Niklas Kvarforth (Shining) dla DM.pl: “Trudno być królem we własnym kraju”

0

Parafrazując klasyka, można powiedzieć, że z Niklasem Kvarforthem jest jak z pudełkiem czekoladek – nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Podobnie zresztą z samą muzyką Shining, nierozerwalnie, ale również wbrew woli pomysłodawcy kojarzoną z pełnymi ekspresji koncertami.  Kolejny album studyjny grupy, „Varg Utan Flock”, łączy w sobie brutalność i agresję ze smutkiem i refleksją. Z frontmanem Shining udało się nam porozmawiać nie tylko o muzyce, ale i o Japonii, satanizmie, książkach i szkodliwości Internetu.

Alicja Sułkowska: Witaj, co słychać?

W porządku, niedawno wróciłem z Madrytu.

Biznes czy przyjemności?

W gruncie rzeczy nie robię nic dla przyjemności (śmiech). Nie, nagrywałem tam album z moim innym zespołem, w tym z muzykami Teitanblood.

I jak?

Całkiem nieźle, właśnie skończyliśmy nagrywać wokale. Poza mną w tym zespole jest jeszcze jeden muzyk Shining i Teitanblood.

Popisaliście już kontrakt z jakąś wytwórnią?

Tak, choć jeszcze nie ogłosiliśmy tego oficjalnie. Zespół nazywa się Lice (ang. wszy, A.S.), wiesz, jak te robale, które wkręcają się dzieciom we włosy. Album zapowiada się naprawdę nieźle – jest zupełnie inny niż wszystko, co do tej pory nagrałem.

W jaką stronę idziecie muzycznie z tym projektem?

Hmm… Na pewno jest w tym dużo klasycznego norweskiego black metalu, ale też trochę brzmień w stylu Joy Division czy Toma Petty’ego. Ogólnie strasznie popieprzona sprawa (śmiech).

Skuteczna reklama!

Tak, poza tym pracuję jeszcze z Maniakiem nad nowym materiałem Skitliv. Po raz pierwszy udało się nam skompletować skład z prawdziwego zdarzenia, więc zabraliśmy się do roboty.

Czy- (Niklas zaczął mówić w tym samym czasie) – Wybacz, przerwałam ci…

Nie, nie, daj spokój, tak gadam bez ładu i składu. O co pytałaś?

Czy planujecie występować na żywo?

Skitliv na pewno. Z Lice? Nie wiem, to zależy też od innych muzyków – zobaczymy…

Zmieniając nieco temat – przeważnie udzielasz wywiadów telefonicznie. Skąd ta awersja do formy mailowej?

Właściwie, mogę to robić telefonicznie albo face to face. Obecnie nie odpowiadam na pytania w formie mailowej ze względu na brak czasu.

Bycie zajętym to chyba pozytywne uczucie.

Nie do końca, w każdym razie nie w moim przypadku. Ze względu na stres miałem ostatnio sporo problemów zdrowotnych… Teraz jest coraz lepiej, dlatego uznałem, że lepiej rozmawiać przez telefon niż siedzieć przed komputerem.

Miło to słyszeć! A czy, nawiązując do obecnej debaty, zgodziłbyś się, że komputery mogą być niebezpieczne dla zdrowia psychicznego?

Na pewno! To poniekąd dobrze, biorąc pod uwagę, że nie mam zbyt humanitarnych poglądów. Coraz częściej rzuca się w oczy to, że cały świat, a szczególnie młodsze pokolenie dorasta w towarzystwie tej obsesji na punkcie ogólnodostępności informacji i usług. Świat rzeczywisty staje się mniej ważny niż ten wirtualny – naturalnie ma to tyle samo plusów, co minusów. Na przykład w biznesie, choć tu wadą jest to, że zbyt wiele dzieje się w ciągu jednej chwili. Mam nadzieję, że zniszczy to jak najwięcej firm. Poza tym jest jeszcze sprawa młodzieży, która eksponuje się w Internecie, nie do końca będąc świadoma konsekwencji z tym związanych. Ta dżungla informacyjna nie powinna być ogólnodostępna. Teraz, jeżeli jesteś czymś zainteresowana, wystarczy kilka kliknięć myszką, a odkrycie jakiejkolwiek prawdy przestaje być ważnym przeżyciem. Jedna z moich znajomych, z którymi pracuję, ma obsesję na tym punkcie. Rozmawiamy na przykład o tym, w jaki sposób pikuje samolot w momencie katastrofy, a ona wyciąga telefon i mówi „Poczekaj, zaraz sprawdzę!”. Odpowiadam „Ani mi się waż, niech przynajmniej to zostanie tajemnicą!”.

Czy uzależnienie od Internetu można porównać do narkomanii czy alkoholizmu?

Oczywiście, ale ja jestem już uzależniony od alkoholu i narkotyków, więc…

…trzeciego nałogu nie potrzebujesz (śmiech)?

Jestem jeszcze uzależniony od seksu, to już trzy. Jednak cztery to faktycznie byłaby przesada.

Wiesz, trzy to podobno szczęśliwa liczba.

Nie dla mnie, ale wiem, co masz na myśli (śmiech).

Wróćmy do muzyki. Powiedziałeś, że Shining nie może być nazwane po prostu black metalem. Jak „Varg Utan Flock” ma się do tego postulatu?

To dla mnie wyjątkowo dziwna sprawa. Kiedy miałem 12 lat, założyłem zespół, a muzykę, którą grałem nazwałem „suicidal black metal”. Ludzie natomiast zrobili z tego cały podgatunek, co jest dla mnie po prostu śmieszne. Jestem jedynym satanistą w zespole i myślę, że nazywanie mojej muzyki black metalem byłoby swojego rodzaju bluźnierstwem. Black metal to dla mnie właściwie akt religijny. Gdybym więc musiał w ostateczny sposób zdefiniować Shining, powiedziałbym, że to po prostu „mrok”.

Czy satanizm jest tu wymogiem do stworzenia przekonującej muzyki?

W żadnym wypadku. Każda fundamentalistyczna religia może zostać wykorzystana w taki sposób. Jeśli jednak mowa o black metalu i satanizmie, to muzyka powinna być w tym przypadku narzędziem dla Diabła. Jeżeli ktoś gra black i manifestuje w ten sposób swoje oddanie, nie mam z tym żadnego problemu. Jednak jeśli ktoś pisze o Diable nie będąc w pełni świadomy tego, czym się zajmuje, jest to tylko rozrywka. Przeważnie dość tandetna.

Jakie narzędzia miałeś na myśli, mówiąc o propagowaniu konkretnego przesłania?

To, co robię z Shining, przyjmuje nieco inny obrót, ponieważ nie mówię o Diable wprost. On jednak zawsze jest obecny w mojej twórczości. Jest po prostu moim życiem. A ponieważ moje przekonania religijne mają wpływ na inne aspekty, nie może być inaczej. Jednocześnie jednak uważam, że w muzyce zawsze należy być szczerym i dlatego próbuję przekonywać słuchaczy – to moja broń. I używam jej jak tylko mogę, choć nie mógłbym uważać się za swojego rodzaju kapłana. Są rzecz jasna ludzie, którzy są w tym dobrzy i powinni się tego trzymać. Ja skupiam się na czymś innym. Można powiedzieć, że mam talent do nakłaniania do autodestrukcji, lub przynajmniej wzbudzania w słuchaczach zainteresowania przemocą i zbrodnią. Jeżeli uda mi się ich do tego przekonać, wykonam swoje zadanie. Diabeł jest zawsze obecny w każdym przestępstwie, każdym morderstwie, we wszystkich negatywnych emocjach.

Czy z drugiej strony jednak satanizm nie jest kolejnym black metalowym stereotypem?

Kiedy Diabeł na ciebie spojrzy, możesz albo postradać zmysły, albo uciekać jak tylko możesz najdalej. Tak dzieje się ze wszystkimi – wiesz, jestem częścią tej sceny od 25 lat (śmiech)! Dla mnie te chwile były swojego czasu formą przeżycia religijnego, choć szybko zdałem sobie sprawę, że większość ludzi była bardziej zainteresowana mówieniem, niż wcielaniem w życie tego, o czym pisali.

Kiedy dotarło do ciebie, że to jest właśnie ta droga, którą chcesz iść?

Właściwie ten religijny aspekt związany z tą sceną dotarł do mnie szybciej niż muzyka. Zawsze fascynowały mnie przeciwieństwa, zadawanie bólu, krzywdzenie innych, wszystkie te ciemniejsze strony życia… Cholera, jak tu zimno (śmiech)!

Tu podobnie…

W gruncie rzeczy mieszkamy całkiem niedaleko od siebie – jestem teraz w Słowenii.

Wiesz, nie jestem pewna, czy to tak blisko (śmiech)

Daj spokój, to tylko mapa (śmiech). W każdym razie – to te negatywne emocje zawsze budziły moje zainteresowanie i myślę, że to dlatego tak szybko stałem się częścią tamtego środowiska. Jako dziecko słuchałem Guns’n’Roses, aż poznałem gościa, który pokazał mi tę ciemną stronę życia i muzyki. To była dla mniej pewnego rodzaju platforma dla wymiany tego typu pomysłów. Szkoda, że jej fundamentem były same pierdoły.

Czy jakiekolwiek z tych elementów są obecne w dzisiejszej scenie DSBM?

Właśnie to chcę powiedzieć – ukułem termin i wstydzę się zarówno jego, jak i zespołów go wykorzystujących. Kiedy w latach 90. nazwałem moją muzykę „suicidal black metal”, chciałem stworzyć coś, co będzie w stanie nakłonić ludzi do samobójstwa albo innych aktów przemocy. Teraz natomiast ci muzycy nagrywają płyty dla swoich dziewczyn, a jedynym przesłaniem jest „Ojej, jak za tobą tęsknię” i tego typu bzdury. Nie do końca rozumiem mechanizmy, które tym kierują. W Shining wykorzystuję sytuacje z mojego życia, kolejny album to dla mnie kolejne zapisane kartki dziennika. W przeciwnym razie te emocje nie byłyby prawdziwe. Wspomniałaś o tym „depressive-suicidal-czymś”. Nie wiem, co robią i chyba nie za bardzo chcę się dowiedzieć, podobnie jak nie jestem zainteresowany odkrywaniem współczesnej sceny metalowej.

Czy w czasie tych ponad 20 lat nagrywania muzyki nie obawiałeś się, że to konkretne przesłanie Shining może stać się monotonne dla ciebie i słuchaczy?

Wiesz, gdyby ludzie byli tym znudzeni, nie widzę powodu, dla którego mieliby kupować nowe płyty. Sam nie do końca wiem, jak to robię, po prostu gram prosto z serca. To nie tak, że mówię „Nie, nie zrobię tego, już raz to wykorzystałem”, po prostu koncentruję się na uczuciach i tworzę z nich album. Nie mogę przewidzieć, czy całość będzie bardziej depresyjna czy też pójdzie w innym kierunku. Dlatego nie używam żadnych kategorii, by opisać Shining. Po prostu robię to, co robię i nic nie planuję (śmiech).

A mimo to udaje ci się wydać nową płytę właściwie z matematyczną precyzją, co dwa lata – masz na to jakiś przepis?

Jeżeli ktoś prowadzi taki styl życia jak ja, w czasie dwóch lat naprawdę wiele może się zdarzyć. Przykładowo, przez ostatnie trzy lata mieszkałem w trzech różnych krajach, miałem kolejny proces, a zaraz potem nagrałem nowy album… Pewne rzeczy po prostu się dzieją. Czasami mogę napisać materiał na nową płytę w dwa dni. To nie działa w ten sposób, że codziennie siadam z gitarą. Pomysły przychodzą jak błysk – i nagle cały album jest gotowy, rzecz jasna, poza nagraniem. Podobnie było z „Varg Utan Flock”, który bardzo różni się od poprzedników.

Więc urozmaicanie muzyki na siłę nie jest żadnym wyjściem?

Moim głównym zamiarem jest sprawić, by ta muzyka była ciekawa dla mnie. Nigdy jednak nie tworzę czegoś tylko po to, by sprawić jakiemuś kretynowi przyjemność. W ten sposób zdradziłbym swoje instynkty i przede wszystkim siebie jako artystę. Używając słowa „artysta” nie mam na myśli tylko kogoś, dla kogo sztuka staje się źródłem dochodu (choć tak jest w moim przypadku), tylko tego, kto naprawdę żyje tym, co robi.

Wspomniałeś, że uczucia, które towarzyszyły ci podczas prac nad nową płytą, to gniew i pogarda. Czy potrzebujesz tak silnych emocji, by tworzyć?

Nie potrzebuję ich, one już we mnie są. Nie mówię sobie „teraz potrzebuję takich uczuć”. Podczas prac nad tą płytą, w moim życiu osobistym sporo się działo, co odbiło się nie tylko na mnie, ale i na moim otoczeniu. Niektórzy zmarli, inni odeszli, to był dosyć trudny czas. Dlatego czułem gniew, który tak słychać na tym albumie. Nie mógłbym wyobrazić sobie, że w jednej chwili śmiałbym się w studiu, a sekundę później, nagrywając wokale, mówił sobie „OK, teraz muszę być wkurzony”. Te wszystkie uczucia są już głęboko we mnie, nie są rzecz jasna przyjemne i pozytywne, ale konieczne. Przyjmuję do siebie wszystkie negatywne emocje… to pewnie dlatego nie mam przyjaciół (wybuch śmiechu) …

(śmiech) Skoro o negatywnych emocjach mowa, można odnieść wrażenie, że wraz z każdym albumem, muzyka Shining staje się bardziej symboliczna, nie ograniczając się do prostego przekazu „Kill yourself”. Czy to uzasadniona teoria?

To właśnie ten aspekt, którego ludzie często nie rozumieją. Nie chodzi o banalne „zabij się”, nigdy o to nie chodziło. Pewnie, wiele razy odwoływałem się do tematu samobójstwa, ale oprócz tego jest jeszcze przecież tyle piękna – morderstwo, matkobójstwo, ojcobójstwo, ludobójstwo… Można manipulować ludźmi w taki sposób, by dla Diabła robili naprawdę potworne rzeczy. O to chodzi w muzyce Shining. Oczywiście, przewijają się też tematy autodestruktywne, ale tylko jako odbicie jaźni osoby o takich skłonnościach. Łatwo jednak wymóc te emocje na innych, potrzeba tylko słuchacza, który by czegoś szukał. Może zabrzmi to nieco psychotycznie, ale muzyka zmienia się w zależności od atmosfery i nie mogę tego kontrolować. Nie można przykładowo rozdzielić tych elementów od mojej ostatniej tułaczki czy pielgrzymki, jeśli mogę użyć tego słowa. W tych wszystkich miejscach szukałem domu i wolności, której potrzebowałem po pewnych wydarzeniach w moim życiu. Myślę, że świadomość tego, że nie mam domu i żyję jak nomada, wywarło na mnie dodatkową presję.

Udało ci się znaleźć dom, o którym mówiłeś?

Sam nie wiem. Obecnie mieszkam w byłej Jugosławii i jest mi tu dobrze, ale zobaczę. Nie jestem osobą, która łatwo się ustatkowuje. Próbowałem tego ze związkami. Naprawdę próbowałem (śmiech), ale mrok wewnątrz mnie zawsze niszczy wszystko i wszystkich wokół mnie.

Poprawmy może nieco nastrój… Kim są dla ciebie fani Shining, jeżeli muzyka to narzędzie?

Wiesz, nie przepadam za ludźmi, ale muszę przyznać, że fani Shining są najlepsi. Bez nich właściwie nie miałbym życia, nie mówiąc o tym, że płacą moje rachunki. To fantastyczne, że chłoną przesłanie, które chcę przekazać. To sprawia, że stają się właściwie moimi dziećmi, przyjmującymi wiadomość od posłańca. Oczywiście są dla nas wszystkim, bez nich tworzenie muzyki nie miałoby sensu. Abstrahując jednak od kwestii ekonomicznych, jestem wdzięczy za każdą duszę, którą mogę skorumpować, naprawdę mnie to cieszy. Ostatnio mieliśmy okazję zainfekować Amerykę i inne kontynenty, niesamowite było patrzeć na tych wszystkich ludzi, którzy byli gotowi, by zrobić krok w otchłań. Jest w nich wiele pasji, dzięki czemu przyjmują to przesłanie do swojego życia.

Mógłbyś w takim razie…

Poczekaj chwilę… Cholera, ile tu śniegu! Wybacz, co mówiłaś?

[Niklas dostaje ataku kaszlu]

Wszystko w porządku?

Nie wierzę, że naprawdę zadałaś to pytanie. Urocze (śmiech)!

…pytałam, czy mógłbyś rozdzielić Shining od reszty twojego życia.

Kiedyś myślałem, że Shining będzie jakby szkłem powiększającym dla wszystkich złych przeżyć i emocji. Później jednak, zwłaszcza po wielu zmianach, zdałem sobie sprawę, że zespół ma też tę pozytywną twarz. To, że ja uważam ją za pozytywną, nie znaczy, że na innych zrobi takie samo wrażenie, ale kiedy podsumowuję 22 lata Shining, dostrzegam, że największą siłą tej muzyki jest to, że odbija się w niej moja psychika i że wszystko jest tu szalenie osobiste. Dlatego myślę, że nie mogę jednoznacznie oddzielić Shining od pozostałych aspektów mojego życia, bo Shining to ja. Choć pojąłem to dopiero po jakimś czasie.

Czy w takim razie Shining jest też bezpośrednio związane z występami na żywo?

Koncerty to już zupełnie inna sprawa. Szczerze powiedziawszy, za bardzo za nimi nie przepadam, dla mnie mają wymiar bardziej osobistego przeżycia. Mówiłem już wcześniej o muzyce jako kolejnych stronach dziennika. Te strony to wszystkie te świństwa, jakie zrobiłem innym ludziom. To te autodestruktywne fragmenty – nie robię tego dla przyjemności, ale żeby móc w jakiś sposób osiągnąć ten przytłaczający poziom bólu i odosobnienia. Na scenie znowu przeżywam te koszmary. Czasami jednak jestem… może nie w dobrym nastroju, ale przynajmniej jestem w miarę zadowolony, że mogę to robić, kiedy indziej jednak coś może pójść nie tak i wymknąć się spod kontroli. Kiedy wybierasz się na koncert Shining, to, co zobaczysz, zależy od tego, jak dobrze Niklas będzie danego wieczoru współpracował z Kvarforthem.

Nie występowałeś na żywo od samego początku istnienia Shining. Dlaczego właściwie zmieniłeś zdanie?

Myślę, że to ze względu na Hellhammera, Johna Doe i innych. Po prostu chciałem eksperymentować i zobaczyć, czy te koszmary w ogóle da się przenieść na scenie. Było to na początku trochę dziwne, bo byłem bardzo młody, ale przez to efekt był dość emocjonujący. Po prostu się stało, tak jak większość rzeczy w tym zespole (śmiech).

To, co nazwałeś eksperymentem, inni określają mianem kontrowersji…

Rzecz jasna, to nie jest planowane. Jak mówiłem, wszystko przychodzi samo. Jeśli ktoś uważa, że to jest kontrowersyjne – w porządku, nie mam nic przeciwko. Nie myślę przed koncertami „Dziś zrobimy występ w wersji soft, żeby zdobyć więcej fanów”. Robię to, co robię. A jeżeli ludzie mają z tym problem, mam to gdzieś. Czasami jednak chciałbym, żeby media przestały nakręcać tę spiralę i uważać, że wszystko nagle jest kontrowersyjne. Kiedy graliśmy w Stanach, jakaś dziewczyna dostała histerii na naszym koncercie, zaczęła płakać, a potem napisała tę recenzję. W gruncie rzeczy sens był taki „Ojej, słucham black metalu od dziesięciu lat, widziałam na żywo 200 zespołów! A teraz poszłam na koncert Shining i w życiu bardziej się nie bałam…” (śmiech). O to przecież chodzi! Jeśli ktoś idzie na koncert black metalowy, powinien chcieć doświadczyć czegoś naprawdę paskudnego, doświadczyć strachu, poczuć zapach śmierci. W przeciwnym razie, proszę bardzo, po prostu niech przyjdzie i zostanie w tej swojej pieprzonej strefie komfortu.

W Polsce swojego czasu też wszyscy ekscytowali się koncertem Gorgoroth z 2004, tym z krzyżami i owczymi łbami… W gruncie rzeczy tylko media, bo uczestnicy koncertu nie mieli z tym szczególnego problemu.

Akurat tak się składa, że widziałem się z Gaahlem dwa dni temu, kiedy był w Słowenii. Nie rozmawiamy o tym konkretnym incydencie, ale o innych, których Gaahl był częścią. W końcu dalej jest takim samym gościem, po prostu nie gra już w Gorgoroth. Szczerze powiedziawszy, zupełnie nie rozumiem tego polowania na kontrowersje. Ludzie dookoła strzelają do siebie i dźgają się nożami, ale o, czekaj (śmiech) – tam jest trochę krwi i martwe owce, co za tragedia!

Jest też chyba trochę tak, że tabloidy interesują się muzyką, tylko jeśli dzieje się coś dziwnego.

Wiesz, lubię sporo polskich zespołów, na przykład Graveland z tym całym ich paleniem kościołów i tak dalej. I to też dostaje łatkę kontrowersyjnych zachowań, co jest dla mnie zupełną abstrakcją. Pewnie, mogli być neonazistami czy kimkolwiek innym, ale niewiele mnie to obchodzi. Jeżeli coś mi się podoba, po prostu tego słucham. Każda muzyka zawiera w sobie negatywne emocje, jeśli tylko je odnajdę, natychmiast się w nie wsłuchuję.

Ciekawe jest trochę to, że metalowe zespoły zdają się mieć największe problemy w kraju, z którego pochodzą – na przykład Shining w Szwecji czy Behemoth w Polsce…

Sam nie wiem, ale kilka dni temu dostałem maila od Adama, bo znalazłem ostatnio kilka jego zdjęć z lat 90., kiedy był w Szwecji i Norwegii (śmiech). Behemoth to naprawdę duży zespół i w stu procentach zasługują na tę uwagę, zwłaszcza, że Adam jest bardzo interesującym twórcą. Nie wiem do końca, jak wygląda sytuacja Behemoth w Polsce, ale nawet jeśli chłopaki mają trochę pod górkę, myślę, że nie można zestawiać tego z masową paniką, jaką wywołaliśmy z Shining w Szwecji w 2007. Mówi się, że trudno być królem we własnym kraju i myślę, że to odnosi się zarówno do Shining, jak i do Behemoth. Uważam jednak, że ma to duży związek z samymi ludźmi zaangażowanymi w scenę w danym kraju. Niektórzy mogą być zazdrośni na zasadzie „Cholera, Adam sprzedaje po kilkaset tysięcy płyt. To niesprawiedliwe, ja też tak chcę”, ale dalej będą udawać, że wszystko jest w porządku i że dalej wspierają jakiś zespół. Chociaż Adam dalej sprzedaje płyty i pewnie ma w dupie to, co mówią ludzie (śmiech).

Mam podobne zdanie…

Zazdrość jest zawsze obecna, nie tylko w tym środowisku, ale też w każdym innym aspekcie życia. Powiedzmy, że pracujesz w salonie samochodowym. Sprzedajesz dwa samochody więcej niż inni i zostajesz pupilkiem swojego szefa, który co tydzień zaprasza cię do siebie na grilla. A inni czują zazdrość, ale też złość i chcą ukarać cię za to, że osiągnęłaś coś, o czym oni mogą tylko pomarzyć. Problemem jest brak konkurencji.

Czy ludzie jako jednostki w ogóle są w stanie współpracować i żyć razem?

Nie wiem, nie przepadam za ludźmi, więc raczej bym sobie odpuścił. Jest co prawda kilka osób, które uważam za moich przyjaciół, ale jest ich bardzo niewiele i dość rzadko z nimi rozmawiam. Raz na kilka miesięcy, czasem nawet na kilka lat. Nie przepadam za przebywaniem zbyt długo w pobliżu innych.

Jak na te upodobania wybrałeś sobie trochę niedopasowany zawód, nie sądzisz?

Nie, nie do końca… Przez ostatnie 10 lat mieliśmy w Shining siedmiu różnych muzyków, myślę, że to sporo wyjaśnia (śmiech). Poza tym, kiedy gramy koncerty, mam szczęście, że mieszkam hotelach, a nie w autobusie. Potrzebuję samotności. Nieważne, jak to zabrzmi, to po prostu dla bezpieczeństwa innych. Nie chcę być zmuszany do interakcji, kiedy chcę po prostu leżeć w łóżku i oglądać „Simpsonów”.

Zgodziłbyś się, że społeczeństwo niejako wymusza na ludziach nawiązywanie relacji nawet, jeśli nie mają na to ochoty?

Kiedy robi się to, co ja, Adam czy Erik (Danielsson z Watain – A.S.), musisz być wyposażona w ten pakiet społecznych cech charakteru, które umożliwiłyby ci utrzymywanie tych kontaktów, na przykład na płaszczyźnie biznesowej. W tym sensie, oczywiście. Wydaje mi się jednak, że w moim przypadku Diabeł odgrywa w tym rolę. Kiedy wypełnia się jego wolę, trzeba odsunąć na bok osobiste preferencje czy emocje i zrozumieć, że nie mają one znaczenia, dopóki nie wykonasz powierzonego ci zadania. (po chwili ciszy) Cholera, brzmię jak jakiś dyktator (śmiech).

Mam nadzieję, że w tej sytuacji pozwolisz mi zadać kolejne muzyczne pytanie – dlaczego tak zafascynował cię japoński las Aokigahara (znany szerzej jako „las samobójców”)?

Dlaczego?

Tak. W zarysie domyślam się, jakiej udzielisz odpowiedzi, ale proszę rozwiń wątek (śmiech)

Zawsze interesowała mnie japońska kultura, religia i jej atrybuty, zwłaszcza Yūrei. Przeważnie tłumaczy się to jako „duchy”, choć dosłownie chodzi o „mężczyznę (lub kobietę), który umarł ze smutku”. Ich energia jest wyczuwalna w  Japonii, zwłaszcza u podnóża góry Fuji, gdzie rozciąga się las Aokigahara. Wiesz, w Japonii, jeżeli nie jest się ponadprzeciętnie zdolnym, ma się dwa wyjścia – albo dołączyć do Yakuzy, albo popełnić samobójstwo, żeby nie przynosić wstydu swojej rodzinie. Kilka lat temu Hoest z Taake pokazał mi film dokumentalny o ludziach, którzy szukają w tym lesie ciał. Muszą zostać ze zmarłymi w jednym pomieszczeniu, żeby uniemożliwiać duchowi ucieczkę i stanie się Yūrei. W Japonii dość poważnie podchodzi się do takich kwestii… Potem przyszło Hollywood i wszystko trafił szlag.

O to właśnie mam zamiar zapytać (śmiech). Widziałeś filmy skupiające się na tym lesie?

Nakręcili trzy, który masz na myśli?

Ten najnowszy, chyba z 2016…

A, ten. Był do niczego. Pracuję obecnie nad kolejną książką, tym razem o współczesnym kinie grozy. Oglądam dużo filmów i chcę napisać o tym, w jaki sposób horrory i związany z nimi mrok potrafi zdominować określone kulturowe krajobrazy czy sposoby myślenia. Sam koncept Aokigahary mógłby być podstawą naprawdę dobrego filmu, gdyby wszystkiego nie zepsuli.

Myślisz, że efekt byłby lepszy, gdyby Japończycy zabrali się za ten temat?

W Japonii wszyscy twórcy, może z wyjątkiem Takashi Miike, traktują swoją kulturę z większym szacunkiem. Nie skreślam jednak kina Hollywoodzkiego, zwłaszcza, że to, co robi teraz Blumhouse Productions, sprawia, że horror znów staje się ciekawym gatunkiem. Tytuł „Aokigahara” chciałem wykorzystać od jakiegoś czasu i stwierdziłem, że na tym albumie wreszcie mi się uda. Później jednak zacząłem myśleć „Może to jednak nie jest dobry pomysł? Wszyscy pomyślą, że po prostu naoglądałem się złych filmów” (śmiech). Teraz czekam z Marduk na powrót do Japonii, żeby urządzić tam mały piknik.

To nie jedyny akcent filmowy na „Varg Utan Flock” – nie zapominajmy o „Cry Little Sister” z soundtracku „Lost Boys”. Czy to film zachęcił cię do nagrania coveru?

Widziałem go, ale nie. To jednak dosyć dziwna sprawa. Nagraliśmy trzy covery, ale to Season of Mist chciało, żeby na płycie znalazło się „Cry Little Sister”. Według mnie ten utwór w ogóle nie pasuje do reszty. Nagrałem go dla mojego brata, bo ta piosenka ma dla nas i dla naszych zmarłych przyjaciół osobiste znaczenie. Wytwórni się to spodobało i tak właśnie cover wylądował na płycie, choć dalej nie wiem do końca, dlaczego.

Kolejny cover to „No Rest for the Wicked” The Coffinshakers…

O, ten! (śmiech)

…co na swój sposób w połączeniu z Placebo i Gerardem McMannem tworzy prawie gotycki klimat. Miało to jakieś znaczenie podczas doboru utworów?

Nie, po prostu lubię nagrywać covery. W tym przypadku siedziałem z gitarą, której używano między innymi do nagrania „Abigail” Kinga Diamonda i jej dźwięk naprawdę mi się sposobał. Nagrałem więc kilka rzeczy, później nałożyliśmy wokal… i voila, kawałek trafił na winyl (śmiech).

Nie wiem, jak dobrze orientujesz się w świecie sztuk wizualnych, ale był kiedyś polski malarz, który tworzył pod wpływem różnych środków odurzających. Na gotowych obrazach zapisywał, jakie substancje przyjmował, żeby można było zobaczyć ich wpływ na twórczość (chodzi o Witkacego). Czy albumy Shining też można skategoryzować w ten sposób?

(śmiech) Pracuję obecnie nad trzecią książką, biografią Shining, w której opisuję całą historię. W tym narkotyki. „Varg Utan Flock” jednak nagrywałem zupełnie czysty. Narkotyki są dobrym sposobem nie tyle na stanie się kimś innym, co raczej poszerzenie horyzontów.

Wspominasz o książkach, które piszesz. Wiesz może, kiedy się ukażą?

Tak, obecnie pracuję nad dwiema – ta o horrorach powinna być gotowa jesienią, ta o Shining, mam nadzieję, już w lecie.

Ambitne plany.

To ma swoje zalety. Kiedy nie jestem zajęty, mogę robić głupoty.

Podoba ci się rola pisarza?

Nie. Lubię pisać i czytać, ale tego, co fascynuje mnie najbardziej, nie da się ująć w słowa. Lubię całą otoczkę związaną z wydawaniem książek, te wszystkie wznowienia… Tak, jak z „When Prozac No Longer Helps” – ukaże się też po rosyjsku i francusku. Fascynuje mnie sam fakt, że ludzie kupują fizyczne kopie krwi, potu i papieru. Dlatego szkoda, że pliki cyfrowe niszczą to wszystko.

Często, opowiadając o literaturze, podajesz przykład „Cierpień młodego Wertera” i fali samobójstw, którą sprowokowało wydanie książki…

Myślę, że moja osoba stała się po prostu jednością z Shining, jednością z cierpieniami Wertera… W tym wszystkim chodzi po prosu o ból i smutek.

Które aspekty tej książki według ciebie wywarły na czytelnikach takie wrażenie?

Najważniejsze było to, że [Goethe] otworzył w niej swoje serce i że po prostu pisał zamiast chować się za cenzurą. To było na zasadzie „Wiem, że ta książka jest o mnie, ludzie się dowiedzą i może będą krzywo na mnie patrzeć”. A tak czy tak wydał tę książkę i miał gdzieś innych. Goethe przemawiał do ludzi w ten sposób, w jaki tylko może prawdziwe i kompletne dzieło sztuki.

Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, że Werter miał ewidentnie…powiedzmy oględnie, różne problemy. Dziś można zauważyć, że w społeczeństwie zwiększa się świadomość dotycząca chorób psychicznych i że chorym poświęca się więcej uwagi…

Wiesz, sam jestem chory psychicznie i skupiam się na tym, zamiast na innych ludziach. Chyba, że chciałbym, żeby mi się pogorszyło.

Spotkałeś może altruistów, którzy oferowali ci pomoc i „wskazanie dobrej drogi”?

Pewnie, słyszałem to od każdej dziewczyny, z którą spałem (śmiech). Wszyscy próbują mi wmówić, że muszę zrobić tylko to i to i wtedy wszystko będzie lepiej. Odpowiadam wtedy „Skarbie, jestem, kim jestem, mam swoją diagnozę i nic z tym nie zrobię”. Ludzie mają trudności z zaakceptowaniem tego, tak jak z zaakceptowaniem choroby psychicznej jako takiej. Tak będzie chyba już zawsze. I dlatego siedzę w domu i pracuję zamiast pójść do baru (śmiech).

W jaki sposób dokument „Cold Void” zdołał oddać obraz życia z chorobą psychiczną?

Gość odezwał się do mnie, kiedy byłem w studiu i powiedział mi o tym całym projekcie. Na początku powiedziałem „nie”, w końcu od tylu lat pracujemy nad filmem o Shining. Wtedy jednak powiedział, że film nie będzie miał nic wspólnego z zespołem, że chodzi o chorobę psychiczną i mój punkt widzenia. Myślę, że zrobił to naprawdę świetnie. Niektóre uniwersytety pokazują nawet film na zajęciach, żeby studenci zobaczyli, jak naprawdę wygląda wygląda choroba psychiczna.

Miałeś jakiś wpływ na kształt filmu?

Nie, Claudio zadawał mi pytania, ja tylko na nie odpowiadałem.

Ostatnie pytanie – czy planujecie w tym roku trasę koncertową z prawdziwego zdarzenia oprócz kilku ogłoszonych już występów na festiwalach?

Ze względu na pewnie zamieszanie związane z jednym z członków Shining będziemy mogli wyruszyć w trasę dopiero jesienią – we wrześniu albo w listopadzie. Tym razem zabierzemy się za to inaczej i będziemy skupiali się na konkretnych krajach.

Koncept?

Raczej konieczność. Mam jednak nadzieję, że uda się nam wrócić do Polski, minął szmat czasu, od kiedy graliśmy tam ostatnio. Kiedy to było…? Racja, 2009 z Satyriconem! Cholera, dziewięć lat temu! Zobacz, jak czas szybko leci przy dobrej zabawie (śmiech). Wszystko, co na razie możemy zrobić, to czekać, aż ktoś się do nas odezwie, w końcu lubię Polskę (śmiech).

Miło to słyszeć! To byłoby już wszystko z mojej strony – jeśli chciałbyś coś dodać, nie krępuj się!

Hmm… może to, że mamy nowy sklep internetowy, Shining Legions, ze wszystkimi winylami, edycjami limitowanymi i tak dalej. Poza tym zmuście waszych promotorów, żebyśmy mogli zagrać wszędzie, gdzie się da… Sam nie wiem, to już chyba wszystko! Dziękuję też za wywiad i ciekawe pytania – tak trzymać (śmiech).

Angielską wersję wywiadu znajdziecie tutaj.

Udostępnij to

O autorze

Alicja Sułkowska

Aspołeczna kulka nerwów. Łączy Satyricon z Falco, Mayhem z Wolfsheim i Darkthrone z Apocalyptiką. Ciągle ogląda te same filmy i słucha nowych płyt. Nie pogardzi dobrą książką historyczną i muzeum lotnictwa.