Już za parę miesięcy Polskę odwiedzi ekscentryczny John Lydon ze swoją kapelą Public Image Ltd. Niegdyś symbol punka, buntu i anarchii, dziś jest człowiekiem o poglądach bardziej przemyślanych, choć wciąż zdecydowanych. Inteligentny, pewny siebie, sarkastyczny i uszczypliwy, a jednocześnie niespodziewanie miły i otwarty – wydaje się, że przy naszej rozmowie zabrakło jedynie angielskiej herbatki i ciasteczek. Pomimo, że w ciągu pół godziny poruszyliśmy wiele różnych i niejednokrotnie kontrowersyjnych tematów, „Johnny Rotten” w każdym z nich miał swoje zdecydowane zdanie. Oto zapis wyjątkowej rozmowy z niepowtarzalną osobowością i niezwykle barwną postacią, jaką bez wątpienia jest były wokalista Sex Pistols.

Witaj John, jak się masz?
Żyję I mam się dobrze, dzięki.
W maju zaczynacie trasę koncertową. Jak idą przygotowania?
Jeszcze nie zaczęliśmy prób, ale to stanie się już niebawem. W tym momencie próbuję się zrelaksować udzielając wywiadów. (śmiech)
To dla ciebie aż tak relaksujące?
Nie nie, w ogóle, ale takie jest życie. Jeżeli chcesz być niesamowicie popularny, musisz rozmawiać z ludźmi.
Rozumiem, staram się robić to samo!
Niestety nie zawsze to działa!
Tak jak wspomniałem, trasa zaczyna się w maju i odwiedzicie jedynie parę krajów w Europie, takie jak Hiszpania, Niemcy, Słowacja, Polska i Ukraina…
Nie, odwiedzimy tak wiele, jak tylko możemy. W tym momencie wszystko zależy od dostępności. Grafik jest dość wypełniony. To napięta, ciężka i mozolna trasa, ale podoba mi się. Lubię ciężką pracę.
Czego się spodziewasz po tej trasie i na co czekasz najbardziej?
Fantastyczne, genialne koncerty, uwielbiający nas fani – to co zwykle.
Muszę przyznać, że jestem waszym fanem od 2012 r., kiedy to po raz pierwszy widziałem was na żywo na Impact Festivalu w Warszawie. Graliście wtedy przed Red Hot Chili Peppers i publika była tak drętwa, że krzyknąłeś do nich: „Jesteście kurewsko słabi!” To było komiczne, ale koncert sam był wspaniały i od tej pory was uwielbiam.
Dzięki. Jestem pewien, że jakikolwiek komentarz rzucam w stronę fanów – jest sarkastyczny. (śmiech) To był bardzo dobry koncert, spotkałem się z Flea, który gra w Red Hotach. Znam go od lat, więc fajnie było się z nim znów zobaczyć. To bardzo rzadkie, że zespoły spotykają się za kulisami, ale to fajni kolesie, mówię ci. Są przyjacielscy i otwarci i bardzo lubię Flea.
Słyszałem, że chciał grać w PiL. Czy to prawda?
Nie, zjawił się tylko na próbę, tak jak to robią przyjaciele.
Czy są jakieś sytuacje, w których musisz być miły i przyjazny? Z tego co widzę, zawsze jesteś sobą bez względu na wszystko.
Nie, nie jestem miły tylko po to, żeby takim być. Mówię to, co myślę. To czasem stwarza mi problemy, bo szczerość nie jest najlepszą polisą, ale jest jedyną którą mam.
Wracając do koncertów – kolejny raz zagraliście w Łodzi w 2013 roku w ramach Soundedit Festival. Nie wiem, czy pamiętasz ten koncert, ale czy masz jakieś ogólne wspomnienia z Polski?
Dobrze bawiłem się na każdym koncercie w Polsce. Kocham publiczność, są zawsze wielkim wsparciem i napełniają nas wspaniałą energią. Polacy to moi ludzie.
Czytałem, że wasz gitarzysta Lu Edmonds mieszkał przez chwilę w Polsce. Czy coś o tym wiesz?
Nie wiem, czy mieszkał w Polsce, ale wiem, że mieszkał w Serbii. Przepraszam, nie w Serbii. Gdzie to jest…? Syberia, o właśnie! Lu jest międzynarodowym podróżnikiem.
Ty żyjesz teraz w Stanach. Czy uważasz, że jest to lepsze miejsce do życia niż Anglia, czy już po prostu miałeś jej dosyć?
Jest, dopóki nie zjawi się Donald Trump. To mnie naprawdę martwi, bo ten człowiek to szaleniec. Jest niegrzeczny, szorstki i nikomu nic nie oferuje. Politycznie, jest tu desperacka sytuacja. Ludzie kierują się ku despocie. Dla nich to nadzieja. Zgadzam się, że mieliśmy już wystarczająco dużo polityków, ale na Boga – nie zastępujmy ich biznesmenem.
Więc bardziej skłaniasz się ku Berniemu Sandersowi? Ponieważ jest on przeciwnością Trumpa.
Nie, nie sądzę, by Bernie Sanders był żywy do listopada. (śmiech) Wiesz o co mi chodzi? Ten człowiek ledwo może wejść po schodach. Myślałem, że angielskie wybory były pełne syfu, ale te przejmują pałeczkę. Ale już wystarczy z polityką. Nieważne kto wygra, i tak się nic nie zmieni. Nic korzystnego.
Tak, wracając do PiL – jestem fanem 4 lata, więc z koncertów znam jedynie współczesny skład, ale w miarę słuchania twoich starych albumów i koncertów stwierdzam, że to najlepszy skład PiL. Sekcja rytmiczna jest wspaniała i pewna, a Lu Edmonds nadaje swoimi instrumentami wiele przestrzeni w muzyce. Co o tym myślisz?
Myślę, że pracuję ze swoimi przyjaciółmi. To świetnie się sprawdza dla nas wszystkich. Pierwszy raz utrzymaliśmy ten sam skład przez dwa albumy i to dla nas dobra lekcja, kiedy wszystko idzie dobrze. Kiedy byliśmy w wielkich wytwórniach nigdy nie mogliśmy nic sklecić. Tak więc dzięki naszej niezależności odnaleźliśmy jedność.
Widzę to na scenie, bo wasze koncerty są naprawdę wyjątkowe. Twój pierwszy album z chłopakami, „This is PiL”, był świetny i trochę się obawiałem, czy pokocham nowy w ten sam sposób. Muszę jednak przyznać, że jest tak samo ekscytujący i świeży jak poprzednik. Czuję w nim więcej gniewu w tekstach. Komu dedykujesz takie piosenki, jak „Know How” i „C’est la Vie”?
Są odpłaceniem. Przedstawiają tragedię i smutek życia. Nie zawsze można być szczęśliwym i czasem musisz odkrywać rzeczy, które mogą wydawać się depresyjne, lecz jednocześnie bardzo pouczające. To, co robimy, to szukamy odpowiedzi i aby to zrobić musimy poznać wszystkie ludzkie emocje. Wszystkie – złe i dobre. Mimo złości, ten album to niezła zabawa. Uwielbiam go.
Z drugiej strony mamy takie pozytywne piosenki jak „The One”.
O tak.
Wracając jeszcze do tekstów, zastanawiam się co było inspiracją do początkowych słów „Double Trouble”, które rozbawiają za każdym razem.
To o kłótni z moją żoną nad naprawieniem toalety. W końcu wezwaliśmy hydraulika i rozwiązaliśmy problem. To domowa kłótnia, a temat piosenki powoduje, że śmiejemy się z Norą do rozpuku. To bardzo pouczająca i satysfakcjonująca piosenka. Jest o tym, jak prawidłowo wykorzystać kłótnię i zamienić ją w coś pozytywnego, a nie rozgoryczenie. Czasem musisz obrazić drugą osobą, a później się z tego śmiać jak absurdalnie to brzmi, by zrobić postęp w swoim związku. Taka jest z grubsza rola tej piosenki.
Czy jesteś zadowolony z relacji w zespole?
Tak, bardzo. To moi bardzo, bardzo bliscy przyjaciele. Znamy się od lat i tęskniliśmy za pracą ze sobą.
Wiem, że musiałeś włożyć dużo własnych pieniędzy w to, by PiL znów zaczął działać.
Musiałem wykupić się z kontraktów, bo nie chcieli puścić mnie wolno. Nie mogłem więc pracować przez prawie 20 lat dopóki nie miałem pieniędzy, by się od nich uwolnić. I to była najlepsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiłem. Dziękuję sobie każdego dnia za cierpliwość, by czekać i to zrobić.
Więc teraz sytuacja zespołu wydaje się komfortowa.
Nie, to ciężka praca. Nigdy nie nazwałbym jej komfortowej, ale jest zdecydowanie przyjemna.
Świetnie to słyszeć i naprawdę chciałbym, żeby ten skład dostarczył nam jeszcze wiele ekscytującej muzyki.
Tak, nie powstrzymuje nas nic oprócz własnego lenistwa. A zdecydowanie nie jesteśmy leniwi.
Zastanawiam się, jak pracujecie nad piosenkami. Kto wychodzi z muzycznymi pomysłami?
Nie ma zasad. Robimy to, co się sprawdza najlepiej. Nie ma kierownictwa. Bardziej chodzi o wspólnotę. Dzielimy się otwarcie naszymi pomysłami. Nie ma chciwości, nie ma chęci przejęcia władzy, nie ma mściwości ani urazy. Jest tylko jakość. I tak powinno być zawsze. Tego zawsze chciałem i teraz zdecydowanie tak jest.
Dobrze to słyszeć. Mam także box, który wydaliście niedawno – „PiL Live Collection”, który zawiera trzy koncerty – z 2000, 2011 i ostatni z 2015 roku. Pokazują one waszą rosnącą pewność siebie jako zespół i widać, że lubicie grać nowe piosenki w takim samym stopniu jak stare klasyki. Czy nowe kawałki są teraz dla ciebie bardziej znaczące?
Nigdy nie napisałem nic, co nie miało znaczenia. Jest tak, że cokolwiek właśnie piszę, jest tym, co właśnie dzieje się w moim życiu. Więc każdy kolejny album odzwierciedla moje losy. Myślę, że moje piosenki są realistyczne, nie są domysłami. Są po prostu cholernie realistyczne. Tak widzę życie i staram się pisać tak dokładnie, jak tylko potrafię.
Czyli odzwierciedlają twoje życie.
Tak myślę. Mam nadzieję! I mam nadzieję, że do tego się to sprowadza. Rozumiem, że czasem mogę zdezorientować słuchacza, bo jestem skomplikowaną osobą. Ale staram się znaleźć humor w tragedii. Co więcej mogę powiedzieć?
Mówiąc o tragedii – co myślisz o dzisiejszym biznesie muzycznym?
Jest bardzo zabawny. Jestem szczęśliwy, że nie jestem jego częścią. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłem. Nigdy nie byłem mile widziany w przemyśle i jestem z tego naprawdę zadowolony. To mówi mi, że robię coś naprawdę dobrego i wartościowego.
(Dzwoni telefon)
Zaczekasz chwilę…? Już jestem, to tylko ludzie mnie niepokoją, bo jestem tak bardzo popularny. (śmiech)
Moje kolejne pytanie brzmi: jak słuchasz muzyki? Preferujesz tradycyjną drogę – winyl i CD, czy interesuje cię cyfrowa era?
Winyl. Winyl zawsze będzie moim ulubionym. Później CD. A później reggae na kasetach, bo nagrałem większość mojego reggae na kasetach i podoba mi się w tym to, że mogę dodać dodatkowy bas. I to tyle. Nie słucham niczego w internecie, bo jakość dźwięku jest tak słaba, że to nie ma sensu.
Możemy więc przyznać, ze John Lydon jest sentymentalny ze względu na sposób słuchania muzyki?
O nie, nie sentymentalny. Nie jestem głupi i kiedy wiem, że coś działa dobrze, po co chciałbym zamieniać to na coś, co się w ogóle nie sprawdza? A spadek jakości w internecie jest przerażający, niezgodny z rzeczywistością. I tak to jest. Jestem tradycjonalistą z wyboru. Jeżeli byłby system, który odtwarzałby muzykę dokładniej i lepiej niż winyl, zdecydowanie byłbym zainteresowany. Ale takiego nie ma, więc nie jestem. W moim działaniu zawsze jest logika. Nie robię nic z sentymentalnych powodów.
A jednak napisałeś autobiografię, która została niedawno wydana w Polsce.
Tak, i to na papierze! Wyobraź to sobie! Tak bardzo kocham tradycję! (śmiech)

Dlaczego uważasz, że to był dobry moment, by ją napisać?
Bo jest w niej o moim dzieciństwie, z którego nigdy nikomu się nie zwierzałem. Nigdy o tym nie mówiłem. Wydaje mi się, że wydałem już tak dużo wartościowych rzeczy, że to oczywiste, że nie szukam tylko taniej sensacji. Mogę więc podzielić się wspomnieniami o chorobie, którą przebyłem, gdy byłem mały. I jestem zadowolony, że mogę powiedzieć ludziom, że moim wielkim osiągnięciem było pokonanie tej choroby, która zabrała mi cztery lata wspomnień i prawie mnie zabiła. Byłem w śpiączce w szpitalu przez prawie cztery miesiące, gdy byłem mały i to wyrządziło mi poważne szkody. Tak więc w moim życiu to jest największe osiągnięcie. Nadszedł więc czas, by podzielić się tym z ludźmi. I to jest rzecz, która popchnęła mnie do tworzenia muzyki w swój własny sposób. Wierzę w bycie kompletnie szczerym nie tylko ze sobą, ale także z każdym innym i najlepiej robię to właśnie przez piosenki. I każdego dnia, gdy się budzę i żyję, dziękuję naturze za to, że pozwoliła mi przetrwać.
Czy dzięki temu patrzysz na życie i świat inaczej?
Tak, widzę rzeczy wyraźniej. Myślę, że to mi pomogło… prawie mnie zabiło, ale pomogło mi być tym, kim jestem. Dobrą osobą. Nigdy nie zrobiłem nikomu krzywdy.
Starasz się czerpać z życia to, co najlepsze i nie myśleć o złych rzeczach.
Tak, nie ma we mnie nienawiści.
Twoja książka jest długa, dokładna i przedstawia Twój punkt widzenia na wiele tematów – muzykę, życie prywatne, karierę…
To szczere ukazanie tego, jak żyję.
Dzielisz się swoimi poglądami na temat Malcolma McLarena, Vivienne Westwood… Na początku wydawałeś się być podekscytowany dołączeniem do Sex Pistols, ale szybko cię to znudziło i zacząłeś podążać za swoimi rzeczami. Czy to prawda.
Nie znudziło mnie, po prostu miałem dosyć kłamstw ze strony managementu i oszustwa i korupcji w tym wszystkim. Chciałem szybko iść do przodu. Nie chciałem obierać łatwej drogi. Jeżeli znajdę na świecie miejsce, w którym jest mi dobrze, rzucę tę robotę. Taki jestem. Nie wierzę w cierpienie bez powodu. Cieszę się, że mój pierwszy zespół dał mi możliwość zobaczenia rzeczy bardziej czytelnie. To na pewno była wysoka poprzeczka, od której zacząłem.
Czy uważasz, że byłbyś w tym samym miejscu, gdyby nie osoby, które poznałeś po drodze w przeszłości?
Nie wiem, co bym robił. Wszedłem w muzykę trochę przez przypadek, ale gdy już ją odkryłem wiedziałem, że to jest to, do czego zostałem stworzony. Wszystko we mnie, wszystko w moim DNA mówiło mi „po to zostałeś stworzony.” To po prostu szczęście, że to odkryłem. Ale jest to dar, którego nigdy nie nadużyję.
Wszystko zależy więc od nas, a nie od przypadków, tak?
Tak, musisz być szczery ze sobą, a wtedy jesteś szczerym dla innych. I to jest moja motywacja w życiu. Najlepiej robię to przez muzykę. Kocham pisanie, kocham czytanie. Chciałbym napisać więcej książek, ale myślę, że lepiej pracuję, gdy piszę w formacie piosenki, z muzyką. Wtedy lepiej wykonuję swoją robotę. I tak to widzę. Maluję szczegółowe obrazy ze swojego życia poprzez muzykę.
Wiem, że jesteś także malarzem. Malujesz nie tylko obrazy, ale stworzyłeś także dwie ostatnie okładki swoich płyt.
Tak, ale jestem w branży objaśniania, to moja profesja. Jest to naturalne, że także maluję.
Czy okładki były zainspirowane przez muzykę, czy były gotowe zanim się ona pojawiła?
Piosenki były pierwsze. Piosenki zawsze są pierwsze i wtedy znajduję coś w głowie, co obrazuje stronę wizualną. I tak oto jest. Tak to właśnie robimy.

Co cię dziś wkurza? Czy bardziej sytuacja na świecie, czy coś w życiu prywatnym.
Ludzie, którzy wciąż są ignorantami i umyślnymi ignorantami. To zawsze będzie mi przeszkadzać. Gdy widzę ludzi pozbawionych praw obywatelskich lub pod nadzorem, bo nie mają wystarczająco dużo pieniędzy… To mnie wkurza. Wciąż jestem wojownikiem.
Wciąż jesteś wojownikiem i nigdy się nie poddasz. (Nawiązanie do słów piosenki „Warrior” – I’m a warrior and I’ll never surrender)
Nigdy!
Co chciałbyś zmienić na świecie lub w sobie?
Tak jak powiedziałem, chciałbym wyeliminować zapotrzebowanie na polityków, ale na pewno nie pozwoliłbym, żeby byli zastąpieni przez biznesmenów. To byłby bardzo zły ruch.
Jak widzisz więc świat bez polityki?
Pracuję nad tym. Gdy znajdę odpowiedź, będziesz pierwszym, któremu o tym powiem. (śmiech)
Czekam na to.
Dobrze dla ciebie. (śmiech) To za ciężkie pytanie, by pytać mnie o to rano. Jeżeli masz wolne 6 godzin, mógłbym coś dla ciebie wymyślić, ale nie teraz, dzięki. Uważam, że świat polityki powinien zostać wstrzymany. Osobiście nie lubię narodowych granic, międzynarodowych granic. Myślę, że musimy zacząć patrzeć na świat jako na jedną planetę, jedną rasę. Musimy usunąć wszelkie przeszkody, które powodują napięcie, nienawiść i separację. Jesteśmy w tym wszyscy razem. Gdy jeden naród coś spieprzy, umrzemy wraz z nim i to naprawdę straszna rzecz. Kompletnie niepotrzebna.
Jesteśmy w Unii Europejskiej, więc coś o tym wiem.
Ta, ale chyba nie jest ona zbyt zjednoczona, prawda? (śmiech)
Teraz nie, ze względu na uchodźców i tym podobne sprawy.
Tak, jest to sytuacja, która nigdy nie powinna się wydarzyć. Kolejna niepotrzebna, ignorancka, głupia, nienawistna wojna, która pozostawiła naszych ludzi – bo uchodźcy to nasi ludzie – bezdomnymi. Co oni mogą zrobić, gdzie mogą iść?
Rozumiem to, ale przez takie sytuacje jak ta w Paryżu, nie wiemy do końca kogo wpuszczamy.
Nie wiemy, bo media dezinformują i to prowadzi do jeszcze większej ignorancji w tym temacie. A ci szukający sensacji, rasistowscy wojenni podżegacze wykorzystają każdy incydent, by go wyolbrzymić. Tak naprawdę większość tych ludzi – jakieś 98% z nich to ludzie, którym zależ, którzy kochają i mają swoje życia. Jest może 1-2% kryminalistów, ale zgadnij – jest ich więcej w każdym miejscu w Londynie, skąd pochodzę. Mogę powiedzieć, że 25, a nawet 60% mojego starego sąsiedztwa to kryminaliści na pełny etat. (śmiech) I to jest fakt, który stał się codziennością.
Czy chciałbyś kiedyś wrócić do Anglii, czy czujesz się dobrze w Stanach?
Jasne, że bym chciał. Tęsknię za towarzystwem moich przyjaciół. Przeniosłem się do Kalifornii ze względu na problemy zdrowotne. Tak to wygląda. Musisz poświęcić pewne rzeczy w życiu, by odkryć coś nowego. Nigdy nie jest idealnie.
W takim razie wszyscy, którzy pytają „Czego potrzebuje dziś świat?” (tytuł nowej płyty PiL to „What the World Needs Now…”) powinni posłuchać twojej płyty.
Tak, to byłby dobry początek.
I może znajdą tam odpowiedź…
Nie, ale może będą bardziej otwarci na dyskusję o problemach i będą bardziej przygotowani na to, by wysłuchać innego punktu widzenia bez natychmiastowej złości i nienawiści. Niektórzy z moich najlepszych przyjaciół kompletnie się ze mną nie zgadzają w niczym, co mówię. Ale mimo to jesteśmy naprawdę blisko. I tak powinno być w życiu, to te różnice sprawiają, że jesteśmy lepsi. Gdybyśmy byli podobni, byłoby bardzo nudno. Dla mnie podobieństwo prowadzi do samobójstwa.
Miałeś kiedyś takie myśli?
Nie, nie! Znam znaki ostrzegawcze i je omijam. (śmiech) A poza tym – naprawdę lubię ludzi!
Ostatnim albumem w dorobku Public Image Ltd. jest „What the World Needs Now…” z 2015 roku, którego recenzję możecie przeczytać pod tym linkiem. Polecamy również recenzję autobiografii Johna tutaj.
Zespół Public Image Ltd. wystąpi w warszawskiej Proximie 18 maja 2016 r. Więcej na ten temat znajdziecie tutaj.

