Dlaczego Russian Circles mają gównianą publikę, co ma wspólnego wyprawa na biegun z okładką „Guidance” i jaka jest Chelsea Wolfe dowiecie się z naszej rozmowy z basistą Russian Circles, Brianem Cookiem. I nie zapomnijcie, że już pod koniec października zagrają na 3 koncertach w Polsce.

Mamy rok 2016. Wydaliście właśnie nowy album zatytułowany „Guidance”. Post-rock i post-metal nie są tak popularne jak kilka lat temu. Ale wy wciąż gracie i nagrywacie. Czy trudniej jest być teraz zespołem zaszufladkowanym jako post-metalowy?
Gówno mnie obchodzą rzeczy opatrzone etykietkami post-rock i post-metal. Nie interesują mnie te sceny. Są zespoły które lubię, a które podpadają pod tą etykietkę, ale są to grupy które robiły to co robiły i w jakiś sposób zostały zakwalifikowane jako część tej sceny. Nie sądzę, żeby Tortoise, Trans Am, Turing Machine, Grails myśleli o sobie jako zespołach post-rockowych. Nigdy nie myślałem też o Neurosis jako post-metalowym zespole. To były po prostu dobre zespoły. Kiedy koncertowaliśmy z Red Sparrowes w 2008, wynikła dyskusja pomiędzy ich gitarzystą Cliffem i naszym gitarzystą Mikiem na temat post-rocka. Mike niewinnie zapytał czym jest post-rock, więc Cliff musiał mu tłumaczyć, że jest to etykietka gatunkowa, która przylgnęła do naszych zespołów. Więc sądzę, że post-rock wybrał nas, a nie odwrotnie. Mówisz, że post-metal nie jest tak popularny jak kiedyś. Nie mam pojęcia. Radzimy sobie całkiem nieźle ignorując to i robiąc co tylko do cholery chcemy.
„Guidance” zostało nagrane z Kurtem Ballou za stołem producenckim. Jak określiłbyś wpływ jaki miał na was w studiu?
Z Kurtem pracuje się bardzo swobodnie. Myśleliśmy o zaproszeniu go do współpracy przy okazji wcześniejszych albumów, ale praca z ludźmi jak Greg Norman, czy Brandon Curtis również bardzo nam odpowiadała, mimo że nie są oni szczególnie kojarzeni z ciężką muzyką. Na „Guidance” byliśmy zainteresowani współpracą z kimś kto miał do czynienia z muzykami grającymi ciężką muzykę. Myślę że Kurt był podekscytowany na myśl o współpracy z zespołem który ma większa paletę dźwięków niż większość prostolinijnych hardcorowych i metalowych zespołów z którymi zwykle pracuje. W rezultacie był to bardzo płynny proces. Kurt miał wiele pomysłów na brzmienie i akcentowanie cięższych partii, co miało spory wpływ na album.
Pracując nad nowym materiałem koncentrujecie się bardziej na tworzeniu pewnego rodzaju historii, czy konstruowaniu utworów?
Konstruowanie kompozycji to nasz jedyny cel. Tworzenie historii z pewnością daje dziennikarzom i krytykom temat do rozmów. Jesteśmy bardziej zainteresowani czymś bardziej prymitywnym, pierwotnym, a mniej na tworzeniu odniesień dla blogerów.
Wasza muzyka jest w pełni instrumentalna, więc często trudno jest zgadnąć czemu utwór ma taki a nie inny tytuł. Czy mógłbyś poprowadzić nas przez „Guidance” i powiedzieć nam jak wpadacie na nazwy waszych kompozycji?
Tytuły to nawiązania do ludzi, miejsc, rzeczy z naszego życia, które były dla nas ważne w trakcie tworzenia albumu. Mógłbym rozwinąć konkretne znaczenie, ale nie sądzę że zwiększy to uznanie naszych fanów wobec materiału. Jeśli już, to go zmniejszy. Na przykład, co zostało już kiedyś wyjaśnione, 'Lisboa’ nosi właśnie taki tytuł, ponieważ Mike napisał ją w Portugalii gdy mieliśmy trochę czasu na trasie. Czy zwiększa to przyjemność ze słuchania tego utworu? Czy pomaga wyobrażanie sobie Mike’a siedzącego na backstage’u klubu rockowego majstrującego przy akordach i próbując je połączyć ze sobą w całość? A może znajomość tła burzy otoczkę tajemnicy i ogólną aurę utworu? Myślę że to ostatnie.
Co przedstawia okładka „Guidance”? Ma jakiś związek z ogólną treścią albumu?
Zdjęcia dostał mój mąż od starego weterana, który był wolontariuszem w jego pracy. To był dziwny i niepokojący prezent. Mieliśmy te zdjęcia od kilku lat i nie byliśmy pewni co z nimi zrobić. Nie znaliśmy nawet tła które stoi za nimi. W trakcie nagrywania „Guidance” nie byliśmy pewni co do swojej przyszłości i ta niepewność przemówiła do nas poprzez te zdjęcia. Pamiętam jazdę przez kraj w okolicach zimy 1998 i gdzieś przy granicy między Idaho/Utah miałem mały atak paniki. Zrzuciłem to na kawę. Byłem pośrodku niczego w mroźnej temperaturze. Gdyby zepsuł mi się samochód, byłbym w dupie. Znalazłem więc motel w którym postanowiłem przetrwać niekorzystne warunki. Podekscytowany oglądałem dokument o polarnikach próbujących dostać się na biegun północny. To zmieniło mój punkt widzenia. Moja sytuacja nie była w żaden sposób tak skrajna jak ich podróż. Podobnie jak wszystkie przeciwności i niepewności z którymi się zderzaliśmy w naszym życiu były niczym w porównaniu z historiami z tych zdjęć. Jest to w pewien sposób kojące.
Na waszym ostatnim albumie „Memorial” wykonaliście jeden utwór z Chelsea Wolfe. Jak się z nią współpracowało? Nie myśleliście nigdy o angażowaniu większej ilości wokalistów do waszych albumów?
Praca z Chelsea była świetna. Zupełnie bezproblemowa. Szkoda, że nie mieliśmy możliwości grać 'Memorial’ częściej na żywo. I z tego powodu właśnie nigdy nie uczynimy wokali stałą częścią naszej muzyki.
Są momenty na waszym nowym albumie, które przypominają mi Neurosis z czasów „Through Silver In Blood”. Uważasz ich za inspirację? Jakie inne zespoły miały największy wpływ w twojej pracy twórczej i życiu prywatnym?
Neurosis to świetny zespół, a okres od „Enemy of the Sun” poprzez „Times of Grace” był szczególnie ważny w ich historii. Bez wątpienia patrzę na nich jako na inspirację w tym sensie, że byli zespołem który sprawował szczególną kontrolę nad swoim brzmieniem i estetyką, ale zdawali się również mieć w sobie coś nie z tej ziemi. Nie stali na scenie rzucając żarty w stronę publiczności pomiędzy utworami. Ich występy były doświadczeniem w które można było się w pełni zanurzyć. Jednak naprawdę ważne dla mnie nazwy to Fugazi, Minutemen, Nomeansno i Undertow. Fugazi było moim pierwszym koncertem, a widząc intensywność ich występu, ideologię która ich prowadzi i brzmieniową różnorodność było bardzo inspirujące. Minutemen i Nomeansno były również inspirujące ponieważ bas był tak ważnym elementem ich muzyki. Każde z instrumentów było na równym poziomie. Byli jak Rush, chociaż nie posiadali tej nieosiągalnej aury gwiazdy rocka. Undertow było zespołem z Seattle, który sprawiał że czułem się jakbym był naprawdę zaangażowany w muzyczne podziemie. Pomyślałem, że perkusja i gitara w 'Harper Lewis’ niezamierzenie brzmią jak 'At Both Ends’ Undertow, więc… umm… pożyczyłem sobie linię basu z tego utworu.
Czy macie taki utwór, który musi być w każdej waszej setliście?
To dziwne, ale nie wiem, czy kiedykolwiek przez 8 lat zagraliśmy koncert bez 'Harper Lewis’. Wciąż sprawia nam ogromną przyjemność wykonywanie go, a ludzie zdają się go kochać.
Niedługo zagracie 3 koncerty w Polsce. Macie jakieś wspomnienia związane z Polską?
Bardzo dużo. Polska zawsze zostawia po sobie sporo wspomnień. Publika jest za każdym razem świetna, ale dostanie się na koncert jest również niezwykle skomplikowane! W Polsce poznaliśmy smak Żubrówki z sokiem jabłkowym, które jest wyśmienitym połączeniem. Pamiętam również jak graliśmy w Poznaniu na naszej pierwszej Polskiej trasie, gdy naszym supportem było kilku nastolatków. Nie przyszło wiele osób, a większość ludzi stała z tyłu podczas ich występu. Więc mama członków tego zespołu przyszła do nas na backstage i pouczyła nas o tym jak bardzo nasi fani są gówniani, ponieważ nie tańczyli do muzyki zespołu jej synów. Więc to jest to wspomnienie…
