utwór akurat na wskroś death metalowy. Fragment przemowy Busha generalnie “podkradłem” z filmu “Religulous” Billa Mahera, który gorąco polecam. Jest przezabawny, ale też bardzo wzbogacający. Co do samego Busha, to oczywiście, że nie pałam sympatią. Chyba wolałbym już wiecznie zajętego sekretarkami Clintona czy Obamę, który ciągle udaje, że jest spoko gościem. Jak papież. O ile się nie mylę, to Tony Blair zdradził kiedyś, że Bush mu się przyznał, że często rozmawia z Bogiem i to właśnie on kazał mu wysłać wojska do Iraku. Amerykanie generalnie są religijnymi fanatykami, jak chyba żaden inny naród. Ich prezydentem może być nawet czarny, latynos, kobieta, Trump, ale kategorycznie nie ma opcji, żeby mógł nim zostać ktoś niewierzący. Bush był przy tym bardzo niekompetentnym politykiem, a skutki jego decyzji cały świat odczuwa do dziś.

DM: Pozwoliliście sobie na dwa takie… generyczne, że tak powiem, kawałki. Będący typowym dla waszego świńskiego brzmienia trzeci rozdział epickiej, grindowej epopei „Post Abortum” oraz hymnowy, manifestowy „Grind Until I Die”. Jak ważne jest dla was zawarcie tych numerów na płycie? Obok poważnych tekstów pojawia się „CZŁIIIII” i stanowi całkiem sympatyczny kontrast.

SFENSON: Bardzo ważne. „Post Abortum” doczekał się już trzeciej odsłony, a „Grind Until I Die”  jest już czwartym z serii. Na poprzednich płytach były „Drink”, „Smoke”, oraz „Fuck Until I Die”. Tak jak wspomniałeś, jest to całkiem sympatyczny kontrast bo pomimo poważnych, życiowych tekstów i raczej poważnego tonu samej muzyki znajdziesz też sporo luzu i humoru w naszych kompozycjach i występach na żywo. Jesteśmy na co dzień wesołymi osobami lubiącymi dużo żartować, na koncertach można normalnie do nas podejść i zagadać. Nie ma w nas tzw. „zła i mroku na siłę”. To właśnie wyrażają kawałki z serii ž”Post Abortum” i „Fuck until I die” A te drugie są też manifestacją tego co lubiliśmy/lubimy na co dzień robić (śmiech).

DM: Nie wy jedyni wykorzystujecie sample z dzieł popkultury, ale to z wami mamy okazję porozmawiać, więc… Dużo jej śledzicie? Mrugacie okiem do fanów kinowych blockbusterów, wykorzystujecie filmy dokumentalne, a nawet gry komputerowe. Przyznaję, że akurat Maksa Payne’a się na krążku grindowym nie spodziewałem. Lubicie tę grę? Widziałem jak Sfenson udzielał się na pewnej facebookowej grupie falloutowej, więc śmiem podejrzewać, że trochę siedzicie w temacie gier komputerowych. Czy tak jest?

SFENSON: Lubimy kino i dobre filmy, nawet bardzo. Dużo o tym rozmawiamy, wymieniamy się spostrzeżeniami i polecamy sobie nawzajem filmy. Co do Maxa Payne’a to wychowałem się na dwóch pierwszych częściach i uważam, że historia głównego bohatera, szczególnie w drugiej części, jest naprawdę przejmująca i wręcz psychodeliczna. Generalnie gry są dla mnie jedną z pasji, zaraz obok muzyki i filmów, której poświęcam sporo czasu i uwagi. Nic dziwnego zatem, że cząstka tego ląduje w muzyce UNBORN SUFFER, ma to w końcu duży wpływ na mnie. Choć przyznam, że tematyka gier, jak np. wspomnianego przez Ciebie Fallouta, częściej pojawia się w drugiej kapeli, w której gram – KONTAGION. Tam czasem całe utwory są poświęcane danej grze.

DM: Na jakim etapie drogi znajduje się obecnie Unborn Suffer? Czujecie, że wyrzuciliście już z siebie to, co chcieliście, czy raczej uważacie, że wciąż jeszcze macie coś do zaoferowania? Jak widzicie siebie obecnie na polskiej scenie i jakie macie plany na, powiedzmy, najbliższy rok?

SFENSON: Gdybyśmy czuli, że nie mamy już nic więcej do zaoferowania, to zapewne „Nihilist” byłaby naszą ostatnią płytą i po jej wydaniu ukłonilibyśmy się i zeszli ze sceny, czyli po prostu dali sobie już siana z tym. Także tak – mamy coś jeszcze do zaoferowania. Plan na najbliższy rok, co robimy już od lutego 2016, czyli promocja „Nihilist”na wszelkie możliwe sposoby. 23 czerwca supportujemy zespół BRUJERIA na koncercie w naszym mieście, potem kolejne koncerty (m.in. 26 czerwca we Włocławku w odrodzonym Czarnym Spichrzu), a pod koniec roku nasze 15-lecie (wkrótce więcej szczegółów związanych z tą imprezą). Niedługo pewnie zabierzemy się za pisanie nowych kompozycji, bo obecnie są stworzone tylko szkielety 2-3 kawałków.

unbornsufre

DM: Wyszły w ostatnim czasie godne uwagi grindowe sztuki, które byście polecili? Poza „Nihilist”, oczywiście.

DREADROCK: Ze stricte grindowych rzeczy to, mimo że szukałem, ostatnio nic nowego i ciekawego nie słyszałem. Mam nadzieję, że się to szybko zmieni. Natomiast z innych brutalnych rzeczy ostatnio podobało mi się nowe Aborted (“Retrogore”). Płyta na ich stałym, wysokim poziomie i chyba jak dotąd najlepsza tegoroczna płyta, którą słyszałem. Mam jednak nadzieję, graniczącą z przekonaniem, że 2016 przyniesie jeszcze co najmniej kilka innych świetnych albumów.

DM: To wszystko. Dziękuję Wam bardzo za wywiad i powodzenia zarówno w muzyce, jak i w życiu osobistym!

SFENSON: My również dziękujemy za poświęcony czas, oby Deathmagnetic.pl rozwijało się zacnie, a czytelników zapraszamy do śledzenia nas na www.facebook.com/unbornsuffer. KWIK!!!

Rozmawiał: Piotr “Kurai” Niewiadomski

Udostępnij to

O autorze

Kurai

Wszyscy myślą, że jest blackowcem, a tak naprawdę lubi malować się na misia pandę. Poza tym lubi norweskie chłody, ale i tak narzeka, że mu zimno.