Z Rafałem „Rastą” Piotrowskim miałem okazję i przyjemność przeprowadzić wywiad już po raz 2. Zarówno za pierwszym razem, jak i teraz, była to świetna okazja do długiej rozmowy o muzyce, pasjach i życiu w trasie.
Sporo czasu spędzasz na trasie. Masz czas na cokolwiek poza muzyką?
Jasne, że mam czas na działalność pozamuzyczną. Trasy zajmują nam większą część czasu. Oczywiście poza muzyką, każdy z nas ma swoje sprawy, swoje rodziny, pasje, i hobby niekoniecznie związane z muzyką. Trasy to około 30/40% naszego czasu. Gramy po 100 koncertów rocznie. Zawsze się znajdzie z tych 200 dni kilka na odpoczynek i fakultatywne rzeczy.
A jeśli można spytać, co robisz poza muzyką. Poza komponowaniem, koncertowaniem.
Muzyka jest moją pracą i pasją, więc z tego się utrzymuję. Poza także gościnnymi występami staram się uprawić sport, ruszyć z rekreacyjną częścią życia. Trochę się starzeję i brzucha mi przybyło po wszystkich trasach i wypitych hektolitrach piwa. Staram się spędzać czas z rodziną, przyjaciółmi, poczytać fajną książkę, dowiedzieć się czegoś o życiu i świecie. Wypełniać sobie czas, żeby to było kreatywne w miarę. Oczywiście lubię się też opierdalać (śmiech).
Jak z przyjęciem „Blood Mantra” przez fanów i branżę muzyczną?
Dla mnie ten nowy album to nowa era dla naszego zespołu. Ten album bardzo żre na żywo. To są numery, które są prostsze. Mają większy wykop samej kompozycji. Są wolniejsze i mają bardziej rock’n’rollowe konstrukcje. Ten album był tak konstruowany, żeby być albumem koncertowym. I widzę że ludzie łapią bakcyla, dobrze się bawią i śpiewają teksty razem ze mną. To jest fajne uczucie, bo mi się wydaje, że stanęliśmy na wysokości zadania. Ten album działa tak jak miał działać.
Skąd pomysł na odejście od technicznego, death metalowego grania w stronę bardziej nowoczesnego, z groovem, w stylu nieco amerykańskim? To naturalna ścieżka, czy może podłapaliście to od zespołów z którymi koncertowaliście?
Dla mnie to naturalny rozwój zespołu. Jak wiadomo głównym kompozytorem i szefem tego wszystkiego jest Wacek, Vogg. I on ogarnia to od strony muzycznej i on jest za to odpowiedzialny, jak z resztą zawsze. A jeżeli mam powiedzieć ze swojej perspektywy, to Decapy jeszcze za czasów „Organic Hallucinosis” podążali w tym kierunku. I to jest naturalne rozwinięcie, co Wacek rozpoczął jeszcze z poprzednimi członkami zespołu. Z Covanem, z Witkiem. Wtedy oni osiągnęli swoje apogeum. Oczywiście stało się to co się stało i zahamowało ten świetny okres. Podążamy własną ścieżką i gdybyśmy wrócili pod szyldem Decapitated z typowo death metalowym stylem jaki mieliśmy na pierwszych płytach, to byłoby to nieautentyczne. Bo i ja nie jestem gościem, który posiada wokal zamykający się w stylistyce stricte death metalowej. Nie jest to niski growl. Każdy z nas robi tak jak czuje, a przede wszystkim Wacek. Robi tę muzykę naprawdę z serducha. Mi się wydaje, że to czuję. Reszta gości w zespole też się w tym mam nadzieję odnajduje. To jest chyba to. I tak będziemy dalej robić i podążać w tym kierunku. Wiadomo, że zespoły z którymi koncertujesz i podrużujesz mają spory wpływ na to co robisz i twoją twórczość. Przerąbaliśmy trasy z Meshuggah, z Lamb of God, Children fo Bodom, GWAR. To są zespoły, które oczywiście wpłynęły na to co tworzysz. Są słabe i bardzo dobre momenty w tych performancach tych zespołów. Te rzeczy się podłapuje. W pewien sposób uczysz się od starszych kolegów. Nie jest to kopiowanie, ale zbieranie informacji od innych. W pewien sposób jest to zawarte na naszym nowym albumie. Ja się w tej stylistyce bardzo dobrze czuję i odnajduję. Dla mnie to jest to i oby tak dalej.
Możesz więc powiedzieć, że jest to twój ulubiony album? Czy może masz jakiś swoich faworytów jeszcze sprzed dołączenia do Decapitated?
Jestem bardzo dużym fanem „Organic Hallucinosis”. To jest album, który dla mnie jest perełką w dyskografii Decapitated. Tak jak już mówiłem, to szczyt możliwości. Może źle powiedziałem. Na pewno jest to coś wielkiego. Za jego sukcesem stoją bracia Kiełtyka. Ma fajny przekaz. Jest ciężki, industrialny wręcz. Zabiera cię w podróż. To tylko 40 minut muzyki, ale słucha się go świetnie. Powiem ci szczerze, gdy pierwszy raz go usłyszałem, byłem pod wielkim wrażeniem. Jestem również fanem wokali Covana. Pamiętajcie o Covanie tak by the way (strona na której można znaleźć więcej informacji o możliwych sposobach pomocy Covanowi: www.adrian.org.pl; przyp.red.). Zawsze możecie go wesprzeć, że tak wtrącę na marginesie. Powiem ci, że Covan wniósł bardzo dużo do muzyki Decapitated zaraz po swoim dołączeniu. Nie ujmując oczywiście niczego Świni (Wojciech „Sauron” Wąsowicz, pierwszy wokalista Decapitated; przyp, red.), bo Świnia był idealnym, genialnym wokalistą dla pierwszych 3 płyt. Pisał rewelacyjne teksty, ale Covan dodał temu (może to nie jest odpowiednie słowo w metalu) uroku, swój własny klimat. Wydaje mi się, że gdyby Witek żył i dalej grał w tym zespole, to byłoby naprawdę grubo. Nie mówię, że my robimy coś złego, ale to była siła braci. To jest coś pięknego, co znajduje się w muzyce takiej jak Gojira. To zawsze działa, te połączenie muzyków związanych ze sobą także więzami krwi. Mogę opowiedzieć o tym albumie z własnej perspektywy, jako osoby która nie była jeszcze wtedy w bandzie, nie była w żaden sposób powiązana z Wackiem, ani chłopakami. Byłem po prostu fanem zespołu i powiem ci szczerze, że ten album naprawdę zniszczył mnie.
A jaki jest twój faworyt wśród utworów?
Chyba ‘Visual Delusion’, albo ‘Post Organic’. Te dwa utwory bardzo lubię. Fajnie się je wykonuje na żywo. Mają fajne teksty. Oczywiście można napomknąć o ‘Day 69’, takim powiedzmy hicie z tego albumu, ale ‘Visual Delusion’ to taki mój numer 1.
A propos tekstów. Jesteś autorem wszystkich tekstów na najnowszym albumie Decapitated. Skąd czerpałeś inspirację? Wiem że to pytanie dosyć tendencyjne, ale różne osoby, różni twórcy mają zawsze w tym temacie ciekawe rzeczy do powiedzenia.
Odpowiem również bardzo tendencyjne. Z życia. Tak jak chyba każdy twórca. Jeśli chcesz coś robić szczerze, to musisz opowiadać o czymś, o czym masz pojęcie i co dotyczy ciebie. Jasne, że każda sztuka, jeśli jest tworzona przez człowieka a nie maszynę, to jest zabarwiona zastrzykiem uczuć, jest bardzo emocjonalna. Pierwszy numer na nowym albumie jest poświęcony Covanowi. Jest to parafraza utworu ‘Day 69’, w którym to Covan opisuje dzień na trasie, gdy budzi się rano, a na horyzoncie pojawia się wielki kac. Ciężko mu jest wstać, wszystko go wkurza, te wszystkie hałasy, dźwięki miasta i otaczającego go świata. Chce uciec, znaleźć miejsce w którym może się ukryć. Ja teraz zrobiłem nieco odwrócenie tego tematu. Covan jest więźniem własnego ciała. Jest człowiekiem totalnie świadomym. Teraz te dźwięki i bodźce to jedyna rzecz jaka trzyma go przy życiu. I to jest pierwszy numer. Ostatni numer na płycie, ‘Moth Effect’, bonus, jest o obozach koncentracyjnych, bo ten temat bardzo mnie interesuje i w jakiś sposób od zawsze mnie intryguje. Postanowiłem porównać w nim teorię deterministyczną efektu motyla, pozmieniać nazwy i w jakiś sposób, po swojemu ogarnąć. Można to oczywiście sprawdzić. Jest bardzo dużo tekstów, które powstawały naturalnie. Bardzo długo nad nimi pracowałem, ponieważ wcześniej autorami tekstów byli Świnia, czyli Wojtek Wąsowicz, oraz Jarek Szubrycht. To są goście którzy naprawdę wiedzą co robą. I to było trudne zadanie, żeby stanąć na wysokości zadania i napisać te teksty dobrze, żeby ludzie zrozumieli o co chodzi, a żeby to było dalej prawdziwe i utrzymane w duchu Decapitated. I dlatego tak długo pisałem te teksty. Czułem presję i ta presja też motywuje bardzo. W pewien sposób udało się tego dokonać. Jestem zadowolony z efektu i z odbioru fanów. Z drugiej strony ludzie również utożsamiają się z tym.
Czy wsłuchując się w Twoje teksty można doszukiwać się jakiejś przewodniej historii?
Zabarwienie emocjonalne jest na pewno bardzo duże. Ale czegoś takiego nie ma. Są to sprawy uniwersalne. Staram się utożsamiać z ludźmi, nie z samym sobą, oczywiście czerpiąc inspirację z własnego doświadczenia. Jeżeli mam opowiadać jakąś historię to pewnie to będzie historia Covana. Nie znałem go przed wypadkiem w relacjach prywatnych przed wypadkiem. Poznałem go dopiero jak się wydarzył wypadek. W 2009/2010 gdy związałem się z historią zespołu Decapitated. Gdy pierwszy raz go zobaczyłem, zostałem rozłożony na łopatki. Nie wiedziałem co mam powiedzieć. To był naprawdę szok, zwłaszcza, że wyglądał wtedy troszeczkę gorzej niż teraz. I chyba właśnie dlatego ta historia wpłynęła na to, że ten pierwszy numer jest o nim. Jest to zrobione z pewnego rodzaju premedytacją. Chcieliśmy ludziom przypomnieć, że Covan wciąż istnieje w życiu Decapitated. Covan dalej jest członkiem Decapitated. Był świetnym gościem, z tego co wiem z opowiadań. Słyszę wiele pochlebnych opinii o nim od jego przyjaciół i znajomych, którzy go wspierają.
Udzielasz się ostatnio sporo gościnnie. Na przykład w Mindfield. Jak wynikła ta współpraca między wami? Jakie jeszcze projekty na horyzoncie?
Świat jest bardzo mały. I tak było w tym przypadku. Goście z Mindfield są dobrymi znajomymi mojego przyjaciela, który wykonał wszystkie moje tatuaże, Piotra „Deadi” Dedela. Właśnie przez niego i wspólnych znajomych poznaliśmy się. Nie mieszkamy też tak daleko jeśli chodzi o rodzinne miasta. Mindfield pochodzi z Jasła i Krosna, a ja z Mielca, więc to są dziesiątki kilometrów. Słyszałem o tym zespole już wcześniej, bo dość długo działają na scenie muzycznej, regionalnej. Jest to dobry zespół, a jak zaprosili mnie do wspólnych nagrań, to okazało się, że są świetnymi gościami, a współpraca się fajnie układa. Mam nadzieję, że udało się zrobić ciekawy, bujający numer, który też dla nich jest też czymś fajnym. Taka współpraca jest czymś bardzo cennym. Wiele się mogłem przy nich nauczyć, a oni mam nadzieję nie żałują, że tak się stało. Jeśli chodzi o następne gościnne udziały, to miałem bardzo zaszczyt uczestniczyć w płycie Wojciecha Hoffmanna, naszego legendarnego gitarzysty, znanego m.in. z Turbo. Nagrałem jeden numer dla niego na płytę solową, „Okna”. Była to również świetnie układająca się współpraca. Fajnie było dla kogoś kto był i dalej jest twoim idolem coś nagrać. Słuchało się za dzieciaka płyt typu „Kawaleria szatana” puszczanych gdzieś z kasety. Z Wojtkiem poznaliśmy się na jednym z koncertów promujących gitary Ibanez. Okazało się, że bardzo fajnie nam się rozmawia, a współpraca nawiązała się bardzo naturalnie. Ostatnim moim gościnnym udziałem była współpraca z genialnym gitarzystą młodego pokolenia, Jakubem Żyteckim, można powiedzieć, że liderem zespołu Disperse. Udało nam się zrobić ciekawy numer, także bardzo jestem zadowolony z tej współpracy. I oby tak dalej. Mam nadzieję, że jeszcze pojawią się jakieś ciekawe propozycje. To zawsze jest coś, co daje ci nowe doświadczenie. Zawsze możesz się wiele nauczyć od młodych ludzi. Jak oni patrzą, jaką mają perspektywę. Nie mówię, że ja jestem stary, bo jeszcze tak naprawdę mało osiągnąłem na ringu muzycznym. Ale jeśli chodzi o ludzi kilka lat młodszych , słuchających troszeczkę innej muzyki, to można się od nich wiele nauczyć i to jest bardzo cenne. Także miło to wszystko wspominam.
Obserwujesz co się dzieje w twoich dawnych zespołach? Słuchałeś choćby ostatniej EP-ki Kethy? Jak odbierasz kierunek jaki nim obrali?
Jasne, że mam większy czy mniejszy kontakt z poszczególnymi członkami zespołu. Jeśli chodzi o ostatnią EP-kę Kethy, to dostałem ją jeszcze przed wydaniem od gitarzysty Maćka, lidera zespołu. Powiem ci, że w fajnym kierunku goście zmierzają. Skład bardzo się pozmieniał na przestrzeni ostatnich lat. Mój epizod z Kethą, to było tylko kilka zagranych koncertów, zarysy płyty, gdzie wszystkie struktury zostały potem i tak pozmieniane. Zostałem zamieszczony na tej płycie jako backing vocal i myślę, że to było fajne wyjście, bo nie byłem w stanie w udźwignąć wszystkich trzech zespołów, gdy jeszcze Forgotten Souls było na tapecie. Decapy dużo koncertowały w tamtym czasie. Ponad 100 koncertów graliśmy w 2010 gdy odszedłem z Kethy. Jasne, że śledzę ich dokonania, bo to są wciąż moi kumple i bardzo mnie to ciekawi. Tak samo czekam teraz na nową płytę zespołu Forgotten Souls, która jest już w powijakach miksowania. Być może będę miał nawet okazję zaistnieć na tej płycie, co byłoby super, bo naprawdę bardzo fajnie jest zrobić coś gośćmi z którymi zaczynałeś swoją przygodę muzyczną. Mogę powiedzieć, że miałem szczęście grać z gośćmi którzy mają pojęcie o muzyce, od których się dużo nauczyłem. I to jest bardzo fajna sprawa, bo widzę że oni dalej beze mnie sobie bardzo dobrze radzą. Do Forgotten Souls, zespołu który był moim pierwszym zespołem w Krakowie, wrócił genialny wokalista Olaf, który był przede mną. Olaf Różański. Uważam, że ten koleś ma naprawdę świetną gardziel i świetnie śpiewa czysto. Także idealnie pasuje do nich klimatycznie. Oni się znają z Olafem dłużej niż ze mną. Także robią coś naprawdę fajnego. Z resztą słyszałem pierwsze miksy Forgottów i naprawdę polecam. Ketha kilka razy wymieniali skład, ponieważ chcieli grać. Teraz mają skład w całości z Krakowa. Bardzo zdolnych muzyków sobie Maciek zaciągnął do zespołu i myślę że to działa. Życzę chłopakom wszystkiego najlepszego.
Koncertujecie sporo z Decapitated. Jesteście headlinerami na wielu światowych festiwalach. Czy czujecie się już jak gwiazdy, jak zespół który osiągnął szczyt? A może jest jeszcze na horyzoncie jakiś punkt do którego wciąż dążycie?
Myślę, że jak gwiazdy, to się na pewno nie czujemy. Wychodzisz na takim festiwalu, gdzie grasz przed takimi zespołami jak Meshuggah, którzy w mojej hierarchii są opus magnum tego wszystkiego. Świetni koncertowo i muzycznie. Porównując się do nich, dużo nam jeszcze brakuje. Harujemy dość ostro na to, żeby zasłużyć na to co mamy i dążyć do ideału, który tak na dobrą sprawę nie istnieje. Nie ma zespołów idealnych. Coś takiego nie istnieje, to jakaś utopia moim zdaniem. Ale ci którzy dużo osiągnęli, można się od nich dużo nauczyć. Goście z Meshuggah to bardzo pokorni goście. Normalni ludzie, którzy robią to co kochają i robią to naprawdę dobrze, więc to kontynuują. Tak samo z zespołem Lamb of God, który osiągnął bardzo dużo na skalę światową i wiele można się od nich nauczyć. Myślę, że w naszym wypadku jest jeszcze pewna droga do przebycia. Ale tak jak mówiłem dosyć dobrze sobie radzimy w tym co robimy i pchamy do przodu to wszystko, ten cały wózek z napisem Decapitated na czele.
Graliście praktycznie na całym świecie. Jaki region, jaki kraj zapadł ci najbardziej w pamięć? Nie tylko pod względem koncertów i reakcji fanów, ale również mentalności tamtejszych ludzi.
Przypominając o nieprzyjemnych wydarzeniach, które miały miejsce w Nepalu, to na pewno Nepal. Byliśmy tam na trasie azjatyckiej. To był pierwszy koncert na tej trasie w 2011 roku bodajże. Ten kraj jest bardzo pięknym krajem, który przechodzi teraz bardzo ciężkie czasy. Pamiętam Nepal z 2011 roku, Katmandu. To było coś pięknego. Zupełnie inna kultura i mentalność ludzi. Całkiem inne krajobrazy. Coś, co potrafi oczarować, coś do czego chce się wracać. Drugim z takich krajów jest na pewno Australia. Pierwszy raz gdy byłem w Australii w 2010 roku (że użyję takiego określenia) byłem chyba za bardzo obsrany. To był początek mojej kariery w Decapitated. Graliśmy wtedy jako ostatni. Po zespołach typu Misery Index, Psycroptic, czy Origin. Po zespołach, których słuchałem jako fan metalu. Było to dość trudne wychodzić po nich na scenę. Oglądałem wszystkie show przed nami i byłem pod wielkim wrażeniem. Ciężko było uciągnąć to wszystko, ale jakoś tam się oczywiście udało. Wtedy byłem chyba bardziej zajęty muzyką. Po 5 latach bycia w Decapiteted, gdy dobiliśmy do Australii zachwyciłem się nią nawet bardziej niż Nową Zelandią. Mentalnością ludzi, sposobem bycia, możliwościami. To jest coś pięknego. Wymieszanie wszystkich fajnych elementów, wspólny mianownik tego wszystkiego. To mnie naprawdę oczarowało. Nie byłem tam na tyle długo, to jest pierwsze spojrzenie na temat. Pewnie jakbym tam posiedział trochę dłużej, to znalazłbym jeszcze minusy tego wszystkiego, jak wszędzie. Ja się z Polski nie chcę wynieść. Bardzo ją lubię i lubię tu mieszkać. Polska też jest fajnym krajem. Warto o tym pamiętać.
Czy Decapitated obrał już kurs na nowy materiał? Są już jakieś plany, zarysy, szkice?
Teraz pojawiają się rozmowy na temat tego, jak by to miało wszystko wyglądać. Ale jest to jak na razie w powijakach. Przede wszystkim Wacek coś przebąkuje na koncertach które gramy, że trzeba wziąć się za nowy materiał i rzeczywiście jest to naturalne, że chce nam się robić coś nowego. Ja już się będę zastanawiał nad tekstami, jakieś zarysy muszą powstać już niedługo. Wydaje mi się, że niedługo będą już podawane jakieś informacje na ten temat, że zabieramy się za coś. Oczywiście do końca roku jeszcze dużo koncertów jest pobookowanych. Także będzie to przeplatane trasami koncertowymi. Tak jak ta trasa na jesień w Stanach Zjednoczonych, która zabierze nam miesiąc z życia. Czy też inne trasy które zostaną ogłoszone, czy też już są ogłoszone. Na wielu festiwalach też gramy w lecie. Także z początkiem nowego roku ten temat zacznie wchodzić na tapetę troszeczkę ostrzej. Na pewno coś się pojawi.
Na przestrzeni kilku ostatnich lat zmieniliście basistę i perkusistę. Jak to was wzmocniło? Były problemy na początku z wewnątrzzespołową integracją?
To jest chyba naturalna kolej rzeczy w życiu zespołu. Wacek przywrócił do życia w 2009 roku zespół Decapitated pod tą samą nazwą. On nas wybrał jako gości z pewnego rodzaju castingów. Byliśmy wcześniej kumplami, ale nie jakimiś zażyłymi. Takie rzeczy jak zespół buduje się latami, co widać po grupach, które bardzo dużo osiągnęły, a dalej trzymają się razem. Widać też zagłębiając się w ich historię jak wiele zmian każdy z tych zespołów miał. I u nas to też było naturalne. Członkowie zespołu, którzy odeszli mieli inne priorytety w życiu. Chcieli robić coś innego, czy też nie mogliśmy się dogadać na pewnych płaszczyznach współpracy. I to była bardzo naturalna kolej rzeczy. Skład który teraz jest utrzymuje się od ponad roku. Michał jest ostatnim, najświeższym członkiem, który doszedł do zespołu w tamtym roku, powiedzmy w styczniu. Także półtora roku gramy już razem i powiem ci, że bardzo fajnie się gra z tymi gośćmi, którzy teraz są w zespole. Chyba to idzie w dobrym kierunku. Czym bardziej się zgrywamy, poznajemy, tym więcej z siebie dajemy grając razem. Bardziej się wyczuwamy. Ilość zagranych koncertów bardzo wpływa na nas, na zachowanie sceniczne. Na to jak to wszystko brzmi. Uczymy się siebie nawzajem. Każdy z nas ma jakieś nawyki muzyczne. Trzeba znaleźć wspólny mianownik i jakoś to wszystko pociągnąć żeby zrobić dobre show. I mi się wydaje, że skład jest teraz naprawdę fajny. Robimy swoją robotę i fajnie to wszystko gada.
Czytasz komentarze w Internecie na swój temat?
Gdybym powiedział, że nie czytam, to bym skłamał. Na pewno kilka razy, kiedy przeglądałem jakieś nasze nagrania wideo z YouTuba, czy recenzje płyt, to znajdowały się tam komentarze na mój temat. Mam kilku zwolenników, jak i przeciwników. To co robię, było czymś nowym w historii zespołu Decapitated. Tym bardziej, że jestem frontmanem, a frontman dostaje zawsze po dupie na początku. Jasne, że musiałem i wciąż muszę się jeszcze bardzo wiele nauczyć. Staram się to robić, ale niektórzy nie mieli tej cierpliwości. Na początku gdy doszedłem do Decapitated i nagrałem pierwszy album, ludzie mieli wiele zastrzeżeń do tego, ale miałem także wielu zwolenników. Wydaje mi się, że to jest pół na pół. Bardzo mądra pani Madonna powiedziała kiedyś: „nieważne co gadają, ważne żeby gadali”. I trochę w tym o to chodzi. Jeśli chodzi o moje podejście do tego, to jeśli komentarz jest konstruktywny, to biorę go do siebie i staram się to zmienić. Jeśli jednak ktoś pisze, że mam dredy, nazywam się tak czy inaczej, czy mam takie a nie inne pseudo, albo moja barwa głosu jest taka a nie inna, a tego nie lubi, to ok. Jeśli czegoś nie lubisz, to po prostu tego nie słuchaj. Nie lubisz zupy pomidorowej, to jej nie jedz. Prosta zasada. Ja robię to co robię na 100 procent i staram się być w tym na 100 procent szczery. Jeśli ktoś tego nie lubi, szanuję to i nie mam żadnych zastrzeżeń do niego i wszystko jest ok.
Jaki jest twój ulubiony album w tym roku? Masz już swojego faworyta, albo na jakiś szczególnie czekasz?
Na pewno czekam na Lamb of God. Od zawsze był to dla mnie fajny zespół. Jest to też dobry zespół do akcji typu jeżdżę sobie na rowerze i słucham Lamb of God czy Meshuggah. Są to zespoły, które w jakiś sposób mnie napędzają i motorycznie napędzają mi życie. Czekam na nowe Meshuggah, bo wiem, że siadają teraz do nagrywania. To będzie ważny punkt w moim muzycznym poszukiwaniu.
Gdzie byś siebie widział jakbyś nie pełnił funkcji frontmana Decapitated? Gdzie byś się znajdował, jakbyś się nie zajmował muzyką?
Skończyłem Politechnikę Krakowską na Wydziale Transportu i Zarządzania Transportem. Mógłbym być logistykiem, albo spedytorem. Albo bujałbym się z jakimś mniejszym zespołem po regionalnej scenie. To jest takie gdybanie, ale chciałbym robić coś z muzyką. Muzyka to jest najpiękniejszy odłam sztuki jak dla mnie. Z prostym, a przy tym bardzo silnym przekazie. To jest coś, co zawsze było bardzo ważną częścią mojego życia. Tak jak mówiłem, pewnie miałbym jakąś pracę. Byłbym szczurem korporacyjnym, albo spedytorem turlającym własną, małą firmę. Ale muzyka na pewno byłaby dalej częścią mojego życia.
Nie jest żadną tajemnicą, że jest wielkim miłośnikiem dziar. Opowiedz coś o swoich tatuażach.
Moje dziary zostały w większości wykonane przez Piotrka Dedela, czyli „Deadiego”. To jest gość, który jest moim przyjacielem, więc każda taka sesja tatuowania wiąże się z tym, że dwóch przyjaciół spotyka się i spędza fajnie czas. Zwłaszcza, że on teraz mieszka w Londynie. Nie widzimy się zbyt często i ten czas jest dla nas bardzo cenny. Dziary na łapach przedstawiają Predatora i Obcego. Są to filmy, które bardzo mnie inspirowały w dzieciństwie. Stwierdziłem, że jak już mam sobie coś wydziarać, to musi być to że tak powiem moje. To ułamek mojego życia. Zawsze za dzieciaka lubiłem te filmy oglądać. Bałem się ich strasznie. Na tatuażu możesz przedstawić wszystko. Możesz sobie wydziarać Salvadora Dali czy Hołd Pruski, ale jeśli zrobi to ktoś kto nie ma o tym pojęcia, to wyjdzie straszna kupa. Ja wybrałem taką tematykę, a tak naprawdę chodziło mi o to, kto to zrobi. Bardzo długo szukałem osoby. Poznałem wtedy Piotrka, który jest bardzo utalentowanym gościem i bardzo znanym tatuatorem. Jeśli chodzi o jeszcze jednego gościa od którego mam dziarę, to jest to przyjaciel Piotrka, Kamil Mocet, również znany i ceniony. Pracuje w studiu Kamil Tattoo w Londynie. Ostatnio miałem okazję być tatuowany na przysłowiowe „dwa baty” (śmiech), czyli na dwie maszyny. Robili mi tatuaże na ręce i na nodze na raz. Dużo bólu, ale fajny czas. Spędziliśmy kilka godzin pijąc whisky i malując ciało. Fajnie to wspominam i udało się zrobić fajne dziary. Będę to kontynuował z tymi dwoma gościami, bo dobrze mi się układa z nimi ta współpraca, że tak to można nazwać. I ma to dla mnie znaczenie osobiste, bo 80% tatuaży na moim ciele wykonał mój przyjaciel, a to jest coś fajnego.
Czego można ci życzyć na przyszłość?
Chciałbym żeby po prostu wszystko układało się w miarę spokojnie. Żebyśmy nie mieli tych wszystkich perypetii z których nasz zespół jest znany (śmiech). Chciałbym, żeby nasze działania miały jakiś rezonans w przyszłości. Nie ma co takich życzeń sobie teraz składać. Niech życie idzie do przodu i tyle.
Mam nadzieję, że tak się właśnie będzie działo. Dzięki za wywiad.
Ja również dziękuję.



![Decapitated, Spirits Way, War-saw, Thunderwar: Relacja z koncertu w bielskim Rudeboy Club [18.04.2015]](http://www.deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/04/Decapitated.jpg)