Śmieszny pan w furażerce, mówiący śmieszne rzeczy i dający ludziom po pyskach czasem, podsumował ostatnio całe Podkarpacie jako region, w którym „w Boga wierzą, w Dekalog wierzą” (w czym upatrywał powodu, dla którego nie morduje się tam ludzi na organy – ot, tak się złożyło, że akurat tam. Może na szczęście dla „Delusions”?). Tymczasem panowie tworzący skład Kalt Vindur po inspiracje poszli chyba trochę dalej, zanurzyli się chyba nieco głębiej i wśród najczarniejszych sztuk znaleźli inspiracje dla siebie.
Chociaż nazwa brzmi jak świetne imię i nazwisko dla norweskiego malarza impresjonisty albo farerskiego performera ulicznego, Kalt Vindur to islandzkie określenie na Zimny Wiatr. „Psa nie wygoń, taki ziąb” – patrzę za okno, zaczynam dodawać fakty i chyba już wiem, kto mi taką zimnicę na łeb ściągnął. Bo muzyka pochodzących z Dukli black metalowców, pomimo ochoczych zmian tempa i podjeżdżających piekielną siarką wokali, świetnie koresponduje z nazwą kapeli. Lepiej trafić nie mogli, brr.
Autorzy prezentują tutaj raczej otwarte i poszukujące podejście do black/doom metalu, co skutkuje materiałem zróżnicowanym, ale zaskakująco spójnym i angażującym. Do receptury zaczerpniętej głównie od wikingów z Północy, Kalt Vindur dorzucił po swojemu kilka inspiracji pochodzących raczej z Wysp Brytyjskich, z tamtejszej znanej i swego czasu aż za bardzo lubianej sceny śmierci/zagłady. Takie często zesmaczane smaczki dosmacznił tutaj znany ze słusznie cenionej formacji Lux Occulta Jerzy Głód, którego syntezatory towarzyszą kolejnym opusom zawartym na „Delusions”. I choć powinno stanowić to znak jakości, to często jego wkład gryzł mi się z resztą materiału, potrzebowałem kilku przesłuchań z otwartym umysłem, żeby w pełni docenić ten mariaż.
Reszta instrumentalistów spisuje się ostatecznie równie dobrze – nie dają się zapędzić swoim pokombinowanym, ale eleganckim kompozycjom w pułapkę nadmiernego epatowania własnymi umiejętnościami i kreatywnością. Na pierwszym planie cały czas jest ciężar, a zmiany klimatu między utworami, czy nawet w ich obrębie, są przemyślane i podporządkowane kreowaniu atmosfery. A jest jeszcze wokal. Kolejne utwory wywrzaskiwane (a czasem i wyszeptywane) zostały zaserwowane nie tyle według kanonów, co jeszcze z dodatkową głębią i mrokiem – leją po mordzie jak wspomniany wyżej pan w furażerce, nawet mocniej i chętniej. Dodajmy do wyłaniającego się obrazu naprawdę solidne, chociaż raczej rozstrzelane tematycznie, teksty i otrzymujemy estetycznie spreparowany monolit ciężkiego grania, który niełatwo z którejś strony podważyć, chociaż i trudno wynosić go na piedestały jako coś przełomowego.
Na pewno „Delusions” nie jest albumem oczywistym, przy którym od pierwszej minuty krzyczałbym, że to objawienie jest. Na pewno też trudno słuchać tego podczas wpisywania wyników do Excela albo jazdy samochodem, nawet tej nocnej. Trzeba dać mu popłynąć w spokojnych okolicznościach, poświęcić na chwilę życie rodzinne i towarzyskie – bo faktycznie odsłania z kolejnymi spotkaniami nowe oblicza. Warto więc dać się musnąć tym Zimnym Wiatrem po nosie, czole czy odsłoniętych kostkach. Wtedy przeziębienie gwarantowane i możecie odpalić płyteczkę jeszcze kilka razy.
WYRO(C)K
0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets
- PIERWSZE WRAŻENIE8
- INSTRUMENTARIUM9
- WOKAL9
- BRZMIENIE9
- REPEAT MODE7
