Nigdy nie byłam i chyba już nie będę wielką fanką przesadnej pompy na koncertach. Muzyka i charyzma artystów powinna bronić się sama, a tam gdzie wszyscy widzą rozrywkę i urozmaicenie występów, ja często wyczuwam chęć odwrócenia uwagi od sedna koncertów i tuszowanie swoich muzycznych braków. Kiedy ktoś dostaje laserem po oczach przez 10 minut, to raczej pewne, że skupi się na odzyskaniu wzroku i otarciu łez (co w kilkunastotysięcznym tłumie przestaje być zwykłym zabiegiem higienicznym, a staje się często niewykonalną misją), a nie na nierównej perkusji czy pomyłce w solówce gitarzysty. Z drugiej strony nic tak nie uzupełnia twórczości Ghost, jak kadzidło, witraże zawieszone na tle sceny i stylizacje członków zespołu. Czym byłby występ AC/DC bez dmuchanej Rosie, o dziele Rogera Watersa „The Wall” nie wspominając. Są widowiska i ich elementy, które pełnią rolę wisienki na torcie stworzonym z lat pracy, polanym lukrem talentu i udekorowanym posypką profesjonalizmu. Niestety ze smakowitej koncertowej uczty, łatwo przejść do kiczu i sytuacji, w której to, co się dzieje na scenie wygląda, jak propagowany przez wegetarian cyrk bez zwierząt, a nie rockowe granie. A jak jest z koncertem Kiss w Las Vegas? Przekonaliśmy się o tym kilka dni temu w Multikinie.
„Kiss Rocks Vegas” to zrealizowany w maju tego roku film prezentujący występ grupy Kiss w Las Vegas sprzed 2 lat. Świetnym zabiegiem było tutaj uzupełnienie nagrań z koncertów wstępem w postaci krótkich wywiadów z muzykami grupy. Dzięki temu przed prezentacją materiału live dowiedzieliśmy się między innymi, że w postprodukcję zaangażował się członek Kiss, Tommy Thayer. Również dzięki wypowiedziom muzyków widownia w kinie mogła zrozumieć, dlaczego akurat ten koncert został sfilmowany i uznany za tak wyjątkowy. Stało się tak za sprawą miejsca, w którym odbyło się widowisko. Kiss przyzwyczajony do grania na stadionach, podjął wyzwanie i przeniósł swoje gigantyczne show na deski małego, jak na kissowe standardy, Hard Rock Hotel. Materiał poprzedzający koncert naświetlił widzom, jak trudno było stworzyć od zera nową, równie widowiskową scenografię i efekty, aby zaspokoić oczekiwania wszystkich obecnych w Las Vegas.
Jak wspomina Gene Simmons set koncertu został ułożony w taki sposób, aby każdy mógł usłyszeć swój ulubiony kawałek Kiss. Muzycy uznali, że zagrają show bez rewolucji w wyborze numerów, aby występ mógł stać się ich koncertową wizytówką. Dlatego w Las Vegas nie zabrakło żadnej z największych petard w historii Kiss, oprócz „I Was Made For Loving You” co, gdybym skakała w 2014 roku pod sceną w stolicy rozpusty, byłoby dla mnie ciosem o wiele większym niż ukłucie zawodu na fotelu kinowym.
Swój występ Kiss zaczął bez zbędnej rozgrzewki. Na pierwszy ogień (a i w sensie niemetaforycznym go nie brakowało) wjechał numer „Detroit Rock City”, a chwilę później „Psycho Circus”, które nie pozwoliły widowni na złapanie oddechu. Poza ogromnymi telebimami, ruchomym podestem pod perkusją oraz częścią sceny, która unosiła się do góry podczas gitarowych solówek atrakcji nie brakowało. Koncert Kiss spokojnie można porównać do wizyty w wesołym miasteczku. Zianie ogniem przy okazji „War Machine” przez Simmonsa – check, dziwne stroje i makijaże – odhaczone. Z kolei zbliżenia na twarz Gene, szczególnie przy okazji „God of Thunder” robiły robotę lepiej niż niejeden zamek strachów. Przyznaję, czasem zamykałam oczy. Jednak solo basowe pokazało, że Simmons to nie tylko obleśny język, charakterystyczny głos i przerażająca morda, ale i niezmiennie od lat świetny basista. Noga przyjemnie skakała przy „Lick It Up”, „Love Gun” i „Black Diamond”. Jednak to na bisach podczas „Rock and Roll All Nite” łza wzruszenia, że istnieją jeszcze takie kapele jak Kiss, spłynęła mi po policzku (nie wykluczam, że powodem mogły być też wybuchy częstsze niż na niejednej wojnie i światła wysyłające wiadomość alfabetem Morse’a epileptykom, że wkrótce nadejdzie ich koniec).
Chociaż znawca filmów i montażu ze mnie, jak z Hołdysa Clapton, tutaj trudno było nie zauważyć ogromnej roli, jaką odegrał sposób pocięcia materiału. Widowisko nastawione na ciągły ruch, pompowanie napięcia i wywołanie oczopląsu u widza, nie mogło zostać stworzone z długich ujęć. Poszatkowany „Kiss Rocks Vegas” wywołuje wrażenie, iż wszystkiego jest jeszcze więcej i dzieje się jeszcze szybciej.
Podsumowując: Mam wielki szacunek do Kiss za całą ich oprawę sceniczną i wysiłek, jaki wkładają w każdy swój koncert. Jednak wszystkie te gadżety i ulepszacze, których nawet nie miałam mocy skrupulatnie wymienić są niczym w porównaniu z siłą ich muzyki. Dobrze się ogląda show o tak gigantycznym wymiarze w kinie, co dopiero na żywo. Nawet na sceptyku, takim jak ja, zrobiło to wrażenie. Jednak ani najwyższe koturny, ani największe płomienie, ani telebimy wielkości lotniska, a nawet lądowanie UFO na scenie, nie zastąpią dobrego grania. Tutaj było obecne, stąd moje 8/10.
![KISS Rocks Vegas: Wrażenia z pokazu kinowego [9.06.2016] „Kiss Rocks Vegas” premierowo 9 czerwca tylko na Wielkim Ekranie Multikina!](https://deathmagnetic.pl/wp-content/uploads/2016/05/Kiss-plak-718x1024.jpg)