Słysząc ciche trzaski dochodzące z ogniska z zainteresowaniem obserwowałem gwiazdy na bezchmurnym, nieskazitelnym niebie. Oczyma wyobraźni widziałem wpadający w czerwień zachód słońca, znak kolejnego upalnego dnia, który miał nadejść jutro. Delikatny, ciepły wiatr powodował lekką senność, jednak mój towarzysz obiecał mi opowiedzieć jeszcze jedną legendę przed udaniem się na zasłużony odpoczynek.
No więc… – zaczął siedzący po drugiej stronie ogniska Indianin. Ciepła barwa chybotanego delikatnymi podmuchami wiatru ognia delikatnie gładziła jego twarz nadając jej dodatkowej dojrzałości i mądrości – Miałem opowiedzieć ci historię o Czerwonym Dymie… Rozpalanym raz do roku na trzy dni w miejscu, o którym wiedzą tylko wybrani. Miejscu, w którym nowo przybyli tworzą małe miasto pośrodku którego stoją rytualne instrumenty służące do opowiadania prastarych legend… W oparach czerwonego dymu przybysze słuchają opowiadań o Czerwonym Skalpie, prastarych stworach Elderze, Sasquatchu, Kadavarze, Mentorze czy Egypcie. Znam jednego człowieka, który wie, gdzie unosi się Czerwony Dym. Nie chciał mi jednak wyjawić tej tajemnicy – powiedział natomiast, że jest w nim coś szczególnego. Coś, co sprawia, że zaraz po ugaszeniu ognia przybysze chcą natychmiast rozpalić ognisko z powrotem. Legenda głosi jednak, że jest to możliwe jedynie raz na rok – wówczas płonie nieprzerwanym ogniem przez 3 dni tylko po to, by znów zgasnąć, zostawiając przybyszów w stanie nieopisanego pragnienia. Ponoć przez bardzo długi czas nie myślą o niczym innym, a właśnie o Czerwonym Dymie…
Indianin jakby lekko się uśmiechnął. Tańczący na jego twarzy płomień zaczął powoli przygasać, a on sam powoli się oddalał. Idealną ciszę zaczął burzyć szum i krzyki. Coraz głośniejsze i głośniejsze…
Z odrętwienia wyrwały mnie oklaski publiczności po koncercie zespołu Red Scalp (przez Indianina zwanego Czerwonym Skalpem). Oto więc, w indiańskim klimacie polski stoner po raz kolejny z przytupem otworzył Red Smoke Festival prezentując świetny poziom muzyki i zyskując soczysty aplauz od publiczności – no bo dzięki komu, jak nie muzykom Red Scalp w Polsce odbywa się festiwal tak specyficzny jak Red Smoke? Zanim jednak na dobre rozgościmy się w oparach Czerwonego Dymu, przyjrzyjmy się z bliska samemu wydarzeniu.

Co prawda sugerowała to już niewielka ilość biletów (i jeszcze mniejsza karnetów), ale warto na wstępie podkreślić jedną rzecz – to absolutnie nie jest festiwal dla każdego. Świadczy o tym właściwie wszystko, co można na nim spotkać. Frekwencja na koncertach o 16:00 nie była drastycznie mniejsza od tej, którą cieszyły się gwiazdy wieczoru. Nawet jeżeli ilość ludzi pod sceną chwilowo była poniżej oczekiwań, nie oznaczało to wcale, że nie było perfekcyjnie słychać właściwie każdego dźwięku wydobywającego się ze sceny w dowolnym miejscu na terenie festiwalu. Wynika to z faktu, iż teren, na którym odbywało się wydarzenie jest dość mały jak na tego typu event – przez trzy dni, podczas których trwał Red Smoke przez festiwal przewinęło się około tysiąca osób, a pole namiotowe w drugi dzień koncertów i tak było wypchane po brzegi.
To wszystko i wiele innych czynników składa się na to, że przebywając na pleszewskim Red Smoke Festival każdy może odnieść wrażenie, że te 3 dni w roku są organizowane specjalnie dla niego. Piwo? Kraftowe. Zimne napoje? Gazowana yerba mate w kilku smakach. Atmosfera? Festiwal odbywa się w amfiteatrze umiejscowionym w parku, a tuż za sceną promienie słońca odbija oczko wodne, w którym pływają kaczki. Zmęczenie doskwierające po kilku godzinach stania na koncertach? Kilkanaście rzędów krzesełek w tylnej części widowni, a przy odrobinie szczęścia udawało się dorwać jedną ze starych kanap lub foteli, które, sądząc po zdjęciach z zeszłych lat, od dawna już towarzyszą przyjeżdżającym na Red Smoke Festival.
Przykłady można mnożyć i trochę żałuję, że już w pierwszych kilku akapitach wyrzuciłem najlepsze (poza samą muzyką) asy z rękawa jeżeli chodzi o organizację festiwalu, ale od pierwszych chwil czuć, że jest to event od fanów gatunku dla fanów gatunku. Za nieprawdopodobnie niską cenę (trzydniowe karnety w pierwszej turze kosztowały poniżej 100 zł) z roku na rok na pleszewskiej scenie stają coraz większe gwiazdy – w poprzedniej edycji Truckfighters czy też Belzebong, w tegorocznej między innymi Kadavar, Elder czy Acid King. Nawet gdyby na Red Smoke nie było muzyki to śmiem twierdzić, że po trzech dniach niemal tak samo nie chciałbym wyjeżdżać z parku nieopodal pleszewskiego amfiteatru.
Szumiący las szepnął mi, że pierwszego dnia Czerwonego Dymu muzyka na długo przestała rozbrzmiewać… – zaczął Indianin po długiej przerwie – Legenda o Ouzo Bazooce może być opowiedziana tylko wtedy, gdy rozpalający ogień posiada również artefakt o tajemniczej nazwie, Prąd Elektryczny. Ogień jednak wciąż płonął, a zebrani przybysze czekając na opowieść postanowili zawrzeć przyjaźnie i sojusze, które zamierzali zacieśniać również podczas przyszłorocznego Czerwonego Dymu…
Czy historia została w końcu opowiedziana? – spytałem z zaciekawieniem.
O tak… – rzekł mój towarzysz – Zgromadzony lud usłyszał legendy o Ouzo Bazooce, Sasquatchu oraz Kadavarze zaraz po zdobyciu artefaktu, po kilku godzinach. Emocje i okrzyki towarzyszące opowieściom podobno do tej pory można usłyszeć w okolicznych wioskach – powiedział Indianin, po czym zmarszczył czoło i wyraźnie się zamyślił. Z ogniska dobiegł trzask kolejnej gałęzi, a po jego twarzy znów zaczęła dryfować poświata, która swoje źródło miała w tlącym się przed nami ogniu.
Zaproszone zespoły sporo czasu poświęcały na odpowiednie przygotowanie się do koncertu oraz zadbanie o jak najlepszą akustykę. Mimo, że formacje występowały w amfiteatrze nie warto było ryzykować zepsucia tak dogodnych warunków. Jak już wspomniałem, festiwal przeznaczony był dla bardzo małej liczby osób. Nie było więc mowy o pogłosie czy zbyt mocnej stopie, którą zazwyczaj na dużych koncertach można odczuć w okolicach żołądka. Można było przyczepić się do drobnych detali (zbyt głośny wokal na koncercie Eldera, problemy techniczne podczas występu Lee Van Cleef czy umieszczenie dwóch doom metalowych zespołów obok siebie na sam koniec festiwalu). Piątkową wpadkę polegającą na dwugodzinnym braku prądu pomińmy – wszak wszystkie z zaplanowanych koncertów ostatecznie się odbyły, choć niestety były nieco krótsze niż pierwotnie zapowiadano.
Oprócz sceny głównej na festiwalu zorganizowana została również mała scena, na której koncerty odbywały się na 2-3 godziny przed otwarciem głównego wejścia. Te mini-koncerty miały szalenie kameralny charakter – zazwyczaj odbywały się przy znikomej ilości dodatkowego nagłośnienia – tylko mikrofon dla wokalisty, perkusja, dwóch gitarzystów oraz ich „lodówki”. Jeżeli byliście kiedyś na próbie zespołu znajomych to właśnie taka atmosfera panowała podczas zaczynających się o godzinie 13:00 niewielkich występów. Tym samym wielkie brawa należą się Bantha Rider, Andromeda Space Ritual, Tortuga oraz Ignu za świetne, choć skromne występy tuż przed klasykami gatunku.
Rozpisywanie się na temat każdego z koncertów na festiwalu stworzyłoby niesamowicie długą oraz w szerszej perspektywie nieciekawą relację, nieprzekazującą ducha samego eventu. Organizatorzy festiwalu pokusili się na połączenie gatunków leżących na przeciwległych muzycznych biegunach. Okazało się to być strzałem w dziesiątkę.
Mój towarzysz wyraźnie podekscytował się wskutek własnej myśli, która, zdawać by się mogło, niczym ulotne wspomnienie rozpaliła w nim chęć do dalszych opowieści. Po raz pierwszy spojrzałem mu bardzo głęboko w oczy – dostrzegłem w nich odbicia płomieni pochodzących z wciąż rozpalonego ogniska. Nie na długo udało mi się wytrzymać przeszywający wzrok Indianina. Dostrzegłem jedynie jak na twarzy mojego rozmówcy pojawił się zachęcający uśmiech.
Spójrz w ogień, nie bój się – mówiły jego oczy, w których płomienie rozgościły się na dobre.
Czerwony Dym nie kończy się wraz z zachodem słońca – rzekł ciepłym głosem, który mimo najlepszych chęci mojego towarzysza spowodował, że poczułem na plecach lodowaty pot.
Tuż przy wejściu na pole namiotowe stała tajemniczo wyglądająca drewniana chata kształtem przypominająca indiańskie tipi. Jej umiejscowienie nie było jednak na szczęście dziełem przypadku. W każdy dzień festiwalu po zakończonych koncertach z wnętrza dobiegały dźwięki transowej muzyki elektronicznej serwowanej przez DJów Heszu (piątek), Loxic (sobota) oraz Eggs Delicious (niedziela). Jeżeli ktokolwiek chciał zobaczyć jak jego długowłosy, brodaty kolega wymiata na parkiecie zaraz po rasowym headbangingu na metalowym koncercie to właśnie Red Smoke okazuje się być doskonałym miejscem na nadrobienie zaległości. Przewrotny pomysł organizatorów pokazał, że można skutecznie odnaleźć wspólny mianownik na obu krańcach szerokiego, muzycznego świata. W tipi jednak wydarzyło się coś jeszcze bardziej niezwykłego, co wspominam kilka dni po festiwalu i wspominał będę jeszcze bardzo długo.
Mimo, że miałem nie pisać o poszczególnych koncertach, to temu, co wydarzyło się w sobotę po koncercie Eldera muszę poświęcić osobny akapit. Mijając tipi po wejściu na pole namiotowe zaintrygowały nas dźwięki uderzania nieokreślonym narzędziem w metalowe miski. Zaciekawieni weszliśmy do środka spodziewając się raczej awangardowego performance’u niż porządnej porcji muzyki tym bardziej, że oto przed nami stało dwóch facetów przebranych za czarownice.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy nagle jeden z artystów zaczął wybijać niepokojący rytm na stojących przed nim bębnach, a z inicjatywy drugiego z nich w ruch poszły syntezatory. Nieśmiałe dźwięki bardzo żwawo przerodziły się w nieprawdopodobne widowisko, podszyte klimatem kojarzącym się z ritual ambientem i budzącym uzasadniony niepokój, szczególnie w środku nocy. Panowie, którzy pozamiatali publicznością w tipi zostali w line-upie przedstawieni jako Secret Gig. Odsłońmy jednak karty – z powierzchni ziemi zmiótł nas projekt nazwany Gnoza, tworzony przez Roberta Ruszczyka (Sunnata) oraz Kubę Sokólskiego (Merkabah).
Podsumowując – była to moja pierwsza wizyta na Red Smoke Festival, ale z pewnością nie zawitałem tam po raz ostatni. Był to jeden z lepszych festiwali, na jakich miałem przyjemność być, z pewnością wypiłem na nim najlepsze piwo, jakie miałem okazję kupić na tego typu wydarzeniach, a po wyczerpujących koncertach nie pozostawało nic innego jak leżeć na starej kanapie i wspominać co lepsze fragmenty dnia. Oczywiście, niedzielna atmosfera kończącego się festiwalu pozostawiała w głowie nutę i smutku i rozczarowania szybkością płynącego czasu. Miejmy jednak nadzieję, że najbliższy rok minie ot tak, jak festiwalowy weekend. Cóż, do zobaczenia następnym razem!
Tutaj kończy się moja wiedza na temat Czerwonego Dymu – westchnął Indianin i spojrzał
w gwieździste niebo jakby miał tam znaleźć brakujące elementy opowieści – Co roku słyszę nowe legendy od przyjezdnych i wciąż opowiadam tę historię ludziom takim jak ty.Ile jest prawdy w Czerwonym Dymie? – spytałem, czując, że nasza rozmowa zbliża się ku końcowi.
Tego ci nie powiem, przyjacielu – odparł Indianin – Jestem za stary, aby zacząć go szukać. Ale ty…
Mój towarzysz spojrzał na mnie z intrygującym, lekkim uśmiechem, wstał i powolnym krokiem poszedł w stronę namiotu. Tej nocy nie mogłem spać. Myślałem o legendach i o tym, jak bardzo pragnę dołączyć do przyjezdnych przez 3 dni w roku gdy nad ich osadą unosi się Czerwony Dym.
Na sam koniec gorąco polecamy krótką wideo (nie)relację od naszych kolegów z Metalurgii:
