Anthrax: Recenzja płyty “For All Kings”

0

Po ponad 5 latach Anthrax wraca z nowym studyjnym wydawnictwem, które jest następcą bardzo ciepło przyjętego “Worship Music”. Oczekiwania wobec albumu były wielkie, choć zespół w ostatnich latach sprawiał wrażenie nieco zagubionego (próby unowocześnienia brzmienia, żonglerka wokalistami). Z tego powodu do końca nie było wiadomo czego tym razem można oczekiwać od kapeli. Grupa postawiła poprzeczkę naprawdę wysoko, a zainteresowanie fanów podsycały komentarze członków zespołu, którzy zapowiadali jeden z lepszych materiałów w swojej karierze i powrót do klasycznego, thrashowego grania.

Jak się okazało muzycy na szczęście wiele nie kombinowali i przy pracy nad “For All Kings” postawili na sprawdzone rozwiązania z poprzedniego krążka, które jednocześnie udoskonalili praktycznie w każdym aspekcie. Dominują więc tutaj klasyczne i przebojowe heavy metalowe kompozycje z thrashowymi wstawkami. Słychać to już w początkowym ‘You Gotta Believe’, który rozpoczyna budujące napięcie wiolonczelowe intro, idealnie kontrastujące z resztą kawałka, który oparty jest na charakterystycznym zadziornym riffie Scotta Iana. Na wyróżnienie zasługuje środkowa, wolniejsza część utworu, w której swoimi umiejętnościami melodyjnej gry popisuje się nowy nabytek kapeli, gitarzysta Jon Donais (ex-Shadows Fall). Muzyk jest powiewem świeżości w Anthraxie i mimo, że nie współtworzył żadnego kawałka, to jego nowoczesne solówki idealnie uzupełniają się z oszczędną i rytmiczną grą Scotta, a także ubarwiają kompozycje. Ciekawe rzeczy dzieją się również w ‘Monster at the End’, który co prawda nie jest tak agresywny jak poprzednik, ale charakteryzuje się typowym groovem, w którym bez problemu odnajduje się Joey Belladonna, a linia wokalna wwierca się w głowę. Największe wrażenie jednak wywarła na mnie solówka Jona, która jest idealnie wyważona i nie brakuje w niej nutki szaleństwa. Podczas jej słuchania odniosłem wrażenie, że słucham jakiejś zaginionej solówki Dimebaga Darrela.

Dyspozycja wokalisty jest natomiast sprawą, nad którą można długo dyskutować. Naturalną sprawą jest, że głos “gardłowego” Anthraxu na przestrzeni lat stał się dojrzalszy i niższy, co może mieć swoje zalety, jednakże Joey nabawił się także charakterystycznej, zadziornej maniery, która nie zawsze sprawdza się dobrze w kawałkach tego typu, przez co te tracą na agresywności. Momentami naprawdę można zatęsknić za charyzmatycznym wokalem Johna Busha, który rozstał się z kapelą w niezbyt przyjemnych okolicznościach kilka lat temu.  Szczególnie odczuwalne jest to w utworze tytułowym, w którym wyraźnie słychać jak bardzo wyeksponowano w miksie wokal. ‘For All Kings’ jest agresywne, wszystkie instrumenty grają tak jak powinny, ale czegoś tutaj brakuje, podobnie jak w spokojnym i pozornie chwytliwym ‘Breathing Lightning’, przez co obie kompozycje równie szybko wypadają z ucha, co wleciały.  W ‘Suzerain’ mamy natomiast do czynienia z “mechaniczną” zagrywką, która opiera się na bardzo prostym, aczkolwiek bujającym riffie zagranym nieco w stylu Pantery. Kompozycja przywołuje na myśl ‘The Giant’ z Worship Music, gdyż oba bazują na podobnych patentach. Ponownie postawiono na chwytliwe i łagodne linie wokalne, co sprawia, że ‘Suzerain’ szybko wpada w ucho, a jednocześnie nie jest irytujące. To co najlepsze na albumie jednak dopiero przed nami…

Absolutnym killerem jest ‘Evil Twin’, który jednocześnie był pierwszym singlem promującym wydawnictwo (był to strzał w dziesiątkę). Zespół w bezkompromisowym tekście rozprawia się z religijnym ekstremizmem, a zainspirowany został masakrą w redakcji Charlie Hebdo. Believe, empty words, a false doctrine/ Blooded in your holy war’s goal/ Look what you did so fucking sick it’s what you did –  te słowa w brutalny sposób opisują światopogląd nowojorczyków. Równie bezkompromisowa jak tekst jest oprawa muzyczna. Mamy tutaj do czynienia z kwintesencją oldschoolowego stylu Anthraxu, a mianowicie szybkie i ostre riffy, rzężący bas Franka Bello, chórki Scotta Iana, czy charakterystyczny breakdown. ‘Evil Twin’ z powodzeniem mógłby znaleźć się na Among The Living, czy Persistance of Time i z pewnością nie odstawał by poziomem od tamtych kompozycji. Dla równowagi kolejny kawałek ‘Blood Eagle Wings’ jest power balladą. Utwór jest zdecydowanie mroczniejszy od pozostałych, choć równie chwytliwy. Bardzo dobrze spisuję się tutaj Joey, któremu bardziej odpowiadają takie klimaty. Interesujące zagrywki prezentuje także wspomniany Frank Bello, który swoim basem dodaje kolorytu, co w tym utworze jest szczególnie słyszalne. Niestety trzeba przyznać, że utwór w porównaniu chociażby z ‘I’m Alive’ (którym był ewidentnie inspirowany) wypada zwyczajnie blado i brakuje mu urozmaicenia.

Mocnym punktem jest natomiast ‘Defend/ Avenge’, sprawiający wrażenie uwspółcześnionej wersji ‘Belly of the Beast’. Ponownie dominuje tutaj zadziorny riff, wraz z typową dla tego zespołu dynamiką. Wreszcie swoimi wokalnymi umiejętnościami miał okazję wykazać się Scott Ian, który wykrzykiwał w chórkach refreny jak za dawnych lat. W średnim tempie utrzymany jest także ‘All of Them Thieves’, który jest jednym z najjaśniejszych elementów płyty. Z pewnością będą nim zachwyceni słuchacze, którzy gustują w mrocznym klimacie, a także nieskomplikowanych, rytmicznych, ale wpadających w ucho kompozycjach.  Z kolei  ‘This Battle Choose Us’ rozpoczyna się intrygującym i budującym napięcie basowym intrem. Po kilku sekundach czar pryska i kawałek staje się jednym z najłagodniejszych i najbardziej radosnych na “For All Kings”. Utwór wpada w ucho, ale zdecydowanie czegoś mu brakuje, dlatego jest tylko przeciętniakiem i nie wybija się ponad resztę. Na deser otrzymujemy niespodziankę, czyli ‘Zero Tolerance’. Takiego zakończenia nie spodziewał się chyba nikt. To harcore’owa jazda bez trzymanki, w której groove schodzi na dalszy plan, a jednocześnie najbardziej thrashowa kompozycja jaką zespół nagrał od kilkunastu lat.

Wypadałoby wspomnieć kilka słów o brzmieniu. Za produkcję i miks odpowiedzialny jest Jay Ruston (The Winery Dogs, Lamb of God, Megadeth) i trzeba przyznać, że ze swoich obowiązków wywiązał się znakomicie. Wszystkie ścieżki brzmią czysto i klarownie, natomiast w miksie dominują niskie częstotliwości, co mogło początkowo zaskakiwać, jednak po kilkunastu sekundach ucho się przyzwyczaja. Nietypowo brzmi również bas, gdyż tym razem wycięto trochę średnich częstotliwości, które były charakterystycznym elementem klasycznego brzmienia kapeli. Te zmiany jednak nie wpływają negatywnie na moc rażenia kompozycji.

Oczywiście chłopaki nagrywając “For All Kings” nie wymyślili nowego prochu, ale pokazali jak w mistrzowski sposób odwoływać się do przeszłości, a także łączyć wpływy thrashowe/NWOBHM z klasycznymi rockowymi akcentami. Wydawnictwo udowadnia, że ekipa Scotta Iana nadal potrafi pozytywnie zaskoczyć. W ich muzyce nie czuć wypalenia, a inspiracje są czymś więcej, niż kopiowaniem samych siebie sprzed lat. Album sprawia wrażenie szlachetniejszego, niż poprzednik, a przede wszystkim spójniejszego. Choć krążek jako całość ciężko postawić w jednej lidze obok takiego “Among The Living”, to zapowiedź polskiego wydawcy (Mystic Production), jakoby płyta było reminiscencją “State of Euphoria” jest bardzo trafna. Anthrax obrał dobry kierunek i mam nadzieję, że grupa nie spocznie na laurach, a za kilka lat ponownie nas zaskoczy, jednocześnie robiąc kilka kolejnych kroków naprzód.

01. You Gotta Believe
02. Monster at the End
03. For All Kings
04. Breathing Lightning
05. Suzerain
06. Evil Twin
07. Blood Eagle Wings
08. Defend Avenge
09. All of them Thieves
10. This Battle Choose Us
11. Zero Tolerance

Autor recenzji: Jakub Czpioła

Anthrax-coverart

83%
83%
Ace of Spades

0-10 Sad But True
11-20 Bad Reputation
21-30 Wild Thing
31-40 Satisfaction
41-50 Another Brick in the Wall
51-60 Proud Mary
61-70 Highway to Hell
71-80 2 Minutes to Midnight
81-90 Ace of Spades
91-100 Master of Puppets

  • Pierwsze wrażenie
    8
  • Instrumentarium
    8
  • Brzmienie
    8
  • Repeat mode
    9
  • Oceny czytelników (34 głosów)
    7.5
Udostępnij to

O autorze

Avatar

Wielbiciel muzycznych kontrastów - moje uznanie zyskują kanonady dźwięków, jak i wolne nihilistyczne nowoorleańskie riffy. Tych drugich, szczególnie w wykonaniu takich kapel jak Acid Bath, mógłbym słuchać całymi dniami! Klasyczny i soczysty drive jest tym, co w muzyce cenię najbardziej. Dzięki serwisowi mogę wreszcie dzielić się swoją pasją z innymi.