Tegoroczna edycja Męskiego Grania cieszy się niespotykaną popularnością – główny singiel 'Początek’ ma już ponad 22 miliony odsłon na YouTubie po 2 miesiącach od premiery, bilety na całą trasę rozeszły się w mniej niż pół godziny. Nawet ci, którym nie udało się kupić biletów zebrali się wokół terenu imprezy, aby usłyszeć co do zaprezentowania ma Orkiestra Męskiego Grania. Czy taki hajp był uzasadniony? Pierwszy koncert trasy, który odbył się w poznańskim parku Cytadela udowodnił, że zdecydowanie warto było czekać.
Koncerty tradycyjnie zapowiadał Piotr Stelmach i jako pierwszy na scenie pojawił się zespół Pogodno – legenda polskiej alternatywy. Kapela, na której czele stoi Jacek „Budyń” Szymkiewicz, prezentując utwory z ostatniej płyty „Sokiści chcą miłości”, zagrała bardzo energetyczny koncert, który zdecydowanie porwał jeszcze nielicznie wtedy zgromadzoną pod sceną publiczność do zabawy. Bardzo mocnymi punktami tego koncertu było dołączenie do zespołu Skubasa oraz Krzysztofa Zalewskiego – dyrektora artystycznego Męskiego Grania 2018. Sam Zalewski w trakcie utworu wybiegł pod scenę w publiczność, czym zdecydowanie zaskoczył niespodziewających się tego fanów. Szkoda, że na występie Pogodno nie było jeszcze zbyt wiele osób, ponieważ był on naprawdę emocjonalny, bardzo energetyczny, zespół dał z siebie więcej niż 100%.

Kolejnym zespołem w stawce była Coma. Rogucki i spółka zdecydowanie rozpalili publiczność takimi utworami jak 'Za chwilę przestaniemy świecić’, 'Proste decyzje’ czy 'Spadam’. Do Comy na scenie dołączyli Patryk Pietrzak z zespołu Ted Nemeth i Swiernalis. Koncert pierwsza klasa, świetne, ciężkie brzmienie (ten bas!), entuzjastycznie reagująca publiczność, aczkolwiek byłby zdecydowanie lepszy klimat gdyby zespół zagrał po zmroku. Niemniej jednak Coma zdecydowanie zadowoliła licznie zgromadzonych fanów.

Tuż po Comie rozpoczęły się koncerty na mniejszej scenie Ż, które umilały czas w trakcie przepinek na głównej scenie. Jako pierwszy zaprezentował się Miro Kępiński, któremu towarzyszył wiolonczelista Michał Górka. Następny koncert na scenie głównej był jednym z tych, na które czekałem najbardziej. Słyszałem wiele głosów, że bracia Waglewscy potrafią porwać tłumy i okazało się to prawdą. Fisz Emade Tworzywo od piętnastu lat trafnie łączą hip-hop z jazzem, funkiem i innymi brzmieniami – dla muzycznego laika byłaby to dość dziwna mieszanka, a jednak to wszystko działa, wystarczyło popatrzeć jak wiara reagowała na takie utwory jak 'Telefon’, ’30 cm’ czy 'Pył’. Byłem naprawdę pod wrażeniem i mam nadzieję, że jeszcze nie raz zobaczę Fisz Emade Tworzywo na żywo.

Na scenie Ż pojawił się Hubert Tas & The Small Circle, który czarował publiczność połączeniem sekcji dętej i instrumentów elektronicznych, a tuż po nich na scenie głównej pojawił się pierwszy z trzech dyrygentów Męskiego Grania 2018. Wspomniany już wcześniej Krzysztof Zalewski zaprezentował w Poznaniu materiał z płyty „Zalewski śpiewa Niemena”. Trzeba przyznać, że artysta doskonale odnajduje się w repertuarze legendarnego wokalisty, pomagają mu w tym również Natalia i Paulina Przybysz śpiewające w chórkach oraz fantastyczny zespół. Brawurowe wykonania 'Przyjdź w taką noc’, 'Dziwny jest ten świat’, 'Począwszy od Kaina’, solowe wykonania sióstr Przybysz, a także prapremiera teledysku do 'Jednego Serca’ – absolutnie genialny hołd dla Czesława Niemena.

Na scenie Ż wystąpił Limboski z jednym z najbardziej znanych swoich numerów 'Czarne serce’, a na głównej scenie pojawił się Kortez z zespołem. Refleksyjny i melancholijny – tak można w skrócie określić ten koncert. Skąpani jedynie w strugach świateł muzycy otworzyli się przed publicznością, nic nie zakłócało odbioru utworów. Intymne teksty Korteza zabrały słuchaczy w podróż skłaniającą do myślenia. Łukasz jedynie przywitał się i pożegnał z publicznością, co idealnie wpisało się w klimat koncertu, który zachwycił zebranych na Cytadeli.

Po koncercie Barbary Wrońskiej na scenie Ż, współtwórczyni zespołu Pustki, publiczność wyczekiwała na Dawida Podsiadło, który koncertem na Open’erze wrócił po ponad 1,5 roku przerwy. Z ręką na sercu przyznaję, że nie spodziewałem się, że to będzie tak zajebisty koncert. Pełen energii bijącej ze sceny, świetnych aranżacji (’Nieznajomy’ i 'W dobrą stronę’, wow!), do tego Podsiadło w świetnej formie wokalnej, widać było, że tęsknił za występami na żywo. Naprawdę warto przejść się na koncert Dawida, szczególnie gdy towarzyszy mu na scenie genialny zespół.

Po koncercie Króla na scenie Ż, nadszedł moment, na który wszyscy czekali – występ Męskie Granie Orkiestra 2018 (Kortez, Dawid Podsiadło, Krzysztof Zalewski, Olek Świerkot, Kuba Staruszkiewicz, Pat Stawiński, Andrzej Markowski, Marcin Macuk). Początek koncertu (pun intended) to oczywiście singiel 'Początek’, myślę że można śmiało powiedzieć – największy przebój w historii Męskiego Grania. Rzeka gardeł (second pun intended) śpiewających ten kawałek, zdecydowanie dobry moment (third pun intended)! Pozostała część występu to covery polskich utworów i tu muszę pochwalić repertuar – nieoczywisty i idealnie dobrany. Znalazło się kilka perełek jak 'Wyspa, Drzewo, Zamek’ Perfectu, 'Minus 10 w Rio’ Lady Pank i wiele więcej w świetnie dobranych aranżach. Gościnnie z Orkiestrą wystąpili Katarzyna Groniec, która zaśpiewała 'Grandę’ Moniki Brodki oraz diabeł wcielony czyli Maciej Maleńczuk w utworze 'Szare miraże’ Maanamu. Cały koncert był przepełniony energią, która mieszała się ze spokojnymi momentami, w których Kortez śpiewał 'Nie mam dla ciebie miłości’ Skubasa czy 'Ostatni’ Edyty Bartosiewicz. I co do tego mieszania mam małe zastrzeżenie. Sam repertuar bardzo miło mnie zaskoczył, jednakże układ utworów w secie trochę zaburzył dynamikę koncertu. Na bis Orkiestra ponownie zagrała 'Początek’ zaznaczając tym samym, że to był właśnie dopiero początek trasy Męskie Granie 2018.

Trzech indywidualistów (muszkieterów, jak to określił Piotr Stelmach) w szeregach orkiestry, z których każdy wniósł coś od siebie zdecydowanie zadowoliło poznańską publiczność. Dali koncert, na którym zaprezentowali przekrojowo polską muzykę w świeżym wydaniu i zrobili to na przysłowiową piątkę z plusem. Do tego świetny zespół, który warsztatem mógłby zawstydzić niejednego znanego artystę. I cytując słowa Krzysztofa Zalewskiego z końca koncertu: „Są takie momenty w życiu, kiedy wszystko jest tak jak trzeba.” – udało się Wam, to był właśnie taki moment. Chapeau bas Panowie!