8 sierpnia bieżącego roku zakończyła się już 20. z kolei edycja festiwalu Brutal Assault odbywającego się na terenie małej mieściny Jaromer i Twierdzy Josefov w Czechach. Ponad 100 zespołów z całego świata, 3 sceny i 4 dni muzyki. Byliśmy tam także i my.
Nie tylko Wacken
Obecnie w Polsce cierpimy na chroniczny brak dobrego, kilkudniowego festiwalu metalowego. Logicznym kierunkiem migracji jest Wacken – najprawdopodobniej największy festiwal ciężkiej muzyki na świecie. Co jednak zrobić, gdy nie ma się kilku setek euro w kieszeni? Pozostają opcje tańsze, jak choćby Brutal Assault. Tańszy jednak w tym przypadku nie znaczy wcale gorszy. Od kilku lat u organizatorów czeskiego festiwalu można zaobserwować tendencję do ściągania do swojego line-upu zespołów, które niczemu nie ustępują klasie i poziomowi gwiazd występujących na Wacken, a w pewnych latach wręcz pokrywanie się składów obu festiwali. Nie ma jednak co ukrywać, że publikę scena metalowa ma silniejszą w Niemczech niż u naszych południowych sąsiadów, jednak bliskie usytuowanie czeskiego festiwalu za naszą granicą sprawia, że Polaków tam nie brakuje.
Wyłącznie dla koneserów?
To na co najbardziej czekają stali bywalcy każdego festiwalu, to kolejne ogłoszenia zespołów. W tym roku nie obyło się bez zgrzytów w postaci choćby odwołanego koncertu Mastodon. Jednak podczas tegorocznej edycji Brutal Assault nie można było narzekać na brak ekscytujących zespołów. Tym razem organizatorzy obrali nieco inną taktykę niż do tej pory. Zamiast kilku wielkich headlinerów i zapychaczy w postaci miejscowych zespołów na których koncerty chodzili głównie Czesi (czemu, o tym za chwilę), dostaliśmy więcej zespołów o średniej popularności, albo dopiero dobijających się do bram sławy. Sprawiło to, że koncerty jakie odbywały się w trakcie Brutal Assault były prawdziwą gratką dla osób, które już wiedzą czego oczekują od muzyki i poszukują zespołów obracających się poza głównym nurtem. W ten sposób miałem okazję zobaczyć genialne koncerty Ne Obliviscaris, Amenra, Touche Amore i wielu innych, o których można pisać oddzielne, kilkustronicowe relacje.
Gdy żar leje się z nieba
Największym minusem tegorocznej edycji Brutal Assault była bez wątpienia pogoda. Wysoka temperatura jaka utrzymywała się przez wszystkie dni trwania festiwalu była wręcz zabójcza. Łatwo było o odwodnienie, nie mówiąc już o graniczącym z cudem wytrzymaniu kilkugodzinnego koncertowego maratonu koncertowego w pełnym słońcu. A było czego słuchać. Organizatorzy zadbali o jak najkrótsze przerwy między występami na dwóch głównych scenach ustawionych obok siebie. Nie jest to nowy wynalazek, a praktykowany już od kilku lat z powodzeniem na największych światowych festiwalach. Kolejnym słusznym krokiem było zadbanie o zróżnicowanie koncertów następujących po sobie na sąsiednich scenach. Dla przykładu, po sobie występowały takie grupy jak Suicide Silence, Sólstafir i Heaven Shall Burn. Było to spore ułatwienie dla osób, które nastawiały się na konkretne gatunki, dając im czas na uzupełnienie płynów i odpoczynek. Gorzej jeśli chciało usłyszeć się jak najwięcej, wtedy przypłacało się ciekawość wszechogarniającym osłabieniem.
Headliner dla każdego
20. edycja Brutal Assault nie miała jednego, wybijającego się ponad wszystkie inne zespoły headlinera. Co prawda kreowano na takiego Cannibal Corpse, jednak interesujących opcji koncertowych było jeszcze kilka. Wśród nich na pewno należy wymienić prekursorów melodyjnego death – At The Gates, gigantów grindcoru – Napalm Death, wikingów z Enslaved czy kultowy Mayhem, czy klasyków symfonicznego black metalu – Cradle of Filth. O czym już wspominałem, ogromną zaletą tegorocznej odsłony czeskiego festiwalu było bogactwo mniej popularnych grup, podczas gdy poprzednie stawiały na sprawdzone marki, podpierając się miejscowymi kapelami. Nasi południowi sąsiedzi znani są ze swojego niespotykanego nigdzie indziej na taką skalę zamiłowania do grindcoru. Stereotyp nieporadnego i spokojnego Czecha znanego z filmów zostaje pogrzebany w obliczu takich zjawisk jak Spasm, Gutalax i Fekal Party. Polski grindcor znany głównie ze swojego zaangażowania w sprawy polityczne i społeczne (tak, wiem, mamy przecież Porky Vagina, ale to jeden z wyjątków od reguły) to zupełnie inny świat w porównaniu z rubasznym żartem na tematy defekacyjne w wykonaniu Czechów. Stąd występy miejscowych kapel grindcorowych w trakcie poprzednich edycji mogły być dobrą rozrywką dla naszych południowych sąsiadów, podczas gdy inne narodowości zwykle wychodziły zniesmaczone z ich koncertów. Na Brutal Assault A.D. 2015 na rozgrzewkę i dobre rozpoczęcie dnia dostawaliśmy takie perełki jak indyjski Gutslit, norweski Blood Red Throne, czy nasz rodzimy i idący jak burza Outre. Na różnorodność grzechem by było narzekać.
Mit czeskiego piwa
Jednak nie samymi koncertami człowiek na festiwalu żyje. Teren i okolice na których odbywa się już od jakiegoś czasu Brutal Assault, to miejsce wręcz idealne na tego typu imprezy. Położone w bliskiej odległości od miejsca imprezy miasteczko, oferuje wszystko co znajduje się w niezbędniku festiwalowicza. Największym plusem są knajpy, które za niewygórowaną cenę oferują tradycyjne, a przede wszystkim smaczne i sycące jedzenie. Dla osób które nie są wielbicielami czeskiej kuchni dobrą alternatywą są pizzerie. 99.9% uczestników festiwali nie wyobraża sobie spędzania czasu między koncertami bez towarzystwa alkoholu. Zarówno w barach, jak i sklepach ich cena jest do przyjęcia. Podobnie sprawa się ma na terenie samego festiwalu, gdzie za kubek złocistego płynu zapłacimy zdecydowanie mniej niż na wszelkiego rodzaju OFFach czy Openerach. Jednak największym rozczarowaniem był dla mnie stosunkowo niewielki wybór piw zarówno w barach, jak i sklepach. Przyzwyczajony do szerokiego wyboru na każdym kroku i utwierdzany przez lata w stereotypie Czecha, smakosza alkoholi, zostałem z przykrością zmuszony do wyboru wśród kilku sztandarowych marek, dostępnych także w Polsce. Jednak ich największą zaletą była z pewnością stosunkowo niska cena.
Latarką po oczach
Kolejnym zaskoczeniem było dla mnie pole namiotowe. Doświadczenie zbierane przez kilka lat na polskich festiwalach, kazało przygotować mi się na całonocne krzyki podchmielonej gawiedzi. Niczego takiego ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu nie doświadczyłem. Nawet pomimo niekwestionowanego ścisku, nocni wędrowcy z latarkami odbijający się od wejść namiotów byli rzadkością. Stałym obrazem w trakcie festiwali, które oferują szeroki przekrój gatunkowy wykonawców, są tzw. „zgony”, leżące często w najmniej odpowiednich do tego miejscach. Podczas Brutal Assault oczywiście nie obyło się również bez takich przypadków, jednak w porównaniu z innymi festiwalami, były to odosobnione przypadki. Być może to zasługa pewnego rodzaju elitarności tej imprezy, która nastawiona jest na konkretnych odbiorców, którzy przyjeżdżają rzeczywiście żeby zobaczyć swoje ulubione zespoły, a nie tylko żeby tylko „poczuć klimat”.
Odliczanie do 21
Brutal Assault to festiwal z niepowtarzalną atmosferą. Organizatorzy stanęli na głowie, żeby zapewnić jego uczestnikom jak największy komfort i przyjemność z uczestnictwa w koncertach. Jednak podczas tegorocznej edycji plany często krzyżowała pogoda. Nie mam jednak wątpliwości co do jednego. Brutal Assault to festiwal, na który choć raz w życiu powinien pojechać każdy szanujący się fan ciężkiej muzyki z tej części Europy. Do następnej odsłony tego niezwykłego wydarzenia pozostał niecały rok, bogaty w kolejne ogłoszenia zespołów.
Podsumowanie:
Najlepsze koncerty: The Dillinger Escape Plan, Heaven Shall Burn, Sólstafir
Największe pozytywne zaskoczenie: Rosetta, Ne Obliviscaris, Amenra, Touche Amore
Największe rozczarowanie: Svartidauði
Najgorszy koncert: Cradle of Filth
WTF festiwalu: Sunn 0)))

