Pierwszy dzień Off Festivalu przywitał nas upałami, które jednak można było znieść dzięki lokalizacji imprezy – od paru edycji odbywa się ona w Dolinie Trzech Stawów w Katowicach. Miejsce, oprócz zadrzewionych terenów, dzięki którym można schronić się przed upałem oferuje również niezapomnianą atmosferę, przypominającą leniwy, rodzinny piknik. Przeplatające się koncerty na 4 scenach wydają się płynąć bez żadnego pośpiechu w atmosferze relaksu. I to między innymi wyróżnia ten festiwal od innych masowych spędów. Niebawem po wejściu na teren imprezy, o godzinie 15 rozpoczęły się pierwsze koncerty.
OLIVIA ANNA LIVKI
Ta multiinstrumentalistka zaistniała szerzej dzięki udziałowi w programie ‘Must Be The Music’ i od tamtej pory nieustannie koncertuje. Uwagę przyciąga jej image, jednak muzyka łącząca swym zwartym brzmieniem basu wiele gatunków wciąż czeka na przełom.
NAGROBKI
Gitarowo-perkusyjny duet szacunek wzbudził zainteresowanie i w namiocie Sceny Eksperymentalnej pojawiła się spora grupa ludzi. Chłopaki grają (bardzo) garażowe, oparte na 3 chwytach piosenki i sprawiają wrażenie gimnazjalistów, którzy dopiero uczą się grać w swoich pokojach wyłożonych plakatami rockowych idoli . Mimo wszystko szacunek, że z takimi umiejętnościami nie boją się wyjść na scenę poważnego festiwalu. Zazdroszczę braku kompleksów.
WILGA
W międzyczasie udało mi się dotrzeć też na koncert smutasów z zespołu Wilga. Ograniczenie kontaktu z publicznością na rzecz muzyki (jak szczerze stwierdził ze sceny członek zespołu nie są dobrymi konferansjerami) było dobrym posunięciem i dostaliśmy kawałek niezłego indie-rockowego grania, które chociażby z ciekawości warto obserwować dalej.
THE STUBS
Na koncert warszawskiego tria czekała całkiem spora grupa słuchaczy, ponieważ ich 45-minutowy koncert na scenie leśnej wzbudził niemałe zainteresowanie. Panowie w swojej muzyce starają się nawiązywać do klasycznych rockowych brzmień ze stonerowym posmakiem. Bardzo dobre brzmienie, konkretne, rockandrollowe riffy, trochę prymitywne solówki pasujące do tego typu muzyki i fajnie pulsujący bas sprawiły, że przyjemnością było oglądać ten występ. Po wszystkim słyszałem komentarze, że przez wokale był on jednak trochę monotonny i można tutaj przyznać rację – gdyby bardziej popracować nad urozmaiceniem linii wokalnych (i tekstami, które przez większą część koncertu trudno było zrozumieć), mógłby być to zespół, który bez kompleksów stanąć może także na scenach zagranicznych festiwali. Trzymam kciuki za wybranie dobrej drogi.
WŁADYSŁAW KOMENDAREK
Ten naczelny freak polskiej muzyki eksperymentalnej mający za sobą bogatą karierę pojawił się na Scenie Trójki otoczony jedynie swoimi instrumentami klawiszowymi. Występ zapowiadał się ekscytująco, jednak długie, improwizowane utwory (przez 50 minut były ich chyba 4) bez wyraźnego motywu przewodniego na pewno znużyły część publiczności, bo w trakcie występu dało się zauważyć dużą rotację pod sceną. Niektórzy zainteresowani zostali ściągnięci jakąś kosmiczną siłą, inni potraktowali ten one man show jako ciekawostkę i po parunastu minutach opuszczali namiot. W pewnym momencie zrobiło się nawet deathmetalowo za sprawą ostrego, riffującego podkładu. Zdecydowanie warto było zobaczyć nawet przez chwilę tego kosmitę (jak sam się Pan Władysław określa) i wejść w jego niecodzienny, nieustannie zmieniający się świat, który potrzebuje wytrwałości, żeby za nim nadążyć.
SONGHOY BLUES
Na ten koncert wybrałem się przez przypadek, ponieważ chwilę przed nim przeczytałem w festiwalowej książeczce, że ta grupa pochodząca z Mali grała m.in. z Damonem Albarnem. I jak to czasem bywa w takich sytuacjach, ta spontaniczna decyzja okazała się najlepszą pierwszego dnia Off Festivalu. Kwartet czarnoskórych muzyków w fenomenalny sposób łączy bluesa z afrykańskimi rytmami. Od pierwszej chwili słuchaczy urzekła pozytywna energia bijąca ze sceny i koncert zamienił się w jedną wielką imprezę. Do tańca porwani zostali nawet najwięksi sztywniacy, którym nie przeszkadzał nawet upał. Świetna sekcja rytmiczna, genialna gitara i wokalista, na widok którego uśmiech sam pojawiał się na twarzy. Pewnych rzeczy nikt nie zagra tak, jak czarnoskórzy muzycy, ale że Afrykanie mogą tak dobrze czuć bluesa – tego chyba nikt się nie spodziewał. Zdecydowanie jeden z najjaśniejszych punktów pierwszego dnia, a może nawet najlepszy.
MICK HARVEY
Po koncercie Songhoy Blues nastąpiła szybka zmiana klimatu i tematu, bo na scenie leśnej wystąpił Mick Harvey ze swoimi interpretacjami piosenek legendarnego francuskiego piosenkarza Serge’a Gainsbourga. Bogate instrumentarium (w składzie pojawił się nawet kwartet smyczkowy z Gdańska), bardzo dobre brzmienie i świetne wykonanie zapewniły koncert na najwyższym poziomie. Nad sentymentalnymi utworami unosił się dodatkowo buntowniczy duch Nicka Cave’a, bo przecież Mick to jego długoletni współpracownik.
SUNN O)))
Po Micku Harveyu na Scenie Leśnej zainstalował się zespół, na który czekała rzesza ludzi i co do którego oczekiwania były bardzo wysokie. Sunn O))) skutecznie przegonił jednak spod sceny wszystkich hipsterów udających największych fanów grupy, bo już samo kilkunastominutowe wprowadzenie pełne sprzężeń było naprawdę ekstremalnym doświadczeniem. Zdecydowanie nie był to koncert dla ludzi o słabych nerwach (lub mających gust), bo oprócz kłębów pary i decybeli hałasu nie odkryłem w tym występie nic ekscytującego. Widocznie dźwiękowy sadomasochizm jest nie dla mnie, chociaż z drugiej strony…
THE RESIDENTS
…na Scenie Głównej jako ostatni pojawiła się legenda awangardy – Amerykanie z The Residents. Istniejący od końca lat 60-tych kolektyw ma na swoim koncie kilkadziesiąt mniej lub bardziej ekscentrycznych albumów. Ich występ ciężko nazwać koncertem – raczej jest to doświadczenie dźwiękowo-wizualne, które z pewnością nie przypadnie i nie przypadło do gustu wszystkim zebranym. Trio, w którego skład wchodzą wokalista Randy, obsługujący również sample perkusista Rico (zastąpił emerytowanego Chucka) i gitarzysta Bob, dało ponad 80-minutowy performance pod tytułem The Shadowland, który jest ostatnią częścią trylogii po The Talking Light i Wonder of the Weird. Na pewno wrażenie robiła scena – za artystami znajdowała się wielka kula, na której wyświetlane były krótkie filmy. Statyczni instrumentaliści po bokach sceny robili miejsce dla frontmana i prawdopodobnie jedynego oryginalnego członka zespołu, który doskonale wcielał się w swoją postać. Zamaskowani muzycy, którzy nigdy oficjalnie nie ujawnili swojej tożsamości (chociaż jeżeli ktoś zajął miejsce jeszcze przed koncertem, to mógł zobaczyć ich jeszcze nieprzebranych instalujących swoje urządzenia) wyszli na bis i przedłużyli swój show. Myślę więc, że obie strony – i grupa i publiczność – były usatysfakcjonowane tym spotkaniem, którego warto było doświadczyć.
![Off Festival 2015: Relacja z 1. dnia [7.08.2015] The Dillinger Escape Plan zagra na OFF Festival 2015](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/03/Off-Festival.png)