Limp Bizkit, pomimo tego, że ich artystyczny szczyt przypadał na przełom lat 90/00, wciąż mają wierną widownię, która ekstatycznie wręcz reaguje na nieśmiertelne piosenki grupy. Tak też było 7 czerwca 2015 roku w krakowskiej hali TS Wisła. Ale wszystko po kolei.
Jako pierwszy wystąpił poznański zespół Hope wyraźnie inspirujący się gwiazdami wieczoru oraz takimi wykonawcami jak KoRn, Cypress Hill z rockowego wcielenia czy Rage Against the Machine. Rolę „rozgrzewacza” spełnił bardzo dobrze i został naprawdę świetnie przyjęty. Były nawet żądania bisu, dlatego trochę szkoda, że zespół miał niespełna 30 minut na zaprezentowanie się. Pomimo słabej akustyki oraz powstającego pytania, czy polska grupa naprawdę może być wiarygodna w graniu tego typu muzyki kompletnie oderwanej od naszej kultury, jeżeli chłopaki naprawdę robią to co kochają i do tego mają odbiorców – a według mnie oba warunki zostały spełnione – to pozostaje tylko życzyć im powodzenia.
Parę minut po godzinie 21 na scenie wypełnionego po brzegi niewielkiego obiektu pojawili się Limp Bizkit. DJ Franko, pewnie uderzający John Otto, Sam Rivers ze swoim świecącym basem, jak zwykle wymalowany i przebrany Wes Borland i w środku mistrz ceremonii, który potrafi dyrygować publicznością jednym skinieniem ręki – brodaty Fred Durst. Myślę, że zespół już dawno nie grał w tak małej hali, więc koncert miał swoją intymną i bardziej bezpośrednią atmosferę. Sam Fred wspomniał ze sceny, że cieszy się że może zobaczyć twarze wszystkich osób na widowni i chwalił żywiołowość zgromadzonych.
Zaczęli nietypowo, bo od ‘9 Teen 90 Nine’ i od razu porwali widzów do szaleńczego pogo. W porównaniu z ostatnio coraz bardziej zblazowaną polską publicznością, której udziela się zachodni trend do stania w miejscu i oglądania koncertu przez ekran iPhone’a , tym razem szaleństwo ogarnęło wszystkich już od pierwszej chwili. Dawno nie widziałem tak żywo reagującej publiczności i z jednej strony żałowałem, że byłem na trybunach, a nie w centrum wydarzeń, ale dzięki temu przynajmniej wyszedłem z tego cało i mogę dziś napisać dla was recenzję.
Na obecnej trasie Limp Bizkit dość często żongluje setlistą, dlatego po każdej piosence była chwila oczekiwania, przy jakich dźwiękach będzie odbywał się dalszy taniec. A zespół nie oszczędzał swoich wielbicieli i raz za razem uderzał celnie między oczy – ‘Full Nelson’, ‘Nookie’, ‘My Generation’… Była nawet niespodzianka w postaci ‘The Truth’ z mniej popularnego, lecz cenionego wśród ortodoksyjnych fanów albumu „The Unquestionable Truth (Part 1)”, a w ‘Hot Dog’ znalazł się gitarowy cytat z ‘Master of Puppets’. Tysiące gardeł śpiewało wszystkie teksty i widać było, że grupa jest niesamowicie podbudowana takim przyjęciem. Jedynie pod koniec przy ‘Break Stuff’ i ‘Take a Look Around’ sytuacja trochę się uspokoiła, ale to tylko dlatego, że już brakowało siły!
Niestety nie zabrakło też negatywnych niespodzianek. Po 13 piosenkach zespół zszedł ze sceny, a Fred zaintonował jeszcze puszczone z taśmy ‘Stayin’ Alive’, które publiczność będąca w doskonałych nastrojach w momencie podchwyciła i zaśpiewała razem z frontmanem. Wszyscy jednak czekali na bis, którego nie było dane nam zobaczyć. Trochę dziwna sytuacja, tym bardziej, że pomijając rewelacyjne przyjęcie, co już powinno być powodem powrotu na scenę, grupa ominęła wiele stałych punktów swoich koncertów. Wszyscy byli pewni, że jeszcze się pojawi, bo aż prosiło się o zwieńczenie koncertu, a tymczasem nie było niczego z pierwszej płyty, nie było ‘Re-Arranged’, ‘Eat You Alive’ ani tradycyjnej wiązanki coverów. Szkoda.
Pomimo tego incydentu, moim zdaniem zdecydowanie warto było wybrać się na koncert. Agresywna muzyka Limp Bizkit sprawia, że ich występy są naznaczone jakąś pierwotną, zwierzęcą energią, która w jednej chwili udziela się wszystkim słuchaczom. I mimo, że można narzekać, że grupa nie nagrała nic znaczącego od 15 lat, wśród pokolenia wychowującego się na przełomie wieków i tak obrosła legendą. Było to widać po przekroju publiczności – w większości byli to 20-parolatkowie pamiętający pewnie czasy, gdy na MTV można było jeszcze zobaczyć walkę Freda z dostawcą pizzy w 'N 2 Gether Now’, czy całego zespołu z tajnymi agentami w 'Take a Look Around’. Mimo, że lata świetności nu-metalu i rapcore’u już dawno minęły, to słysząc takie piosenki jak ‘My Way’, ‘Break Stuff’, ‘Boiler’ czy ‘Nookie’ ciężko nie docenić dorobku Limp Bizkit, pomimo ewentualnych osobistych uprzedzeń. To jeden z zespołów, który zawsze warto zobaczyć w akcji i ten koncert zdecydowanie to potwierdził.
2. Full Nelson
3. Nookie
4. The Truth
5. Hot Dog
6. My Way
7. My Generation
8. Livin’ It Up
9. Boiler
10. Gold Cobra
11. Rollin’ (Air Raid Vehicle)
12. Break Stuff
13. Take a Look Around
![Limp Bizkit: Wrażenia z koncertu w Krakowie [7.06.2015]](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2015/06/limp.jpg)