Podkreślam to już od dawna, że w Polsce istnieją tylko 3 zespoły, których koncerty za każdym razem powodują u mnie niepohamowany wybuch emocji różnego i skrajnego rodzaju. Są to Tides From Nebula, Blindead i Obscure Sphinx. I to właśnie rytuału ostatniego z tych zespołów miałem okazję doświadczyć ostatnio na własnej skórze. Nie był to pierwszy raz, jednak nie miałem wątpliwości, że po raz kolejny zostanę doszczętnie rozłożony na łopatki.
Kiedy Vagitarians zakończyli działalność, miłośnicy lepkiego jak smoła psychodelicznego stonera stracili ciekawy i ważny element naszej rodzimej układanki muzycznej. Zbiegło się to mniej więcej w czasie z wcieleniem Piotra Rutkowskiego i Grabaża do przegrupowanego Corruption. Przynajmniej jednak moim zdaniem, panowie się tam marnowali grając muzykę znajdującą się poniżej ich umiejętności. Z tym większym zaciekawieniem powitałem projekt będący 3/5 składu Vagitarians, gdzie do Rutkowskiego i Grabba dołączył Marian Odsłuch dzierżący bas. Pierwsze próbki zwiastowały interesującą i nietuzinkową muzykę. Od tamtej pory minęło nieco czasu. Corruption ponownie wymieniło większość składu, a Spirit rozpoczął swoją ekspansję. Można ich było zobaczyć m.in. jako support Triptykon, na wspólnej trasie z Minetaur, a ostatnio na koncertach z Obscure Sphinx. Te ostatnie wydarzenia zbiegły się czasowo z premierą debiutanckiego albumu tria. Muzykę Spirit niektórzy określają mianem zderzenia Gojiry z Meshuggah. Mimo że inspiracji muzyką Francuzów nie sposób przeoczyć, tak z porównaniami do ojców djentu wstrzymałbym się. Nie ulega za to wątpliwości, że na dobre warszawiakom wychodzi łączenie ekstremy z progresją. Jako najbardziej zajmujące fragmenty koncertu mogę wymienić momenty gdy wściekła praca instrumentów przyhamowuje na chwilę, żeby na pierwszy plan mogła wybić się progresywno-hard rockowa gitara. Krzyki przechodzące miejscami w chrypki śpiew podkreślają tylko zachodzący dysonans.
Sporym zaskoczeniem był dla mnie występ Butterfly Trajectory. Obwołani w mediach polskim Opeth, skończyli po długim czasie nagrywanie swojego debiutu „An Act of Name Giving”, który prezentują obecnie na koncertach. Ci którzy spodziewali się progresywnych pasaży w stylu ostatnich dokonań Åkerfeldta srogo się zawiedli. Bliżej poznaniakom do „Blackwater Park” i „Deliverance” niż do „Pale Communion”. Jednak tego porównania lepiej też używać z rozwagą. I tak jak w przypadku Spirit i Meshuggah, tak w przypadku Butterfly Trajectory nie szarżowałbym z nazywaniem ich polskim Opeth. Da się za to także odnaleźć pewne nawiązania do niektórych dokonań Paradise Lost. Zostawmy jednak porównania, bo muzyka Butterfly Trajectory wykracza poza sztywne ramki i nie jest zwykłym zżynaniem od sławniejszych kolegów. Problemów może dostarczyć również określenie gatunku. W trakcie ich występu, a także podczas wsłuchiwania się w ich debiut dostrzegłem misternie utkany kolaż metalowej progresji, doom, post, a miejscami nawet sludge. Nie sposób przewidzieć w jakim kierunku podąża ich muzyka. Zręczne lawirowanie między stylami i gatunkami tworzy kompozycje nieprzewidywalne, ale równocześnie spójne. Nowy numer, który zagrali na sam koniec zapowiedział dodatkowy, nieco spokojniejszy i melodyjny element w ich muzyce. Z niecierpliwością czekam na premierę nowych utworów. Jedynym ich problemem jest prezencja na scenie, która jest krótko mówiąc nijaka. Ale to może chwilowa słabość.
Niewiele jest w Polsce zespołów, które własnym nakładem osiągnęły tak wiele. Bez wsparcia ogromnych monstrów wytwórni muzycznych pożerających setki muzyków na śniadanie. W tym jednak tkwi siła ich muzyki, że przemawia za siebie sama, bez wsparcia mediów z zewnątrz. Dopiero kiedy „Anaesthetic Inhalation Ritual” pojawił się na rynku, wielu fanów nie tylko nisko strojonych gitar uświadomiła sobie, jak bardzo brakowało takie zespołu na polskiej scenie muzycznej. Nie mówię tu tylko o metalowej, ponieważ Obscure Sphinx jest jednym z tych zespołów, do których udało mi się przekonać nawet nie słuchających na co dzień muzyki żeliwnej znajomych. Może to świadczyć o kilku rzeczach. Przede wszystkim o autentyczności, jaka jest zachowana w kompozycjach zespołu. Następnie można wymieniać nietuzinkowość, oryginalność, ale przede wszystkim emocje. Każdy z nas doświadcza jakiś słuchając konkretnych zespołów. Jednak Obscure Sphinx serwuje nam prawdziwy koktajl. Ich koncerty to spotęgowanie i skumulowanie tego wszystkiego co dzieje się na ich albumach. Słuchacz ciskany jest w sam środek wiru, gdzie doświadcza wielu, często skrajnych emocji. Od złości po radość, od zagubienia po euforię. Był to pierwszy koncert na którym miałem okazję ich zobaczyć w roli głównej gwiazdy. Odnaleźli się w niej doskonale. Nie miałem co do tego wątpliwości, ponieważ występując jako support miażdżą często bez litości zespół wieczoru. Od rozpoczynającego rytuał ‘Lunar Caustic’ po wieńczący całość ‘Nastiez’, była to podróż przez różne wymiary psychiki, emocji i doświadczeń. Nie ma obecnie w Polsce zespołu, który tak sprawnie operowałby tyloma środkami przekazu. Od działającej na zmysły muzyki, przez umiejętne posługiwanie się środkami scenicznego wyrazu. Obscure Sphinx to obecnie jeden z najbardziej niesamowitych aktywnie działających zespołów, a koncerty są tylko przypieczętowaniem ich umiejętności i zdolności w przekazywaniu emocji.
![Obscure Sphinx, Butterfly Trajectory, Spirit: relacja z koncertu w krakowskiej Fabryce [21.05.2015]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/05/obscure-sphinx1.jpg)