25 stycznia ukaże się szósty album Bring Me The Horizon, zatytułowany „amo”. Słowo amo pochodzi z języka portugalskiego i oznacza przede wszystkim miłość, chociaż posiada również ukryte znaczenia – jednym z nich jest słowo mistrz. amo może kojarzyć się również z amunicją. Najnowsze wydawnictwo BMTH to album koncepcyjny, zbudowany od podstaw dookoła prawdopodobnie najsilniejszego uczucia – miłości właśnie – jakie występuje na zamieszkałej przez ludzkość planecie.
Muzycy opisują swoje nowe dzieło jako rzecz eksperymentalną; stwierdzić to może każdy, kto usłyszał udostępnione dotychczas single zespołu, zatytułowane „MANTRA”, „wonderful life” oraz „medicine”. MANTRA jest zresztą jedynym tytułem zapisanym na tylnej okładce płyty wielkimi literami.
Oto zapis przedpremierowej rozmowy telefonicznej z Mattem Keanem, basistą i współzałożycielem grupy. Matt nie udziela zbyt wielu wywiadów, będąc człowiekiem cichym i zdystansowanym względem chociażby charyzmatycznego lidera grupy, Oliviera Sykesa. Nie zmienia to faktu, że każdy, kto widział chociaż jeden występ tego zespołu na żywo wie, że Kean nie oszczędza się grając na scenie. Zapytaliśmy o wszystko, co w tym przypadku nadchodzącej premiery ważne – poruszyliśmy nie tylko kwestie emocji i uczuć; Matt opowiedział co myśli o corpsepaintcie oraz grze Wiedźmin 3 – utwór „Blessed With A Curse” znalazł się bowiem w zwiastunie Krwi i Wina, drugiego dodatku do wyżej wymienionej produkcji. Kwadrans spędzony przy słuchawce smartfona minął natychmiastowo.
DeathMagnetic.pl: Czy amo jest tym, co spaja nas wszystkich?
Matt Kean (Bring Me The Horizon): Z technicznego punktu widzenia jak najbardziej. Miłość prowadzi nas do jednej ze zdecydowanie najprzyjemniejszych dla nas rzeczy; żyjemy własnym życiem, ale możemy odwiedzać naszych przyjaciół i rodzinę, spędzać z nimi czas. Pomimo tego, że czasem więzi między nami się nie są takie, jakie byśmy chcieli – cały czas czujemy to uczucie.
Po przesłuchaniu wszystkich trzech nowych singli uświadomiłem sobie, że słucham dojrzałych, świadomych muzyków – wolnych od oczekiwań.
(chwila zastanowienia) Tak, uważam, że prowadzimy teraz swoją karierę niezależnie od upływającego czasu – możemy robić to, co chcemy i to właśnie robimy. Powiedzieliśmy sobie: dlaczego nie? Dlaczego nie mielibyśmy poeksperymentować, nie śpiesząc się i sprawdzając, co nam z tego wyjdzie?
Kontynuując temat eksperymentowania, które ma pojawić się na „amo”… Uważam, że w „MANTRZE”, „wonderful life”i „medicine” słychać pewien specyficzny, muzyczny mianownik.
Zdecydowanie tak jest, mimo, że na nowym albumie każda piosenka jest inna. Przy poprzednich albumach skupialiśmy się na tym, by z muzycznego punktu widzenia po prostu żyć naszym życiem. Proces tworzenia piosenek rozwijał się jednak z każdą kolejną płytą.
Po tylu latach, albumach i trasach – istnieją nadal jakiekolwiek presje wewnątrz lub poza zespołem, które mają dla Was znaczenie?
Wydaje mi się, że istnieje wyłącznie presja, jaką nakładamy na nas samych [członków zespołu – przyp. red.]. To znaczy – chcemy być najlepszym zespołem, jaki możesz obejrzeć na żywo. Całkowicie się temu poświęcamy, popchamy siebie nawzajem w tym kierunku. Jedyna presja jaką odczuwamy to ta, którą sami kreujemy. Oczywiście, martwimy się także czy ludzie polubią nasz album; tego typu presje również nas dotykają, ale podchodzimy do nich na luzie. Dystansujemy się od negatywnych rzeczy: zrobiliśmy nowy album, zobaczymy jak się przyjmie.
Opowiesz nam coś o współpracy z Grimes i Rahzelem [będącymi gośćmi na nowym albumie – przyp. red.]?
Będac szczerym, nie byliśmy z nimi specjalnie blisko; nagrywali swoje rzeczy w innych studiach. Wysłaliśmy im materiał, a oni odsyłali nam dograne partie. Działaliśmy na zasadzie tam i z powrotem; Jordan [Fish – muzyk Bring Me The Horizon odpowiedzialny za syntezatory i programowanie, a także współproducent dwóch ostatnich albumów zespołu – przyp. red.] nie mógł być bezpośrednio przy całym procesie, zaczęliśmy więc wszyscy wysyłać do siebie maile, wiadomości tekstowe… (śmiech). Nie spotkaliśmy się z nimi [gośćmi – przyp.red.] twarzą w twarz.
Medialna mantra, jaką opisujecie w swoim pierwszym singlu to coś, z czym ludzkość boryka się od dziesiątek lat. Uważacie, że opisywanie tego zjawiska w 2018 czy 2019 roku nadal niesie cenne wartości?
Bez wątpienia – jest to przecież zjawisko, które dotyka i łączy nas wszystkich. Myślę, że to naprawdę niezły pomysł; wejść z tym utworem w 2019 rok.
Nie obawialiście się reakcji na plakaty „Do you want to start a cult with me?”, którymi promowaliście singiel „MANTRA”? Temat religii może być przecież uważany za niebezpieczny przez pewnych ludzi, nawet jeśli założymy, że Bring Me The Horizon stawia siebie w roli kultu wyłącznie względem oddanych fanów.
Zastanawialiśmy się, w jaki sposób możemy powrócić [z nową muzyką – przyp. red.]. Chcieliśmy, żeby było to tajemnicze i kojarzyło się z jakimś sekretem. Rozwieszenie tych plakatów było dla nas zabawą; fani mogli dzwonić na podany pod nas numer i usłyszeć specjalne wiadomości, jakie dla nich nagraliśmy. Jeśli ktoś zna nasz zespół i jest naszym fanem, wie, że to wyłącznie fajny sposób na przygotowanie fanów na nasz powrót. Wiesz, chcieliśmy spowodować, że ludzie zaczną zgadywać, gadać między sobą i tak dalej.
Porozmawiajmy o teledysku do „wonderful life”. Załóżmy, że dzwoni do Was Cradle of Filth [zespół, którego wokalista Dani Filth występuje zarówno w utworze, jak i klipie – przyp.red.] z prośbą, byście wystąpili w ich wideoklipie, mając na sobie pełen corpsepaint [biało-czarny makijaż na twarzy, wykorzystywany zazwyczaj przez zespoły black metalowe – przyp. red.]. Zgodzilibyście się?
Zgaduję, że teraz nas o to pytasz, ale zrobilibyśmy to tylko ten jeden raz! (śmiech)
Jestem z Polski, muszę więc zapytać o Wiedźmina 3: Krew i Wino – „Blessed With A Curse” znalazło się w zwiastunie tej produkcji. Gra przypadła Ci do gustu?
Prawdę mówiąc, nigdy nie zagrałem w tę grę. (śmiech)
W takim razie zachęcam do sprawdzenia tej produkcji; Wasz utwór mocno koresponduje z tematem głównego wątku gry. Wracając do płyty – interesuje mnie kwestia samego procesu nagrywania „amo”, który miał miejsce w Los Angeles. Czy tym razem – oprócz miłości – w studiu towarzyszyły Wam inne emocje?
Jasne, gościu! Studio to miejsce, w którym panuje kreatywna atmosfera. Jeśli jest ona dobra, nawet gdy czujesz się gorzej – później wszystko staje się lepsze. Czasami nie wszystko idzie po twojej myśli; na przykład: idziesz do studia i gra na instrumencie wychodzi Ci beznadziejnie albo coś nie brzmi tak jak powinno… Pobyt w studiu może być więc pozytywny, ale i stresujący. Zawsze więc traktujemy nagrywanie jak podróż. Wiesz, gdy album jest skończony i po jakimś czasie możesz wreszcie stanąć z boku i go posłuchać, czujesz ulgę. Sam proces nagrywania może być magiczny, chociaż czasami to prawdziwy trud i zmagania. Ostatecznie czujesz jednak dumę, oddając album fanom.
Moje ostatnie pytanie brzmi: przypominasz sobie chwilę, w której zaczęliście zdawać sobie sprawę, że zaczęliście odchodzić od swoich muzycznych korzeni, by stać się czymś więcej – jedną z najbardziej wpływowych grup z Anglii działających w dzisiejszych czasach?
Wydaje mi się, że nigdy nie orientujesz się, że to się dzieje. Ludzie nagle zaczynają mówić: „Och, zagraliście w tym miejscu dla tak wielu osób”, po czym stajesz z boku i myślisz „to jest szalone, nigdy nie spodziewałem się, że jesteśmy w stanie dokonać tego jako zespół”. Szczególnie, gdy pamiętasz gdzie i od jakiej muzyki zaczynaliśmy; muzyka, którą teraz gramy i sale, w których teraz gramy są kompletnie inne. Przemy do przodu przez prawie 15 lat – to jak jedna, wielka podróż, w trakcie której dorośliśmy. To naprawdę trudne – nagle czujesz się jak absolwent, który studiował muzykę przez tyle lat i boom – słyszysz gong… Wiesz, orientujesz się, że właśnie skończyłeś studia.

Rozmawiał: Hubert Pomykała
Zdjęcie Matta Keana: Tom Sykes, Sevenpoints
Zdjęcie Bring Me The Horizon: Chuff Media
